Podróż

Cieszę się na tę podróż na kraniec Polski. Ogon krowy. Jastarnia, cel podróży, jest jakby azylem. Chcę, żeby nim była. Pragnę uciec.

Piątek, jak cały tydzień, koszmarnie intensywny. Praca. Dzieci.Znowu praca. Zakupy. Urodziny.Wizyta znajomych. Wreszcie, późno w nocy, pakowanie. Kryzys przychodzi o północy. Duszę się od szlochu.

O 9.40 pociąg do Gdyni. Wyjeżdżam z dziewczynkami. Na wakacje.

Jestem mentalnie oddalona od wakacji o lata świetlne. Myśli wciąż zaprzątnięte sprawami szkoły, pracą, zadaniami do wykonania…Wakacje są dla dzieci. Mimo to gdzieś pomiędzy brakiem snu, poczuciem obowiązku, zniechęceniem i zupełnie nie katolickim lękiem o jutro cieszę się na tę podróż. Z wysiłkiem, świadomie myślę pozytywnie. To pomaga.

Zaszufladkowano do kategorii W drodze | Dodaj komentarz

Szczęście

Osiągnęła pani szczęście. To niezwykłe. 

Słowa wypowiedziane do mnie przez kobietę w średnim wieku. Pociąg turkocze. Zapada zmierzch. Gdzieś między Lublinem a Warszawą. Po karkołomnym, irracjonalnym pierwszym etapie podróży z Rzeszowa: od Stalowej Woli wiezieni autobusem do Lublina z powodu wypadku na torach i wstrzymania ruchu kolejowego pasażerowie (w większości uczestnicy konferencji ze zgrabnymi walizeczkami na kółkach) zdziwieni, niepewni czy to żart czy może zamach terrorystyczny – zgodnie przekazują informacje swoim bliskim lub znajomym za pośrednictwem tak cudownego narzędzia jak telefon komórkowy.

Słucham z ciekawością. Te same, powtarzające się komunikaty. Krótkie, urywane. Mnóstwo monosylabowych mruknięć, zapewnień, zadziwień o różnym stopniu nasycenia emocjami, głównie negatywnymi. No bo przecież prawie dwie godziny opóźnienia.

Przede mną ta sama pani w dżinsach i sweterku. Z walizką. Znowu jedziemy razem. Uśmiecha się. Rozmowa zaczyna się naturalnie. Spontanicznie. Tak. Wracam z konferencji. Miała pani wykład? Bardzo ciekawy temat…

W ciągu prawie trzech godzin rozmowa nie urwała się nawet na chwilę. Głosami przyciszonymi, dostrojonymi do siebie i mroku za oknem, mówiłyśmy. Czy była między nami niepisana  umowa, że rozmowa ta jest tylko epizodem w naszych podróżach? Czy może obie przeczuwałyśmy, że nie spotkamy się już nigdy i dlatego możemy być wobec siebie absolutnie szczere? Nie wiem. Wiem tylko, że rzadko, bardzo rzadko spotyka się ludzi, z którymi chce się rozmawiać nieprzerwanie. O sprawach ważnych i nieważnych, bo te nieważne okazują się równie istotne, a może nawet bardziej od tych pierwszych. Na czym to polega? To piękno dialogu, prawdziwej rozmowy, w czasie której odkrywamy jakąś prawdę o innym? W czasie której uczymy się sami siebie?

Minęło już trochę czasu od tej podróży, a rozmowa z pociągu wciąż krąży w moim umyśle. Wciąż mnie inspiruje. Mimowolnie uśmiecham się na jej wspomnienie. Jest to wspomnienie czegoś doniosłego, pięknego i wartościowego – czegoś efemerycznego.

Osiągnęła pani szczęście. To niezwykłe.

Tak, chyba tak. Chyba osiągnęłam szczęście. I chyba musiałam odbyć tę rozmowę, w tym właśnie pociągu, spotkać tę kobietę, dwa razy starszą ode mnie, profesora psychologii, żeby uświadomić sobie, jak wiele osiągnęłam.

Bo przecież osiągnęłam szczęście.

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Bezradność

Jest piątek. 23.00. Kolejny kieliszek białego wina. Półwytrawne. Delikatne. Smaczne. Śpiewa Stare Dobre Małżeństwo. Dzieci śpią. Odpoczywam. Wreszcie. Umysł wyłączony z trybu: obowiązki. Udaję sama przed sobą, że nie dostrzegam kłębów kurzu pod półkami, niezmytych talerzy w zlewie, butów zagradzających przedpokój, niewyprasowanego prania, sterty rzeczy na komodzie.

I tak dobrze pogadać z Aleksandrą o tym, co trudne w codzienności. Śmiejemy się, bo cóż innego można zrobić? Kobieta zmęczona płacze cicho, żeby nikt nie usłyszał. Nie lubię XXI wieku. Jego pędu. Bezmyślnej, nieuzasadnionej konieczności udowadniania swojej wartości. Wino oszałamia. Przyjemne otumanienie. Usprawiedliwienie dla bezczynności. Czy to normalne, że potrzebujemy wciąż usprawiedliwień?

I cóż z tego, że chcę zabić poczucie porażki? Upokorzenie koniecznością obcowania z chamstwem? Tak się uczymy pokory? Robiąc dobrą minę, trzymając fason, gdy na nas plują? Czy to właśnie o to chodzi, by być nieugiętym wobec głupoty i barbarzyństwa? Jeśli tak, powinnam chyba mieć poczucie uratowanej godności i autorytetu. Czemu więc jedyne, co czuję, to niesmak?

Głupie jest to, że w obliczu chamstwa jesteśmy bezradni.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Etyka

Przeczytałam list pana R. i zdrętwiałam. Działanie nieetyczne… A co, jeśli ma rację? I dlaczego nie pomyślałam o takim punkcie widzenia?

Potrzebowałam całej nocy. Żeby przypomnieć sobie, że etyka przecież jest pochodną przyjętej filozofii. A filozofię najwyraźniej przyjmujemy inną – ja i pan R.

Pan R. zakłada primo:  prymat dobra jednostki nad dobrem wspólnym. (A zatem nieetyczne będzie dla pana R. działanie, w którym należy zapomnieć na chwilę o indywidualnych potrzebach i prawach na rzecz potrzeb i praw wspólnoty.); secundo: najwyższą wartością jest godność człowieka (pojęcie co prawda zaczerpnięte z chrześcijańskiej filozofii personalizmu, ale rozumiane przez pana R. zgoła inaczej – jako osobisty honor czy dobre imię jednostki); tertio: jednym z większych przewinień wobec dziecka jest upokorzenie go (przy czym za upokorzenie uważana jest w  tym wypadku każda krytyka niewłaściwych zachowań w sytuacji publicznej). Stąd naganę dyrektora wobec ucznia ogłoszoną na forum szkoły pan R. określi jako działanie nieetyczne i publiczną egzekucję. W zamian za to zaproponuje wydalenie ucznia ze szkoły. I to już będzie działaniem etycznym. Ciekawe.

Swoją drogą, jest coś niepokojącego w pajdocentryzmie naszych czasów.

Ja zakładam primo: prymat dobra wspólnego nad dobrem indywidualnym (oznacza to, że wychowuje się do umiejętności poświęcenia, pomocy bliźnim, heroizmu, zdolności do rezygnacji ze swoich potrzeb właśnie na rzecz spraw innych, wyższych i ważniejszych – jednym słowem do altruizmu); secundo: tu się zgadzamy co do nomenklatury – rzeczywiście jedną z najważniejszych wartości jest godność osobowa człowieka (ale nie jako synonim honoru i dobrego imienia, ale swoisty potencjał człowieczeństwa w człowieku, zasób dobra wynikający z faktu bycia dzieckiem Boga oraz wynikające z tego powołanie do wypełnienia swojego życia jako pewnego rodzaju zadania, najważniejszego przecież zadania, którego nie sposób wykonać w samotności – zawsze i wszędzie wykonuje się je w interakcji ze światem i poprzez relacje z drugim człowiekiem, poprzez dialog, a także poprzez autorytet, czy raczej dzięki autorytetom mistrzów, których spotykamy w kolejnych etapach życia. A zatem godność zakłada w sobie wezwanie do nieustającego doskonalenia się w swoim człowieczeństwie.); tertio: zarówno krytyka, jak i upokorzenie – nie są sytuacjami chwalebnymi – niemniej jednak nie stanowią źródła demonicznego zła. Oczywiście nadużywane w wychowaniu – staną się swoim wypaczeniem i błędem. (Tak jak łagodność i troska w nadmiarze również wypaczą proces wychowania, zapoczątkowując ciąg błędów i nadużyć.) Pedagogika chrześcijańska rozumie, że w pewnych sytuacjach, wstyd, poczucie hańby i porażki są niezbędne do prawidłowego rozwoju człowieka. I że większą krzywdą byłoby zbagatelizowanie występku o charakterze publicznym niż publiczne skrytykowanie go (w sposób kulturalny, a co ważniejsze z przejawem współczucia i szczerej troski o winowajcę.) Zastanawiający jest współczesny strach przed upokorzeniem i wbijanie dzieciom do głów tego lęku. Czy jest inny sposób, żeby nauczyć się pokory niż doświadczenie upokorzenia?

Jeszcze problem publicznej egzekucji. Tu znowu pan R. wychodzi z założenia filozofii indywidualizmu, która narzuca egocentryczny sposób interpretowania rzeczywistości. Przyjmując filozofię personalistyczną w szkole, traktujemy ucznia jako część pewnej społeczności: rodzinnej, szkolnej, parafialnej, etc. Dla pana R. działaniem nieetycznym jest publiczna nagana w szkole, ale już wyrzucenie ucznia ze szkoły jest jak najbardziej działaniem etycznym i usprawiedliwionym. Podczas gdy ta druga sytuacja pociąga za sobą upokorzenie już nie tylko ucznia, ale całej rodziny – nie tylko w skromnym środowisku szkolnym, ale także w sąsiedzkim, rodzinnym, parafialnym, gminnym… Nie mówiąc już o wpisaniu ucznia w rolę nieudacznika, chuligana, tego „wyrzuconego ze szkoły katolickiej”… Nie mówiąc już o przekreśleniu nadziei na poprawę. Oczywiste jest przecież, że rzetelny wychowawca-pedagog będzie walczył o dziecko, dopóki będzie widział nadzieję na poprawę.

A zatem panie R., nasza różnica zdań to de facto opozycja egocentrycznej perspektywy w wychowaniu i perspektywy altruistycznej, materialistycznej teorii wychowania i personalistycznej, ateistycznej  i chrześcijańskiej filozofii życia…

Tak sobie myślę, że łatwo jest też rzucać (zwłaszcza mailowo) oskarżenia o nieetyczność, nie znając całego kontekstu sprawy, wszystkich dotychczas poczynionych działań, i wyznając jednak inną niż przyjęta w szkole filozofię postępowania. Zastanawiam się, czy można dokonać takiej oceny i … nie powiedzieć potem ani słowa twarzą w twarz? Czy to jest etyczne?

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Dorastanie

„Nigdy nie lubiłem być młody. Pamiętam dobrze, jakie to piekielnie trudne. Do pewnego momentu człowiek jest sam sobie nie znany. Nie określony. Któregoś dnia zaczyna rozumieć, że stoi przed jakąś powinnością – choć nie wie jeszcze – przed jaką. Z przerażeniem odkrywa nagle, że istnieje gradacja wartości i prawo wyboru. I że wybierając sposób postępowania człowiek wpływa na drugiego człowieka. Co za odpowiedzialność! Może skrzywdzić tego drugiego albo mu pomóc. Odepchnąć go albo podać mu rękę. I cokolwiek zrobi, wpływa nie tylko na innych, ale i na siebie samego. To samego siebie buduje, odnosząc się do drugiego człowieka.  Zapełnia tę swoją nieokreśloność, jak zapełnia się pustą przestrzeń cegłami i zaprawą. Wypełnia siebie. I to właśnie wymaga takiego trudu i takiej odwagi.” (M. Musierowicz, Brulion Bebe B.)

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Autorytet

Na pogrzebie tysiące kwiatów. Złociste i białe szarfy. Kochanej babci, kochanej cioci, wspaniałemu człowiekowi. Wieńce i wiązanki jedna piękniejsza od drugiej. Prześcigające się kolorem, kształtem, kompozycją. Przyciągające wzrok. Wzrok żywych oczywiście. Wszak wszystko to jest dla żywych. Umarłym nic po kwiatach.

I wielkie słowa. O poświęceniu. Dobroci. Służbie potrzebującym. Jeszcze pośmiertne odznaczenie. Łzy. Wzruszenie. Wszyscy kiwają głowami. Tak, to był wielki człowiek. Teraz już takich nie ma. Smutne uśmiechy. Kondolencje. Wyrazy współczucia.

Przy kieliszku czerwonego wina urywane wspomnienia. Rodzinne rozmowy. Pięknie.

I tylko jedno pytanie ciśnie się na usta: kto zechce ją naśladować? Kto zechce z tych pięćdziesięciu bardziej być aniżeli bardziej mieć?

Bo przecież człowiek dopiero wtedy staje się autorytetem, gdy pociąga innych za sobą.

 

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Babcia

[Więc tylko] u starców jest mądrość,
roztropność u wiekiem podeszłych…

Często się z nią nie zgadzałam. Moja wrodzona przekora próbowała stanąć naprzeciw jej niewysłowionej dobroci. Wyrozumiałości dla wszystkich i wszystkiego. Oprócz polityków. Z tej jednej konkretnej partii. O, tak! Tych nienawidziła całym swoim zawziętym sercem. O nich i tylko o nich mówiła niepochlebnie. Że szaleńcy.  Zdrajcy narodu. Potwory. Cała reszta, łącznie z wnukami depczącymi najświętsze wartości, więzy małżeńskie, oddającymi się materialistycznym uciechom, birbanckim przyjemnościom, nałogom pracoholizmu – była w jej oczach zawsze wspaniała. Zawsze cudowna. Doskonała. Często zastanawiałam się, czy to zaślepienie subiektywnym odcieniem miłości było źródłem tak przerażającego braku krytycyzmu wobec najbliższych? czy może na tym właśnie polega głupota tego najprostszego uczucia – miłości? że prze naprzód, mimo wszystko? mimo namacalnych, niedających się pominąć dowodów życia niecnotliwego? że o każdej porze dnia i nocy po prostu musi ufać w to, co najlepsze?

I za kogo ona mnie miała? Mnie, wojująco broniącej ideału (przez wielkie I), niosącej w pierwszym szeregu sztandar z nieskazitelnie czystym napisem: prawda was wyzwoli… Sprzeczającej się dumnie o sprawiedliwość, winę i karę. O miłosierdzie. Za kogo ona mnie miała?

Śmierć wszystko zmienia. Pozostawia nas z tym irracjonalnym poczuciem winy, że tym razem to nie my, że nam się znów udało. Pozostawia nas z niemądrą koniecznością dokonywania obrachunków (wszak łatwiej tego dokonać, gdy drugą stroną jest zmarły). Przepuszczamy więc swoje sumienie przez sito nielogicznych pytań podszytych najzwyczajniejszym w świecie strachem o siebie samego. I wstydem. Że nie byliśmy lepsi wobec babci. Tej kochanej. O wielkim sercu kobiety. Tak często irytującej właśnie tym, że miała serce.

Po takim człowieku we wszechświecie zostaje pustka.

Zaszufladkowano do kategorii Rozmowy z Hiobem | Dodaj komentarz

Kompleta

Godzina 18.00. Wchodzimy do domu. Z plecakami (dlaczego te dziecięce plecaki są takie ciężkie?!),  z zakupami, torbami, laptopami, zmęczeniem. Dziewczynki mówią jedna przez drugą. Pozwalam sobie nie słuchać. Rozpakowuję zakupy. Wstawiam wodę. Krzątam się, nerwowo patrząc na zegarek. Już tak późno! A tyle jeszcze do zrobienia!

Delikatny, dobry uścisk ramion Piotra. Chodź, przytul się na chwilkę. Zmęczona? Bardzo Cię kocham. Wtulam się w jego ciepło. Przyjmuję pocałunki. Trwam w nim. Bezpieczna. Najdroższa. Jakbym dotarła wreszcie do celu.

Ja też chcę! Łucja wciska się pomiędzy nas. Za nią Gabrielka. Śmiejemy się. I już jest dobrze.

Między wysyłaniem dzieci do mycia, sprawdzaniem lekcji, odbieraniem telefonów, szykowaniem kolacji, rozmawiamy. O tym, co się zdarzyło. O tym, co nas martwi. O tym, co będzie jutro.

19.00. Dzieci umyte. Siadamy do stołu. Pobłogosław Panie nas i te dary, które z Twojej Boskiej Opatrzności spożywać będziemy… Przed nami pół godzinki bycia razem. Dzieci opowiadają, żartują, zadają pytania. Chwalimy się sukcesami. Smucimy porażkami. Pocieszamy w zmartwieniach. Dajemy sobie nadzieję.

Wreszcie wspólnie sprzątamy ze stołu. Dziewczynki (dosyć głośno i wesoło) myją zęby. Uśmiechamy się do siebie z Piotrem, słuchając ich rozmowy. Ręce grzeją się na kubku ciepłej herbaty. Te kilka minut… kilka spojrzeń…kilka myśli…Bądź uwielbiony Boże w rodzinie, którą mi dałeś.

Klękamy do modlitwy wieczornej. Ojcze nasz, któryś jest w niebie…

A kto mi dzisiaj będzie czytał? Ja – mówi Piotr. Poczytam ci Tapiego. I uśmiecha się tak, jak tylko tata potrafi. Ale przyjdziesz mnie jeszcze przytulić? Oczywiście, że przyjdę.

20.15. Dzieci przytulone, ukochane, pogłaskane, ucałowane. Światła zgaszone. Włączam cichutko E. Fitzgerald. Nastawiam zmywarkę. Przygotowuję herbatę. Daję sobie 15 minut.

20.30. Siadam do pracy. Odsuwam zmęczenie i irracjonalną niechęć do szkoły, o którą muszę dbać. Otwieram notes. Oddzielam sprawy pilne od ważnych. Odgradzam się od domu. Od przestrzeni szczęścia. Wracam do spraw codziennych. Umysł pracuje wolniej. Oczy są mniej uważne. Ręce zmęczone. Kręgosłup sztywnieje z bólu.

23.30. Zamykam komputer. Cichutko wchodzę do łazienki. Szybki prysznic. Piotr rejestruje moje przyjście zaspanym mruknięciem. Wtulam się w jego ciepłe, pachnące ciało. Westchnienie bólu i ulgi, gdy głowa dotyka poduszki. Kręgosłup najwyraźniej zdziwiony tą nagłą zmianą pozycji – nie chce uwierzyć. Boli. Ból rozlewa  się od szyi, przez plecy, pośladki, biodra. Zamykam oczy. Sen przychodzi natychmiast. Jeszcze tylko ostatnie słowa przelatują w myśli: Niech serca nawet uśpione prze sen czuwają przy Tobie…

 

Zaszufladkowano do kategorii Liturgia godzin | Dodaj komentarz

Nieszpory

W świetlicy jeszcze sporo dzieci. Łucja czyta. Zaszyta w kącie sali. Duszno. Nadchodzi ból głowy. Ten przejmujący. Od którego chce się płakać i krzyczeć. Cześć córeczko. Zbieraj się kochanie. Jedziemy do domu. Dziewczynka flegmatycznie podnosi się z miejsca. Rozpoznaję na jej twarzy ten moment złości, gdy człowiek wyrwany z lektury, pragnie jak najszybciej do niej wrócić. Czy na tym właśnie polega wychowywanie? Na wyrywaniu człowieka ze światów innych, odległych, drastyczne sprowadzanie go do nudnego TU I TERAZ?

Mamooo… jestem taka głodna. Boli mnie głowa. A Zosia dzisiaj bez przerwy mi dokuczała!

Odsuwam myśli. Ignoruję ból i zmęczenie. Nastrajam się cała na DZIECKO. Słucham. Kiwam głową. Parafrazuję ze zrozumieniem. Cierpliwie. Łagodnie. Podaję kurtkę. Wiążę szalik. Przytulam. Gotowa? To chodźmy po Gabi. W odpowiedzi nieartykułowane mruknięcie. Wychodzimy. Orzeźwiający chłód powietrza. Tak bardzo brakuje mi powietrza. Co się ze mną stało, że moim największym marzeniem jest długi, bardzo długi spacer? I cisza.

W przedszkolu brudno. Na podłodze błoto. Niedobrze. Zaduch. Niezdrowy zapach ciężkiego powietrza, obiadu, pasty do zębów i czegoś jeszcze trudnego do zidentyfikowania. Gabrysiu, dzień dobry. Chodź, kochana. Uśmiech. Pamiętaj o uśmiechu.

O nieee! Mamoooo, czemu przyszłaś tak wcześnie?! Chcę się jeszcze pobawić! Fala złości. Powstrzymuję ją, ale ton jest już stanowczy. Mała jest czuła na moje tony. Wychodzi sprawnie. W głowie pulsuje ból. Nie wytrzymam. Muszę stąd wyjść. Zamiast tego luzuję szalik na szyi, rozpinam płaszcz. Uśmiecham się. I słucham drugiej wersji mijającego dnia.

Pani dyrektor? Mogę zająć chwilkę? Chciałam tylko spytać…

Mam ochotę krzyczeć. Odwracam się uprzejmie. Z żalem patrzę, jak nieuchronnie odchodzi ta chwila macierzyńskiej uwagi. Dzieci posłusznie milczą. Rozmawiam.

Godzina 17.00. Wychodzimy. Wracamy do domu. Samochód. Dzieci zmęczone i głodne (dziś był niedobry obiad) siedzą apatycznie. Skupiam się na drodze. Skręcam do sklepu. Dziewczynki wloką się za mną. Szybkie, nieprzemyślane zakupy. Byle coś mieć na kolację. Kolejka do kasy jest ponad moje siły. Wzbiera furia. Panie, tylko to mogę ci dzisiaj dać.

Zakupy w bagażniku. Ostrożnie manewruję na ciasnym parkingu. Przy wyjeździe korek. 17.30. Dzwoni telefon. Cześć kochanie! gdzie jesteś? Wychodzisz ze sklepu? To może po mnie przyjedziesz? Będę za 5 minut. Tak, oczywiście. Przyjadę. Po twarzy spływają mi łzy. Włączam kierunkowskaz. W stronę stacji.

Zaszufladkowano do kategorii Liturgia godzin | Dodaj komentarz

Nona

Wciąż za mało czasu, by sprostać obowiązkom. Duchu Święty prowadź. 

Godzina 15.30. Trzeba jeszcze sprawdzić maile. Odpowiedzieć. Złożyć zamówienia. Umieścić wpisy na fb i stronie szkoły. Powiedzieć Mariuszowi o zastępstwie. Porozmawiać z panem Andrzejem. Napisać ogłoszenia. Przeczytać informacje z kuratorium. Ustalić zastępstwa.

Telefon. Cześć kochanie! Jak się masz dzisiaj? Jesteś jeszcze w szkole? Daj znać, czy mam coś kupić, jak będę wracał. Kocham cię.

Ja też cię kocham.

Już tylko zmęczeniem mogę się modlić. Oczy łzawią, gdy patrzę w ekran komputera. Głowa pęka. Za oknem deszcz i ciemność. Myślę o tym, czego nie zdążyłam dziś zrobić. Lista jest przerażająco długa. Z westchnieniem zamykam laptop. Pakuję torby. Aktówka. Dokumenty. Do zrobienia w domu. Porządkuję biurko. Czy mogłaby jeszcze pani przed wyjściem sprawdzić…? Bardzo mi to jest potrzebne. Tak, oczywiście. Już sprawdzam.

Godzina 16.30. Zamykam gabinet. Idę na świetlicę po dzieci.

Wśród przemian świata Tyś niezmienny, światłem i czasem rządzisz mądrze…

Zaszufladkowano do kategorii Liturgia godzin | Dodaj komentarz