Herbata z pomarańczą

Zmywarka szumi, chlupocze, brzdąka cicho. Zgasiłam światło w jadalni i kuchni, żeby nie widzieć, jak jest brudno. W salonie na wytartej, brązowej kanapie nasłuchuję oddechów dzieci. Śpią przy otwartych drzwiach. Pod ciepłymi kołdrami, we flanelowych piżamach, z ukochanymi przytulankami. Sny ich niespokojne z powodu gorączki, a oddechy nierówne i ciężkie. Czas choroby.

Wtulam się całą sobą w przestrzeń domu. Szukam wytchnienia i ratunku. Jesień przejmuje mnie chłodem. Zimno. Po swojej stronie mam piękny kominek, ciepło ognia, zapach palącego się drewna. Moim sprzymierzeńcem jest termostat i dwufunkcyjny piec – nastawiam na 21 stopni i kładę dłonie na kaloryfer. Czekam tylko chwilę i ciepło od dłoni wędruje do łokci, barków, zmęczonego karku. Miękkość koca, szlafroku, wełnianych skarpet koi zmysły. Dom się ociepla. Ja rozgrzewam się wraz z nim. Jeszcze tylko gorąca herbata z pomarańczą. Słabe płomyki świeczek. Chwila, gdy wrastam w mój dom.

 

 

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Na autobus

Stało się. Samochód w końcu się rozpadł. Przesiadłam się do komunikacji miejskiej i podmiejskiej. Jeżdżę autobusem, pociągiem, metrem i znów pociągiem. I dużo chodzę. Odkrywam na nowo świat.

Pobudka o 6.00. Czynności zaplanowane, ale bez zbytniego pośpiechu. Mam czas na miłe śniadania z mężem. Razem wychodzimy na autobus, razem jedziemy pociągiem. Rozstajemy się w metrze, życząc sobie dobrego dnia.

Świat poza przestrzenią samochodu odzyskuje swoją wielkość. Cieszę się widokami za oknem wagonu. Patrzę na mijanych ludzi. Lawiruję w tłumie wlewającym się do metra. Czekam na opóźnione pociągi. Modlę się, czytam i kontempluję. Podróż trwa. Ci, którym opowiadam o swojej drodze do pracy, nie chcą wierzyć. Współczująco kręcą głowami. A ja tylko się uśmiecham delikatnie. I idę. Na autobus.

Opublikowano Drobiazgi | 4 komentarze

Dzień

Dzień szybko przeminął pełen pracy i obowiązków. Pobudka o wczesnej porze, wizyta u lekarza, potem sprawy urzędowe, zakupy, nauka z dziećmi, gotowanie, obiad, sprzątanie, msza święta (bo pierwszy piątek), kolejne zakupy (bo zapomniałam o jogurtach i jajkach), zajęcia teatralne dla dzieci z osiedla, odprowadzenie do domu Ani (bo przecież ciemno), kolacja. A w międzyczasie gorąca linia z rzeczoznawcą od auta (samochód w serwisie), zatkana zmywarka i milion dziecięcych spraw i problemów, o których trzeba usłyszeć, które trzeba zapamiętać i w których trzeba pomóc.

Chwilami brakuje sił. Wtedy płaczę cicho.

Opublikowano Drobiazgi | 2 komentarze

Drzewa

Jest niedziela. Pada deszcz. Chowam się pod ogromnym, zielonym parasolem. Wtulona w szary leżak, okryta ulubionym swetrem koloru lila. Ogrzewa mnie kubek zielonej herbaty z jaśminem. Na kuchence powoli gotuje się zupa pomidorowa. Mąż i dzieci zatopieni w lekturach. A ja patrzę.

Podglądam świat. Zatapiam się w zieleni. Wszędzie przede mną zieleń. Pachnąca deszczem i słońcem zieleń mazurskich drzew i działkowych krzewów. Podziwiam tańczące z wiatrem wysokie świerki, których czubki uginają się w pokłonie nad jeziorem. Zachwycają mnie majestatyczne modrzewie i wysmukłe brzozy. Uspokaja widok potężnych dębów i wspaniałego jawora. Dostrzegam topole, olchy, jesiony i piękne lipy. Czuję woń sosen. Cieszy mnie figlarna jarzębina i jabłoń, która pochyla się nad ziemią. Mruga do mnie śliwa mirabelka. Gdzieś w zakamarkach pamięci odzywa się wspomnienie mirabelkowej uczty, gdy jako dziecko spędzałam wakacje na lubelskiej wsi. Jadło się wtedy jabłka zerwane prosto z gałęzi, żółte śliwki, morwy, które strasznie brudziły ręce, buzie, bose nogi. Agrest pękał w ustach, wiśnie i czereśnie plamiły sukienki, a ostatnie truskawki jadło się prosto z grządek, jeszcze z chrupiącym między zębami piachem.

Uśmiecham się do tych wspomnień. Uśmiecham się do moich dzieci, którym przecież brak takich doświadczeń. Trochę smutno.

Na szczęście jest pyszna herbata z jaśminem. Jest miły w dotyku sweter. Jest prastary Dom zanurzony w zieleni drzew.

Uczę się tych drzew jak zapomnianej kiedyś lekcji.

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Gniazdo

Prastary Dom nad Jeziorem stał się rodzinnym gniazdem. Siedliskiem czterech pokoleń. Stały i niezmienny irytuje i przyciąga. Drażni i wzbudza sentyment. Rozleniwia i motywuje do podejmowania działań.

Przyjeżdżam tu od osiemnastu lat.

Za każdym razem jestem inna. Ja się zmieniam, a Dom trwa. Te same obrazki i makatki na ścianach. Te same sztućce, talerze i kubki. Ten sam widok z okna na górze. Te same porzeczki przy płocie. Ta sama wąska brama. I jezioro ciągle tak samo dzikie, zarośnięte, ciche, zachwycające.

Myślę o Domu z sentymentem. Dom jest bliski, bo gromadzi wspomnienia. Gnieżdżą się wszędzie. Są w ścianach i drewnianych szafkach. W kominie i dachu. W skrzypiącej podłodze i brudnych oknach. Dom pamięta wszystko. Każdą kroplę potu. Każdy uśmiech. Każdą łzę. Każde zbite kolano. Pamięta wakacyjny rozgardiasz. Pamięta ludzi, których gościł choćby na chwilę. Pamięta jagody i porzeczki wdeptane w podłogę. Pamięta napisane tu wiersze, słowa wypowiedziane w złości, czułe spojrzenia. Pamięta noc poślubną i wszystkie inne noce, namiętność, pożądanie, szczęśliwy, spokojny sen.

Dom jest świadkiem. Opuszczony i samotny przez większą część roku trwa niewzruszenie mimo niepogody, deszczu, burzowych nocy, śnieżnych zamieci, wilgoci i suszy. Latem cierpliwie przyjmuje wszystkich pod swój skromny dach, chłonąc wspomnienia kolejnego roku.

Jest więc ten nasz Prastary Dom nad Jeziorem gniazdem. Zjeżdżamy tu wszyscy na wakacje. Z dziećmi i połową dobytku – jak za starych, dobrych lat. Jak w innej epoce. Nie ma w Domu pralki ani zmywarki, nie ma mikrofalówki ani piekarnika z termoobiegiem. Łazienka tylko jedna, skromna. Trzeba oszczędzać wodę. Zasięg też jakiś słaby. Do najbliższego sklepu około 6 kilometrów.

Przyjeżdżamy do Domu, żeby przenieść się w czasie, wejść w inną przestrzeń, inny wymiar. Znajdujemy tu (nie od razu) ciszę wypełnioną ptasim śpiewem. Prawdziwym, oszałamiającym śpiewem setek nieznanych nam ptaków. Znajdujemy spokojną, zadziwiającą toń jeziora, w której zanurzeni płyniemy sennie, patrząc na majestatyczne łabędzie i zabawne kaczki. Jest jeszcze brzęczenie owadów, szelest traw, dalekie odgłosy galopujących koni. I trawa. Wszędzie tylko trawa. Las. Piaszczysta, wąska droga, która wije się niepostrzeżenie między jeziorem a rozległymi polami.

W tym zagubionym trochę Domu odnajdujemy Czas. Czas na czytanie książek, na długie poranki i jeszcze dłuższe wieczory. Czas na pływanie, leżenie, wpatrywanie się w niebo, rozmyślanie o wszystkim i niczym. Czas na grę w badmintona, na obejrzenie głupiego filmu, na wspólne śniadania, obiady i kolacje.

I mimo że chciałoby się Dom ujarzmić, odświeżyć, wyremontować i unowocześnić, to przecież się wie, że Dom zostanie miejscem takim, jakim jest – prastarym, niezmiennym i dobrym. I że będzie się tu wracać przez następne osiemnaście lat. Będzie się wracać na pewno, by odnaleźć choć odrobinę utraconych chwil.

Opublikowano Drobiazgi | 2 komentarze

Wakacje z myszami

Łapiemy myszy.

Myszy zagnieździły się w prastarym Domu nad Jeziorem. Wygryzły dziurę w kuchennej szafce. Dobrały się do zapasów. Zasmakowały szczególnie w maślanych herbatnikach (ku rozpaczy moich dzieci).

Myszobranie odbywa się starodawnym sposobem. Nastawiamy pułapki. Zamiast sera – herbatnikowa przynęta.

Dom stał się mysim siedliskiem. Myszy, ufne i urocze, z małymi noskami i cieniutkimi, długimi ogonkami, są zaskoczone naszą brutalnością. Wpadają w sidła jedna po drugiej. Z wyrazem rozpaczy i wyrzutu spoglądają na nas, ludzi, ogromnych drapieżców, bezlitosnych aż do końca.

 

 

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Zielnik

Szałwia, rozmaryn i bazylia. Pachnąca mięta. Delikatny fiolet lawendy. Oregano. Astry. Szczypior. Natka pietruszki. Żółte aksamitki, obok czerwone pelargonie.  Zapach mokrej ziemi. Nogi oblepione opadłymi płatkami i błotem. Balkon w deszczu. Groźne dudnienie w niebiosach. Niepokój błyskawic.

Wystarczy zrobić jeden mały krok, by wrócić. Jeden gest zamknięcia balkonowych drzwi, by znaleźć się wewnątrz domu. Jest dobrze.

Zioła i kwiaty chłoną burzową wodę.

Rozcieram w dłoniach listki bazylii i oregano. Dodaję do gorącego szpinaku. Zapach oszałamia zmysły.

Za chwilę wróci mój mąż. Dzieci czytają. Deszcz ustaje. Nucę nieznaną piosenkę o szczęściu, które pachnie miętą.

Potem powoli nakrywam do stołu.

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Wrocław. Poza czasem.

Pokochałam to Miasto od pierwszego wejrzenia. Pierwszym oddechem.

Wrocław rozkochał mnie w sobie przestrzenią szczęścia.

Opublikowano W drodze | Skomentuj

Wrocław. Dzień pierwszy.

Wrocław przywitał nas burzą. Nisko zawisły chmury. Potężne krople rozpryskiwały się z gniewną mocą o ulice, chodniki, dachy. Z trzeciego piętra białej kamienicy na ulicy Nauczycielskiej (co za ironia!) patrzyłyśmy we trzy na kawałek miasta.

Spokój rozlewał się we mnie jak woda.

Opublikowano W drodze | Skomentuj

Wyprawa. Początek.

Po wczesnowieczornym wczorajszym gniewie ciepłe ciało męża koiło nadwyrężone nerwy. Zatrzymywało w pościeli pachnącej deszczem i latem. Poranek zbudzony terkotem budzika leniwie krążył nad nami – wtulonymi w siebie istotami dzielącymi wspólną samotność. Było cicho.

Krzątając się na górze, szukałam słów modlitwy. Dziś dziękowałam za piękno bycia matką. Dziękowałam za Adasia.

Potem szybkie śniadanie. Ostatnie drobiazgi do plecaków. 6.40. Wyprawę czas zacząć.  Dziewczynki gotowe i podekscytowane. Z bagażami jedziemy na dworzec PKP. Tym razem kierunek: Wrocław.

Opublikowano W drodze | Skomentuj