Drzewa

Jest niedziela. Pada deszcz. Chowam się pod ogromnym, zielonym parasolem. Wtulona w szary leżak, okryta ulubionym swetrem koloru lila. Ogrzewa mnie kubek zielonej herbaty z jaśminem. Na kuchence powoli gotuje się zupa pomidorowa. Mąż i dzieci zatopieni w lekturach. A ja patrzę.

Podglądam świat. Zatapiam się w zieleni. Wszędzie przede mną zieleń. Pachnąca deszczem i słońcem zieleń mazurskich drzew i działkowych krzewów. Podziwiam tańczące z wiatrem wysokie świerki, których czubki uginają się w pokłonie nad jeziorem. Zachwycają mnie majestatyczne modrzewie i wysmukłe brzozy. Uspokaja widok potężnych dębów i wspaniałego jawora. Dostrzegam topole, olchy, jesiony i piękne lipy. Czuję woń sosen. Cieszy mnie figlarna jarzębina i jabłoń, która pochyla się nad ziemią. Mruga do mnie śliwa mirabelka. Gdzieś w zakamarkach pamięci odzywa się wspomnienie mirabelkowej uczty, gdy jako dziecko spędzałam wakacje na lubelskiej wsi. Jadło się wtedy jabłka zerwane prosto z gałęzi, żółte śliwki, morwy, które strasznie brudziły ręce, buzie, bose nogi. Agrest pękał w ustach, wiśnie i czereśnie plamiły sukienki, a ostatnie truskawki jadło się prosto z grządek, jeszcze z chrupiącym między zębami piachem.

Uśmiecham się do tych wspomnień. Uśmiecham się do moich dzieci, którym przecież brak takich doświadczeń. Trochę smutno.

Na szczęście jest pyszna herbata z jaśminem. Jest miły w dotyku sweter. Jest prastary Dom zanurzony w zieleni drzew.

Uczę się tych drzew jak zapomnianej kiedyś lekcji.

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Gniazdo

Prastary Dom nad Jeziorem stał się rodzinnym gniazdem. Siedliskiem czterech pokoleń. Stały i niezmienny irytuje i przyciąga. Drażni i wzbudza sentyment. Rozleniwia i motywuje do podejmowania działań.

Przyjeżdżam tu od osiemnastu lat.

Za każdym razem jestem inna. Ja się zmieniam, a Dom trwa. Te same obrazki i makatki na ścianach. Te same sztućce, talerze i kubki. Ten sam widok z okna na górze. Te same porzeczki przy płocie. Ta sama wąska brama. I jezioro ciągle tak samo dzikie, zarośnięte, ciche, zachwycające.

Myślę o Domu z sentymentem. Dom jest bliski, bo gromadzi wspomnienia. Gnieżdżą się wszędzie. Są w ścianach i drewnianych szafkach. W kominie i dachu. W skrzypiącej podłodze i brudnych oknach. Dom pamięta wszystko. Każdą kroplę potu. Każdy uśmiech. Każdą łzę. Każde zbite kolano. Pamięta wakacyjny rozgardiasz. Pamięta ludzi, których gościł choćby na chwilę. Pamięta jagody i porzeczki wdeptane w podłogę. Pamięta napisane tu wiersze, słowa wypowiedziane w złości, czułe spojrzenia. Pamięta noc poślubną i wszystkie inne noce, namiętność, pożądanie, szczęśliwy, spokojny sen.

Dom jest świadkiem. Opuszczony i samotny przez większą część roku trwa niewzruszenie mimo niepogody, deszczu, burzowych nocy, śnieżnych zamieci, wilgoci i suszy. Latem cierpliwie przyjmuje wszystkich pod swój skromny dach, chłonąc wspomnienia kolejnego roku.

Jest więc ten nasz Prastary Dom nad Jeziorem gniazdem. Zjeżdżamy tu wszyscy na wakacje. Z dziećmi i połową dobytku – jak za starych, dobrych lat. Jak w innej epoce. Nie ma w Domu pralki ani zmywarki, nie ma mikrofalówki ani piekarnika z termoobiegiem. Łazienka tylko jedna, skromna. Trzeba oszczędzać wodę. Zasięg też jakiś słaby. Do najbliższego sklepu około 6 kilometrów.

Przyjeżdżamy do Domu, żeby przenieść się w czasie, wejść w inną przestrzeń, inny wymiar. Znajdujemy tu (nie od razu) ciszę wypełnioną ptasim śpiewem. Prawdziwym, oszałamiającym śpiewem setek nieznanych nam ptaków. Znajdujemy spokojną, zadziwiającą toń jeziora, w której zanurzeni płyniemy sennie, patrząc na majestatyczne łabędzie i zabawne kaczki. Jest jeszcze brzęczenie owadów, szelest traw, dalekie odgłosy galopujących koni. I trawa. Wszędzie tylko trawa. Las. Piaszczysta, wąska droga, która wije się niepostrzeżenie między jeziorem a rozległymi polami.

W tym zagubionym trochę Domu odnajdujemy Czas. Czas na czytanie książek, na długie poranki i jeszcze dłuższe wieczory. Czas na pływanie, leżenie, wpatrywanie się w niebo, rozmyślanie o wszystkim i niczym. Czas na grę w badmintona, na obejrzenie głupiego filmu, na wspólne śniadania, obiady i kolacje.

I mimo że chciałoby się Dom ujarzmić, odświeżyć, wyremontować i unowocześnić, to przecież się wie, że Dom zostanie miejscem takim, jakim jest – prastarym, niezmiennym i dobrym. I że będzie się tu wracać przez następne osiemnaście lat. Będzie się wracać na pewno, by odnaleźć choć odrobinę utraconych chwil.

Opublikowano Drobiazgi | 2 komentarze

Wakacje z myszami

Łapiemy myszy.

Myszy zagnieździły się w prastarym Domu nad Jeziorem. Wygryzły dziurę w kuchennej szafce. Dobrały się do zapasów. Zasmakowały szczególnie w maślanych herbatnikach (ku rozpaczy moich dzieci).

Myszobranie odbywa się starodawnym sposobem. Nastawiamy pułapki. Zamiast sera – herbatnikowa przynęta.

Dom stał się mysim siedliskiem. Myszy, ufne i urocze, z małymi noskami i cieniutkimi, długimi ogonkami, są zaskoczone naszą brutalnością. Wpadają w sidła jedna po drugiej. Z wyrazem rozpaczy i wyrzutu spoglądają na nas, ludzi, ogromnych drapieżców, bezlitosnych aż do końca.

 

 

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Zielnik

Szałwia, rozmaryn i bazylia. Pachnąca mięta. Delikatny fiolet lawendy. Oregano. Astry. Szczypior. Natka pietruszki. Żółte aksamitki, obok czerwone pelargonie.  Zapach mokrej ziemi. Nogi oblepione opadłymi płatkami i błotem. Balkon w deszczu. Groźne dudnienie w niebiosach. Niepokój błyskawic.

Wystarczy zrobić jeden mały krok, by wrócić. Jeden gest zamknięcia balkonowych drzwi, by znaleźć się wewnątrz domu. Jest dobrze.

Zioła i kwiaty chłoną burzową wodę.

Rozcieram w dłoniach listki bazylii i oregano. Dodaję do gorącego szpinaku. Zapach oszałamia zmysły.

Za chwilę wróci mój mąż. Dzieci czytają. Deszcz ustaje. Nucę nieznaną piosenkę o szczęściu, które pachnie miętą.

Potem powoli nakrywam do stołu.

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Wrocław. Poza czasem.

Pokochałam to Miasto od pierwszego wejrzenia. Pierwszym oddechem.

Wrocław rozkochał mnie w sobie przestrzenią szczęścia.

Opublikowano W drodze | Skomentuj

Wrocław. Dzień pierwszy.

Wrocław przywitał nas burzą. Nisko zawisły chmury. Potężne krople rozpryskiwały się z gniewną mocą o ulice, chodniki, dachy. Z trzeciego piętra białej kamienicy na ulicy Nauczycielskiej (co za ironia!) patrzyłyśmy we trzy na kawałek miasta.

Spokój rozlewał się we mnie jak woda.

Opublikowano W drodze | Skomentuj

Wyprawa. Początek.

Po wczesnowieczornym wczorajszym gniewie ciepłe ciało męża koiło nadwyrężone nerwy. Zatrzymywało w pościeli pachnącej deszczem i latem. Poranek zbudzony terkotem budzika leniwie krążył nad nami – wtulonymi w siebie istotami dzielącymi wspólną samotność. Było cicho.

Krzątając się na górze, szukałam słów modlitwy. Dziś dziękowałam za piękno bycia matką. Dziękowałam za Adasia.

Potem szybkie śniadanie. Ostatnie drobiazgi do plecaków. 6.40. Wyprawę czas zacząć.  Dziewczynki gotowe i podekscytowane. Z bagażami jedziemy na dworzec PKP. Tym razem kierunek: Wrocław.

Opublikowano W drodze | Skomentuj

Zadziwienie

Lubię być mamą.

Wraz z życiową dojrzałością przychodzi zadziwienie macierzyństwem. Ze zdumieniem wspominam czas, gdy dzieci były maleńkie, a człowiek pędził do pracy, wolał pracę,wybierał pracę, wychowanie i opiekę nad własnym potomstwem oddając innym – babciom i dziadkom, ciociom, paniom z przedszkola, opiekunkom, etc. Ze zdumieniem patrzę na siebie sprzed lat, młodą matkę zafascynowaną pracą zawodową, naukową, społeczną. Twierdzącą z wielkim przekonaniem, że doskonale łączy to wszystko z wychowaniem dzieci. Śmieję się teraz sama z siebie.

Owszem, były chwile wspólnej radości, wyjazdów, spotkań, czytania książek i rozmów. Był czas przeznaczony dla domu i dzieci. Nie było tylko stałej obecności. Nie było poczucia, że mama jest w domu, obok, na wyciągnięcie ręki. Nie ubolewam przecież nad tym. Nie rozpaczam. Zdumiewam się jedynie prawidłościami życia. Młodością, która trochę oszukuje. Dojrzałością, która zawsze przychodzi za późno. Żalem, który niczego nie może odwrócić.

Zdumiewam się i chłonę teraźniejszość tak mocno, jak tylko mogę. Aż do zmęczenia. Aż do wyczerpania. Tworzę dom dla tych, których kocham. Jestem w domu. Uczę moje dzieci gotowania, sprzątania, rozmawiania. Wyruszam z nimi w podróże do świata sztuki, muzyki, literatury, teatru. Towarzyszę obecnością, gdy się smucą i gdy się cieszą. Wygłupiam się z nimi, wracając z całodziennej wyprawy do stolicy. A kiedy trzeba, mówię o śmierci, o nędzy, o seksie i miłości.

Wieczorami, gdy bycie mamą zaczyna nużyć, chronię się na górze, pod ciepłym kocem, otulona delikatnym światłem lampy i zapachem owocowej herbaty.

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Teraz

Egeusz

współczesny Egeusz
staje z boku
oczekiwanych wydarzeń

jego twarz
już od rana przybiera
kolor rozpaczy
(Egeusz próbuje zatuszować go
pudrem uśmiechów)

nie jest malowniczy
ze swoim gestem
tragika

patrzy na morze
kiedyś ma wrócić syn
(zabójca i uwodziciel)

wkrótce
Egeusz spuszcza głowę
wraca
do pustego mieszkania

żagle znowu są czarne

 

***
Teraz jest brzeg łóżka.
Nogi zaczepione o dywan.
Pościel która oddycha.

Nie trzeba dużo.
Nawet słów nie trzeba.

Opublikowano Wiersze | Skomentuj

Szkoła

Czasami muszę jeździć do szkoły.

Szkoła jest publiczną instytucją edukacyjną. Inaczej dydaktyczno-wychowawczą. Tak to się określa w literaturze przedmiotu. Czyli że instytucja ta ma na celu kształcenie i wychowywanie dzieci i młodzieży.

Kiedyś wierzyłam, że szkoła może być dobrym miejscem, a nauczyciel – mistrzem pociągającym za sobą uczniów. Spróbowałam stworzyć taką szkołę i przez krótką chwilę chyba się udało. Jednak doświadczenie pracy w szkołach publicznych skutecznie wyleczyło mnie z idealizmu.

Każdy, kto spotkał się z rzeczywistością szkolnictwa publicznego w naszym kraju, ma świadomość szeregu obecnych w nim absurdów. Czasem zabawnych, częściej jednak budzących grozę i niedowierzanie. Widziałam brzydkie, brudne, odrapane sale, w których nie mieścili się uczniowie. Widziałam wiecznie niezadowolonych, nieżyczliwych nauczycieli. Spotkałam polonistkę, która robiła błędy ortograficzne na tablicy i w dzienniku. Słyszałam nauczycieli wyśmiewających swoich uczniów, plotkujących, krzyczących, gruboskórnych i sfrustrowanych. Miałam do czynienia z dyrektorami przekonanymi o swojej nieomylności, traktujących ludzi niczym niewolników, bez poszanowania dla ludzkiego czasu i zobowiązań. Byłam świadkiem chamstwa, demoralizacji, przemocy, głupoty i prymitywizmu. A wszystko to w szkole publicznej.

Źle zarządzane, z anachroniczną Kartą Nauczyciela, z przestarzałymi metodami kształcenia i systemem wychowawczym rodem z PRLu stają się te nasze publiczne szkoły instytucjami nieprzystającymi do nowoczesnych czasów, do wyzwań XXI wieku, do charakterystyki człowieka będącego częścią społeczeństwa informacyjnego, społeczeństwa wiedzy. W szkołach królują absurdalne programy nauczania nijak mające się chociażby do istoty egzaminów zewnętrznych. Młodzież jak u Gombrowicza – upupiana, dręczona irracjonalnym systemem oceniania, infantylizowana, odrywana od rzeczywistych spraw, problemów, zajęć. Kiepsko przygotowani do pracy nauczyciele, ograniczeni tylko do swojego przedmiotu, bez kompetencji pedagogicznych, z niskim stopniem kreatywności, powielający stare, atawistyczne metody pracy, zalęknieni i słabi.

Nie lubię jeździć do szkoły. Nie mogę tam oddychać. Duszę się atmosferą lęku, beznadziei, braku radości. Tracę wiarę w siebie, w swój pedagogiczny zmysł, w powołanie do pracy wychowawczej.

Jako nauczyciel wierzę, że nauka może być pasjonująca, łatwa i wspaniała. Jako pedagog jestem przekonana, że wychowanie zaczyna się od relacji, od dialogu, od długich rozmów na każdy, nawet najtrudniejszy temat. Jestem przekonana, że wychowania nie da się zredukować do godziny wychowawczej, do szkolnej sali. Aby wychowywać młodych ludzi, trzeba z nimi wyjść w świat. Wędrować. Przeżywać przygody. Zadawać pytania i słuchać z uwagą odpowiedzi. Trzeba z nimi być. Życzliwie i z łagodnością. Nie oceniać, ale prowadzić, to znaczy: wskazywać drogę.

To dlatego uwielbiam edukację domową.

 

 

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj