Wieczorem

Wieczorem siadam przy stole w jadalni. Stół jest stary. Przywieziony z Nowolipek. Jadali przy nim dziadkowie. Mocny, dębowy, stateczny. Nieco szorstki już. Wszystkie herbaty, kawy, dziecięce kakao, obiady, zupy, desery zostawiły w ciągu tych długich lat swoje ślady, odciski, znaki. Stół można czytać jak książkę. Teraz zasłonięty jasnym, lnianym, pięknym obrusem w kwiaty podarowanym niedawno przez mamę zaprasza całym swym urokiem, aby usiąść przy nim z kubkiem pachnącej, gorącej herbaty.

Siedzę więc przy stole oświetlonym jasną lampą. Przede mną otwiera się salon. Kominek, który powoli przypomina o sobie. Brązowy, wygodny fotel kuszący fascynującymi lekturami; regały pełne książek; stara, wysłużona kanapa; pianino. Po lewej przestronna, schludna kuchnia pełna domowych drobiazgów i zapachów, z kolorowymi obrazkami dziewczynek przyklejanymi do szafek. Na jednym cała rodzina. Mama z rozwianymi włosami, jak zawsze piękna, trzyma za rękę tatę w kraciastych portkach. Wszyscy z uśmiechami od ucha do ucha. Na kolejnym księżniczka i kwiaty,  dalej zwierzęta (psy, konie, niedźwiedzie). Jest jeszcze domek chiński i bliżej nieokreślony projekt architektoniczny młodszej córy. Po prawej stronie, tuż na wyciągnięcie ręki – biblioteka, czyli półki zastawione książkami. Ciepłe światło otula mnie i ogrzewa. Dom koi.

Rozmawiamy. Dziś o muszkieterach i fikcyjnym kraju Syldawii. Cieszę się swoimi dziećmi. Zajadamy pyszną tartę z cebulą. Herbata pachnie. Powoli pieką się bezy. Dziewczynki z nosami w książkach siedzą tuż obok mnie. Czytają.

A ja? Po prostu, zwyczajnie uśmiecham się do szczęścia.

 

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Baśń

Życie Bułhakowa tak jego twórczość pełne jest motywów tragicznych, dysonansów, groteskowych zwrotów akcji, absurdalnych rozwiązań, naiwności idealisty, głebokich przeżyć artysty. Z jego własnego dziennika intymnego wyłania się podobno obraz okropnego człowieka, antypatycznej osobowości, niezrównoważonego egoisty. Jakże mogłoby być inaczej? Świetnie wykształcony, kulturalny lekarz, który po niedługiej przymusowej praktyce w armii rewolucyjnej oraz wśród chłopstwa gdzieś na głębokiej prowincji postanawia dokonać radykalnej zmiany całego swojego życia – nie może być do końca człowiekiem zrównoważonym. Nigdy chyba do końca nie zrozumiemy motywów nim kierujących, jak nigdy nie zrozumiemy przecież umysłu ani szaleńca ani geniusza. Gdy Bułhakow w 1921 roku przyjeżdża do Moskwy nie ma nic. Jest chorym morfinistą marzącym o karierze pisarza. Uda mu się powoli nawiązać jakieś znajomości w światku literatów (doskonale opisze je w „Mistrzu i Małgorzacie”, z dystansem ironisty, obnażając komiczną prawdę o tych, którzy zwą siebie artystami), ale całe dalsze życie Bułhakowa i jego kariera pisarska będą wielkim dramatem. Jak sam napisze w słynnym liście do Stalina: spośród ponad trzystu recenzji tylko dwie będą pozytywne… Bułahkow przytuli się gdzieś w moskiewskim teatrze i tam – za wstawiennictwem samego Stalina – dane mu będzie dożyć swoich dni, niełatwych i bolesnych ze względu na potworność śmiertelnej choroby, którą sam u siebie zdiagnozuje kilkanaście lat przed śmiercią. Choroba ta, mocznica, będzie zabijać go powoli, odbierać siły, sprawność, wzrok. Ostatnie rozdziały „Mistrza i Małgorzaty”, ostatnie poprawki autor będzie dyktował żonie, nota bene trzeciej z kolei.

Chylę czoła przed żelazną wolą tego pisarza. Postanowił kiedyś, że będzie tworzył i nic – ani bieda, ani niepowodzenia, ani krytyczne recenzje, ani brak jakichkolwiek możliwości drukowania, publikowania, rozwijania swojego artyzmu ani nawet cierpienia fizyczne spowodowane chorobą – nie złamały tego postanowienia.

Sławę Bułhakow zyska dopiero ponad dwadzieścia lat po śmierci.

W swojej twórczości będzie kpił zarówno z bezmyślnych fanatyków jak i naiwnych marzycieli. Literatów bezlitośnie ukarze, posługując się figurami Behemota, Korowiowa i Wolanda. Cierpiącego Mistrza ukoi świetlistą przystanią i miłością po wieczne czasy. W osobie młodego poety Iwana będzie mógł naprawić swój błąd – z drogi pisarstwa skieruje go na drogę filozofii, która przyniesie spełnienie i szczęście. Doktor także pójdzie po rozum do głowy – zniszczy swoje dzieło, które – w innym wypadku – zniszczyłoby jego samego. Za przyczyną swego pisarstwa Bułhakow naprawia świat, porządkuje wszystkie sprawy, oczyszcza relacje i motywy. W gruncie rzeczy ocala to, co najważniejsze – miłość, prawdę, dobro i piękno. Zarówno „Mistrz i Małgorzata” jak i „Psie serce” można czytać jako swego rodzaju baśń dla dorosłych, w której ścierają się wielkie, potężne siły; w której małoduszni i łajdacy otrzymują to, na co zasługują; w której wreszcie na końcu mądrzy odnoszą sukces. Baśń ta, choć wydawać by się mogła fantasmagorią, jakoś tak prawdziwie opowiada o typach ludzkich. Zadziwiające, z jaką wnikliwością.

Opublikowano Mistrzowie | Skomentuj

Bułhakowskie studium aktu tworzenia

Bułhakow fascynuje już swoją własną biografią, w której na pierwszy plan wysuwają się wielkie, historyczne, fatalne siły determinujące życie człowieka. Urodzony w 1891 roku w rodzinie rosyjskich inteligentów do końca życia będzie niósł w sobie archetyp „fraka”- jak fenomenalnie mówił Andrzej Drawicz na antenie Polskiego Radia w audycji poświęconej prozie Bułhakowa. Tenże wspomniany frak, symbol formy i wysublimowanej kultury rzeczywiście uderza czytelnika w zestawieniu w prymitywizmem rozchełstanej, brudnej koszuli czy walonki proletariatu, nie mówiąc już o kaloszach i gumiakach. Nazwać Bułhakowa obrońcą etosu inteligenta byłoby może uproszczeniem. Bułhakow wymyka się jakoś jednoznacznym definicjom. Zaszufladkowany w nomenklaturze przygotowania do matury jako „mistrz groteski” traci znacznie ze swojego wizerunku rosyjskiego autora. Jasne, że groteska i pastisz – to wszystko prawda. Ja nazwałabym Bułhakowa pisarzem fantasy („Mistrz i Małgorzata”) oraz fantastyki („Psie serce). Jest w tej literaturze inteligentny żart, jest absurd, jest także groza, tajemnica i krwawy horror. Przede wszystkim jednak olbrzymia przestroga przed chęcią tworzenia nowego świata, nowego porządku, nowego człowieka. Kreacjonistyczne działania bohaterów przynoszą im zawsze zgubę. Zawsze zawodzą. Doktor Preobrażeński stworzy potwora. Mistrz zniszczy swoje życie. Początkowa wiara we własną moc twórczą szybko i boleśnie przeradza się w szaleństwo i zgryzotę, które dotykają nie tylko samego autora, ale przede wszystkim tych, którzy są mu najbliżsi, których chciałby ochronić i wreszcie – świat zewnętrzny. Mamy więc u Bułhakowa fenomelnane, przerażające studium aktu tworzenia: od egocentryzmu twórcy maskowanego chęcią zmieniania świata poprzez rozczarowanie stworzeniem, odrzucenie mocy twórczej, gorycz i szaleństwo, bezsilność aż do zwątpienia i pragnienia śmierci. Ale Bułhakow nie jest nihilistą. Rozprawia się brutalnie z kreacjonistyczną, romantyczną wizją twórcy. Pokazuje, jak niewyobrażalne skutki niesie ze sobą akt tworzenia, każdy akt tworzenia; jak nad skutkami tego sam autor nie potrafi zapanować; jak wielką, gigantyczną siłą obdarza autor własne dzieło. W „Psim sercu” Bułhakow otwarcie porówna dzieło stworzone przez autora do dziecka wydanego na świat przez matkę. Relacja twórcy i stworzenia jest więzią sakralną, macierzyńską, ojcowską – i żadne wypaczenia tego nie zmienią. To dlatego twórca musi popaść w szaleństwo, by móc zniszczyć dzieło. To dlatego twórca nie ma mocy ani siły porządkowania. Jednak ratunek przychodzi. Zawsze przychodzi z zewnątrz. Zawsze to będzia jakaś siła większa niż sam twórca, której on w akcie woli podporządkuje się, by ratować tych, których kocha. W gruncie rzeczy jest to optymistyczny akcent. Twórca i świat cały ocaleją.

Opublikowano Mistrzowie | Skomentuj

Dawne lektury

Rozpoczęłam właśnie pasjonującą (i trochę sentymentalną) podróż do dawnych lektur. Czas odświeżyć zakurzonych już klasyków, arcydzieła, które zescholaryzowane widnieją na wykazach w podstawach programowych poszczególnych etapów edukacyjnych, czym – niestety – odstraszają i starych i młodych. Książki czytane kilkanaście (a może i ponad dwadzieścia lat temu), jeszcze w domu rodzinnym, w czasach licealnych, na studiach. Lektury ponad wszelką miarę wielkie, niesłychane, które przecież chwytały głęboko za serce, sięgały aż do dna młodzieńczej duszy, wywracały ją, wierciły, układały na nowo. Książki, które czytało się całymi nocami, z zapartem tchem albo takie, które po prostu trzeba było przeczytać, bezmyślnie – do egzaminu. Myśląc o nich wszystkich ze wstydem odkryłam, jak niewiele zostało w pamięci. I poczułam żal, jakbym utraciła część życia. I bunt. I wolę odzyskania tych straconych stronic.

Czytając dawnych mistrzów już jako dojrzała kobieta, przede wszystkim delektuję się słowem i – muszę przyznać – że to właśnie sprawia mi największą chyba przyjemność. Czytam powoli, nie spiesząc się (to coś, czego uczę się od niedawna). Cieszę się lekturą, przewracaniem kartek. Smakuję dialogi. Rozważam czyny bohaterów. Śledzę własne myśli. Medytuję. Snuję refleksje. A wszystko to jest piękniejsze niż mogłam sądzić.

A więc najpierw Kubiaka „Literatura Greków i Rzymian” oraz Bułhakow.

 

Opublikowano Mistrzowie | Skomentuj

Niczym tsunami

Upajam się życiem. Cieszę się czasem. Raduję się sobą i światem. Kocham, marzę, jem lody, bawię się, rozmawiam z przyjaciółmi, pływam na basenie, słucham dzieci, czekam na męża. Żyję życiem swoim, nie – przedsięwzięcia. Uwolniłam się nagle. Decyzja ta kiełkowała we mnie od paru miesięcy. Gorycz sączyła się powoli – tak, że trudno byłoby ją uchwycić. Wypływała nagle, przy byle okazji – jak nic nieznaczący cierń, malutka zadra uwierająca gdzieś z boku. Chciałam jej nie dostrzegać, zagłuszyć ją intelektualnymi argumentami, ukryć pod idealistycznymi rozważaniami, storpedować fałszywą duchowością. I zmęczenie. Wielkie jak niebo. Aż do odruchów wymiotnych. Wielokrotnie wypowiadane wątpliwości były właściwie wołaniem o pomoc, o ratunek, o nowe propozycje i rozwiązania, o uwagę. Strach o siebie, o swoje życie i zdrowie podpowiadał radykalne rozwiązania. Ale serce, jak głupi zając, wciąż marzycielsko wpatrzone w wizję wspaniałą, nietuzinkową, inną niż wszystkie, dobrą i mądrą, przytulną i radosną – jakoś nie chciało się poddać. Bało się. Wycieńczony, biedny umysł resztkami sił błagał o wytchnienie. I tak jak często bywa w granicznych sytuacjach, jedno przypadkiem wypowiedziane słowo, jedno zdanie, jedna przypadkowa myśl wystarczy, by zrozumieć i mieć pewność.

Nie czuję żalu – wręcz przeciwnie. Stworzyłam dobre miejsce, wartościowe, do którego ludzie przychodzili i z którego odchodzili. Jak zawsze. Jak wszędzie. Napisałam to miejsce. Od początku do końca. Uczyłam się je kochać, szanować i rozumieć. Dałam mu życie. Swoje życie. Życie odebrane sobie. Godziny zabrane ze swoich dni i nocy, weekendy odebrane rodzinie, minuty i sekundy poświęceń. Prawie pięć lat. Aż do zniewolenia.

Decyzja ogarnęła mnie wielką falą, niczym tsunami. Ugruntowana pewność, że nadszedł właściwy czas. Że więcej już nie można. Że są sprawy pilniejsze i ważniejsze, a życie nie może dłużej czekać. Egocentryczne postanowienie. Egoistyczna potrzeba zmian, radykalnych, olbrzymich zmian, wyzwań, które mobilizują.

Więc teraz stwarzam swoje życie na nowo. Układam klocki. Wiążę nici. Nie martwię się nie swoimi troskami. Myślę o niebieskich migdałach. Czytam to, co wpadnie w oko. Rano powoli wstaję z łóżka. Dużo się śmieję. Upajam się odzyskanym czasem.

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Dom

Dom jest stary nie tą zwyczajną starością minut, godzin i lat, ale starością przemijania pokoleń, starością przeżyć, starością ludzi, których tulił do snu. Zawsze trzeba popatrzeć na Dom spod przymkniętych powiek. Pierwsze spotkanie, przywitanie powinno być leniwe i długie, żeby Dom się przyzwyczaił. Żeby wybrzmiała cisza Domu gromadzona przez niego skrupulatnie w czasie tych długich jesiennych i zimowych miesięcy, gdy stoi opuszczony, zamknięty w swoim jestestwie, pogrążony w ciemności, samotny jak heros ze starożytnych mitów. Należy powitać Dom z szacunkiem. Skłonić się przed jego majestatem, przed marzeniami chowanymi w nim niczym w wielkiej, przepastnej skrzyni. Należy wejść do Domu krokiem spokojnym acz pewnym, krokiem Odysa, który wraca. Który zawsze wraca.

Dom pachnie myszami i kurzem. Czasami w nocy można usłyszeć zapomniane już, nieznane bywalcom miejskich kafejek odgłosy: chrobotanie, piski, skrobanie, brzęczenie… Mieszkańcy Domu żyją w zgodzie z myszami. W niczym sobie nie szkodzą, w niczym nie przeszkadzają. Dyskretnie tolerują siebie nawzajem. Dojrzale udają, że nie zauważają echa swoich działań, aż w końcu po jakimś czasie (a może na początku czasu?) radują się wzajemnie ze swojej obecności.

Dom straszy. Niespełnionymi obietnicami, utraconym życiem, wysiłkiem i trudem, nadziejami pochłoniętymi przez groźny, wielki świat gdzieś spoza kosmosu tej magicznej doliny.

Dom opowiada historie. Historie te są długie i mądre, bardzo mądre. O kobietach nie z tej epoki, silnych jak boginie, walecznych, prostych jak wieśniaczki, radosnych jak dzieci, rzucających się w wir życia bez opamiętania, pijących i tańczących – byle tylko zapomnieć o grozie życia. O mężczyznach pełnych honoru jak rycerze Okrągłego Stołu, pracowitych jak drwale, bogobojnych, otaczających swymi silnymi ramionami kobiety wybrane na matki ich dzieci. Dom opowiada historie o gospodarzach, mleku pachnącym krowami, połaciach pastwisk, cmentarzu zapomnianych żołnierzy, o drogocennych kolczykach – mitycznym artefakcie, który stał się Początkiem.

Ściany szumią.Dachówki mruczą. Podłoga szepcze. Drzwi nucą. Kominek śpiewa piosenki o tych, co dawniej, o tych, co kochali, pragnęli, śmiali się i żyli w tym małym, brzydko-ładnym, zaniedbanym, arcymądrym Domu nad Jeziorem.

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Drogi

Z dwupasmówki na miarę Europy zjeżdża się czerwonym wiaduktem do niepozornej miejscowości. Tuż za imponującym swoimi rozmiarami rondem nowobogacka willa z napisem „wulkanizacja”, absurdalny element wśród otoczenia, wśród biednych, wiejskich domków chylących się ze wstydu ku ziemi nad szaroburym stawem. Zieleń pól zamyka ten obrazek ramą soczystej barwy, zbyt żywej – zdawałoby się – w połączeniu z odrapanym tynkiem, betonowym przystankiem PKS rodem z minionej, niechlubnej rzeczywistości polskiej i sklepikiem z wygórowanymi cenami  oraz (jakże by nie?) szerokim wyborem napojów alkoholowych.

Kiedy minie się tę smutną miejscowość, wąska droga toczyć się będzie jak wartki strumień, prowadzić meandrami, zakolami, zakrętami, zadziwiać drzewami olbrzymimi jak stulecia i historiami rozległych przestrzeni, których nie sposób w lot uchwycić. Ręce podróżnego mimowolnie zacisną się na kierownicy. Musi być czujny. Do Domu prowadzą tylko dwie dróżki, niewielkie, trudne do wypatrzenia. Drogowskazy wyskakują zawsze zbyt późno, zbyt blisko. Jeśli się nie wie, łatwo pojechać dalej malowniczą drogą. A wtedy błądzi się i szuka.

Jeśli wybierze się Drogę przez Las, trzeba być bardzo ostrożnym. Droga ta jest podstępna. W swojej złośliwości roztacza cudne widoki i kusi, by się zatrzymać, by skosztować soczystości owoców, by wejść głęboko niewidoczną ścieżyną w las, w tajemnicę puszczy, w igranie ze światłem. Jeśli człowiekowi przyjdzie do głowy, aby się zatrzymać, zawładną nim te cudne manowce, stachurowskie, przepełnione tęsknotą marzenia o wolności. Czas wtedy milknie. Ale jeśli pojedzie się dalej, mimo tajemnych nawoływań, droga wcale nie da za wygraną. Do końca będzie próbować. Trzeba nią jechać bardzo powoli, pomalutku, jakby się wiozło skarb. Jakby nie chciało się drogi urazić, skrzywdzić, zranić. Jakby się bało oddychać. Wreszcie przy Wielkim Drzewie należy opuścić nagle Drogę, gwałtownie, znienacka, bez przeprosin, ciesząc się, że kolejny raz się udało i z tą wdzięcznością powitać wioskę zagubioną w przestrzeni mazurskich lasów.

Jeśli jednak minie się Drogę przez Las, wybierając tę drugą, złocistą Drogę wśród Pól, trzeba uzbroić się w cierpliwość i męstwo. Droga ta jest łagodna i dobra. Starta ciężkimi kołami maszyn, obdarta ze swego jestestwa, naga. Obdarowuje smutkiem. Kurzem i piachem próbuje przesłonić swą ułomność. Kamieniami oddać ciosy. Jest nieudolna w swoich próbach, zbyt delikatna, by mogły się powieść te akty przemocy. Prowadzi więc podróżnych łagodnie pod górę, a potem prosto aż do Cuchnących Rozstajów i tam, nieśmiało kuli się, cofa, ukrywa za łanami pszenicy – przed Mazurską Wsią.

Niezależnie od tego, jaką decyzję podejmie wędrowiec, droga doprowadzi go do Cuchnących Rozstajów. Miejsce to, pełne wstydu i hańby, za każdym razem przypominać będzie o słabościach człowieka. Rozstaje mija się prędko. Za domem z czerwonej cegły z malwami przed wejściem i psem szczekającym zawsze za każdym wędrowcem, usadzone tuż obok siebie niewielkie murowane domki, gdzieś obok przyczepa kempingowa, drewniana chałupka. W dole, pomiędzy drzewami migocze tafla jeziora. Poziomkowy las śmieje się radośnie jak dziecko. Droga wije się jeszcze, zostawia za sobą wieś, przebiega obok białego domu z czerwonymi pelargoniami i niebieskimi ulami pełnymi pszczół, obok rozległych pastwisk aż po horyzont i ukrytych brązowych domków, jeden przy drugim, jak talia niecodziennych kart. Wreszcie dobiega do Bramy. Przejście przez Bramę to zawsze Początek. Jeszcze tylko w dół, kamienistą, surową drogą – niby do Leśnego Jeziora, a przecież tuż przed nim skręca się gwałtownie i dociera do krańca. Nie ma już drogi. Jest Dom.

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Przeczucia nieskończoności

Przez pierwsze kilka dni nie mogę znaleźć sobie miejsca. Zmiana jest uciążliwa. Mimo że jej się pragnęło od dłuższego już czasu; że marzyło się o wyjeździe, o rzuceniu wszystkiego chociaż na chwilę, o beztrosce, spokoju, wyciszeniu. Pakowanie staje się kolejnym czynnikiem stresogennym, podekscytowanie dzieci – drażni wszystkie zmysły, świadomość spraw zaległych, z którymi się przecież nie zdążyło przed urlopem – jest ciężarem nie do zniesienia. Właściwie to już się nie chce wyjeżdżać. Wolałoby się zostać w domu. Byle tylko uniknąć tego, co związane z urlopem.

Aż w końcu zgrzyt klucza w drzwiach. Mieszkanie zamknięte. Dzieci usadzone. Bagaże (z trudem) zapakowane. Można wyruszyć. Nie od razu umiem się ucieszyć. Potrzeba mi kilku dni, by umysł zwolnił; by myśli przestały krążyć z szaleńczą prędkością; by przestać co chwila patrzeć na telefon; by pozwolić sobie na ignorowanie maili i esemesów; by pozbyć się poczucia winy z powodu nicnierobienia. Dopiero po kilku dniach rozproszenie się zmniejsza (nie, nie znika jeszcze zupełnie), maleje. Siódmego lud ósmego dnia o poranku zaskakuje mnie śpiew ptaków (dlaczego słyszę je dopiero teraz?!), zadziwia kolor wody w jeziorze, uszczęśliwia uśmiech Gabrysi, uspokaja widok męża w kraciastej koszuli. Potrzeba mi tygodnia, by pozwolić sobie na długie, bardzo długie leżenie w fotelu, z wyciągniętymi nogami i kubkiem zwyczajnej, czarnej herbaty. Potrzeba mi całego tygodnia, by odzyskać umiejętność carpe diem.

Nie, to nie jest młodzieńcze, szalone i spontaniczne zachłyśnięcie się życiem na nowo. Troska, ta wierna towarzyszka, pozostaje gdzieś, schowana z tyłu głowy, odsunięta chwilowo na bok. Smutek lipcowy, żałobny, również zastyga wewnątrz mnie jak lawa. I trwa mimo fascynującego śpiewu ptaków. Strach i lęk także się czai, czeka na moment powrotu. Wie, że wakacyjna zmiana jest tylko wakacyjną zmianą – krótką i efemeryczną i że wystarczy ją przeczekać, ze spokojem zaakceptować aż pryśnie jak mydlane bańki. Lęk jest bardzo cierpliwy.

Póki co, trwa moje własne, z trudem odnalezione hygge, moment szczęścia w małym, starym domku gdzieś pośród mazurskich pól, w uroczej, zielonej dolince nad brzegiem dzikiego, tajemniczego jeziora. Najbliżsi, kochani, dobra herbata, słońce lub deszcz, zapach ognia palonego w kominku, wieczorem głupi film i kieliszek wina, czekoladowy cukierek, zakupy w wiejskim sklepiku, spacer, świergot ptaków, widok koni gdzieś na horyzoncie, ciepło męża, gdy wtulam się w niego nocami… Oszałamiające, cudowne przeczucia nieskończoności.

 

Opublikowano Drobiazgi | Otagowano , | Skomentuj

Wtedy

Wtedy także były wakacje, plany, nadzieja i słońce. Wtedy także był czas na mazurskie jezioro i wyjazd. Szpital popsuł wszystko.

Zawsze od tamtego momentu boję się tego dnia. Mimo że to 1 listopada wgryza się w trzewia, świdruje umysł, boli najstraszniejszą raną. 13 lipca przychodzi znienacka. Niepozornie. Siłą woli odsuwany, spychany w głąb, gdzieś pomiędzy zakupami, pytaniem „co na obiad?”, myślami o pracy, dzieciach, o drobiazgach. Gdzieś poza hic et nunc. Tak niepozornie, że chciałoby się nie zauważyć tego dnia, nie odróżnić go od innych. Udawać, że jest po prostu kolejnym dniem do spełnienia. I tylko łez spływających po policzkach nie można zatrzymać. Ani tych obrazów. Wspomnień. Poczucia porażki. Że się zawiodło kogoś, kogo jeszcze do końca nie było.

Mój syn miałby teraz 3 lata, jasne loczki, niebieskie oczy, pucułowate policzki. Wyciągałby rączki do mnie, mówił „daj” i „auto” i oczywiście wykrzykiwał z całą trzylatkową siłą to najważniejsze ze słów – „nie”. Walczyłabym z pieluchami, ze swoim zmęczeniem, bałaganem w salonie, porozrzucanymi zabawkami. Karmiłabym się myślami o niezrealizowanych marzeniach, czasami płakałabym ukradkiem w sypialni, żeby mąż nie widział. Patrzyłabym, jak rośnie to kolejno dziecko, chłopczyk, tak upragniony, tak kochany. Zastanawiałabym się pewnie, kim będzie. Drżałabym, widząc każdy niepokojący objaw jego zachowania. Dumnie obnosiłabym się ze swoim szczęśliwym i trudnym macierzyństwem, pogardzając trochę kobietami z jednym tylko dzieckiem.

Wiem już, że trudniej stracić dziecko, które się czuło, którego się dotknęło, któremu się śpiewało. To niemożliwa do przeżycia żałoba, która trwać będzie wiecznie, aż do skończenia świata. Trwać będzie wiecznie, zmieniając tylko barwy i przebrania. Niemożliwa do zaspokojenia ukryta tęsknota,  głęboka jak miłość. Bo mimo że dziecka nie ma, miłość pozostaje. I rośnie. Wciąż każdego dnia rośnie jak głupia.

 

 

 

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Kochajmy marzycieli

Myślę sobie, że jednym z gorszych doświadczeń dla idealistów jest zetknięcie się z mentalnością małomiasteczkową. Mentalność ta, opierająca się na subiektywnej, negatywnie zabarwionej interpretacji fragmentów rzeczywistości, uderza w najbardziej intymne, wrażliwe sfery umysłowości i emocjonalności marzycieli. Człowiek małomiasteczkowy posługuje się nieuzasadnioną z logicznego punktu widzenia krytyką, zazwyczaj wykorzystującą argumenty ad personam. Pozamerytoryczne argumenty pozbawione racjonalności nie dają możliwości obrony, zwłaszcza jeśli przedstawiane są niebezpośrednio, niosąc ze sobą ryzyko plotek i zwykłej obmowy. Łatwość wysuwania oskarżeń, niepotwierdzonych i bezpodstawnych, to jeden z wyznaczników mentalności małomiasteczkowej. Bezkrytyczne uleganie spiskowej teorii świata, wytykanie błędów i potknięć, poniżanie – to tylko niektóre z narzędzi, jakim posługuje się człowiek o prowincjonalnej umysłowości. Dawniej kogoś takiego nazywano kołtunem, stosując dosyć niepochlebną analogię do plica polonica. Mentalność o ciasnych horyzontach nie jest w stanie zrozumieć ani przyjąć idealizmu marzycieli, ich kategoryczności i uporu, a także rozgoryczenia. Marzycielstwo i idealizm, które są źródłem wielkich dokonań ludzkości, potrzebują wiary i wsparcia. Musi być przynajmniej jedna osoba, która rzeczywiście uwierzy w marzenie, a w chwili zwątpienia będzie po prostu ratunkiem. Ideały są jak ludzie – nie mogą trwać samotnie, gasną, nikną, bez lustra, jakim jest drugi umysł. Narażone i wystawione na działanie krytyki ograniczonych umysłów, tracą blask, szarzeją i stają się zwyczajnie nieosiągalne. W świetnym filmie „La la land” bohaterka śpiewa „kochajmy marzycieli, choć zdają się bezmyślni; kochajmy serca, które świat łamie i chaos, który po nas zostaje”. Idealiści, mimo siły swych marzeń, są bezbronni wobec bezduszności i małomiasteczkowych przekonań. Kochajmy marzycieli. Szanujmy marzycieli. To oni wzbijają się do gwiazd. To oni zmieniają świat. Kochajmy marzycieli. Szanujmy marzycieli. Oni zawsze tracą więcej. Są zdolni wiele, wiele poświęcić dla ideałów, aż do ostatecznego obnażenia samego siebie. Są wspaniałymi, niezwykłymi artystami życia.

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj