Jak drzewo

Dostosowuję się do jesieni. Upodabniam do drzewa, które zrzuca barwne, krzyczące liście i zostaje wreszcie samo – takie proste, prawdziwe, szczere, ogołocone z ozdobników i owoców swojego istnienia. Wreszcie takie, jakie jest naprawdę. Bez kamuflażu barw. I okazuje się, że w tej swojej nagości drzewo zachowuje własne piękno, inny rodzaj piękna. To taka szorstka uroda, smutek gałęzi, które nie mają już niczego do trzymania, spokój osiągniętego celu, spełnienie i cisza. To takie zapadanie się w ciszę, w brązową ziemię, która daje obietnicę powrotu do własnego jestestwa.

Moje korzenie mocno już wrosły w pulchną glebę Domu.

 

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Zmagania z macierzyństwem

Spotykam od czasu do czasu stare znajome. W pociągu, w sklepie, na spacerze. W kilkunastominutowej rozmowie próbują opowiedzieć swoje życia. Zmagania z macierzyństwem. Zawsze, ilekroć uczestniczę w tych spotkaniach, przede wszystkim słucham z uwagą. Mówię niewiele. Potem dziękuję Bogu, że jestem już na kolejnym etapie życia. Że mam już duże dzieci.

Większość moich koleżanek zakładało rodziny w czasie, w którym ja miałam już kilkuletnie brzdące, za sobą urlopy macierzyńskie, nieprzespane noce, karmienie piersią, szukanie pracy jako młoda matka… Słucham teraz moich rówieśniczek, prawie czterdziestoletnich kobiet, które – jako matki przedszkolaków – próbują na nowo układać sobie życie. Mogę tylko ze szczerym współczuciem kiwać głową i przyznać: tak, cholernie trudno jest być matką małych dzieci w naszej Polsce. 

Często trafiam w Internecie na egzaltowane wpisy o tym, jak wspaniale jest być matką, jak macierzyństwo rozwija i dodaje skrzydeł. Podejrzewam, czytając takie hasła, że napisał je ktoś, kto nigdy nie miał małych dzieci; ktoś, kto nigdy nie próbował łączyć wychowywania i opieki nad maluchami z pracą zawodową i rozwojem osobistym.

W naszym kraju jest tak, że – aby zapewnić sobie godne warunki życia (nie luksusowe, ale po prostu zwyczajnie godne) – muszą zazwyczaj pracować obydwoje rodzice. Trudne, jeśli nie niemożliwe, jest utrzymanie rodziny z jednej – powiedzmy urzędniczej – pensji. Zatem chcąc-nie chcąc młode matki zostawiają kilkumiesięczne dzieci w żłobkach, pod opieką niani lub babci i wyruszają do pracy, w której spędzają osiem godzin. Razem z dojazdem i zakupami robionymi po drodze czas ich nieobecności w domu wydłuża się do godzin dziesięciu. Tymczasem pedagogika mówi nam, że pierwsze lata życia dziecka mają niebagatelne znaczenie dla jego całego późniejszego życia i  że potrzeba matki jest tak wielka w tym okresie, że stanowi wytyczne do dalszego rozwoju emocjonalno-społecznego dziecka. (My, matki wiemy o tym instynktownie. To dlatego nasze serca rozdzierają się, gdy trzeba zostawić niemowlaka na cały dzień.)

Wysłuchuję więc moich koleżanek z trwogą i wdzięcznością, przeżywając podczas tych spotkań swoiste katharsis. Słucham o udręce nieprzespanych nocy, o chaosie organizacyjnym, absurdach edukacji przedszkolnej, wyczerpaniu fizycznym i psychicznym, tłumionej złości, lęku przed zwolnieniami lekarskimi z powodu chorego dziecka, trudnościach z opiekunkami, permanentnym zmęczeniu, braku czasu, chronicznym niepokoju i chęci udowodnienia sobie i innym, że przecież dam radę. Patrzę z litością na te dojrzałe kobiety, które zdążyły już zwiedzić prawie cały świat. Teraz zaś nocami płaczą z wyczerpania. I twierdzą, że nie są dobrymi matkami.

Utożsamiam się z nimi jako dawna ja, sprzed paru lat, targana destrukcyjnym poczuciem winy, że nie jestem szczęśliwa jako matka i żona. Z pierwszego okresu życia moich córek pamiętam właśnie strach, zmęczenie i wieczny pośpiech. Tkwiące gdzieś w tyle głowy przekonanie, że powinnam przecież wychowywać i uczyć swoje własne dzieci, a nie te cudze. Teraz z perspektywy czasu wiem, że inaczej być nie mogło, że te doświadczenia wczesnego macierzyństwa, niedosyt, tłumione podszepty intuicji i instynktu stały się fundamentem moich obecnych wyborów, edukacji domowej, rezygnacji z pracy, szukania siebie samej w chaosie wszechświata. Jednocześnie napawa mnie wielkim smutkiem fakt, że w naszym kraju nie szanuje się matek; że wartość kobiety liczy się jej pozycją zawodową lub stopniem naukowym i sukcesami zewnętrznymi. Tak, wiem, poniekąd same to sobie zrobiłyśmy, my – kobiety feministki. I nie dziwi mnie już to, że tak wiele z nas choruje na depresję.

 

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Czas

Czas zwolnił.

W uporządkowanej przestrzeni Domu odnajduję życie i siebie – zagubioną dotąd w pędzie świata. Od kilku miesięcy nie pracuję. Nie uczę się. Nie zabiegam o uznanie i pieniądze. Nie przesadzam z samodyscypliną. Nie wymagam od siebie zbyt wiele. Po prostu jestem dla siebie dobra.

Nigdy do tej pory nie miałam tyle czasu.

Zawsze w biegu, w napięciu, w stresie kolejnych zadań, wyzwań, aspiracji, zdobywania sukcesów. Zawsze nerwowa i potwornie, kolosalnie zmęczona. Udręczenie życiem, ból fizyczny i psychiczny, emocje i potrzeby spychane na dno samej siebie – aż do zniewolenia pracą, działaniem, pędem.

Wreszcie doceniam czas.

W zwyczajnej codzienności odnajduję ukryte, zapomniane sensy. Zmywanie naczyń przeradza się w medytację. Składanie prania w dziękczynienie. Przedpołudnie z dziećmi w modlitwę radości. Samotne chwile w ciszy w rozmowę z sobą samą. Wypełnia mnie spokój.

Czas działa na moją korzyść.

Czuję, jak mnie uzdrawia. Spowolnienie pozwala wreszcie ucieszyć się codziennością, przeżywać i smakować banalne tu i teraz, poznawać siebie. Zaczynam nawet podejrzewać, że do szczęścia wcale nie trzeba wiele. Wystarczy trochę czasu, ciepły koc, gorąca herbata z pomarańczą i sms od męża.

Takie zwyczajne słowa. O miłości.

 

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Szpilki

Kupiłam sobie szpilki. Piękne. Czarne. Z wysokim obcasem. Pierwsze w  życiu, mimo że za chwilę przekroczę czwartą dekadę życia.

To zdumiewające. Potrzebowałam kilku miesięcy terapii, żeby pozwolić sobie na szaleństwo kupienia szpilek. Trudność życia z syndromem DDA polega na tym, że człowiek wciąż wewnętrznie się kuli, chowa w sobie, udaje, że go nie ma, że nie ma jego uczuć, emocji, lęków i potrzeb. Można tak długo trwać, jakby się było za szklaną taflą lub pod peleryną-niewidką. Można tak długo żyć w przekonaniu, że tylko sukces przyniesie ulgę, satysfakcję, to nieosiągalne poczucie własnej wartości. Kolekcjonuje się więc kolejne sukcesy i porażki, szuka wciąż nowych wyzwań i zadań. Człowiek spala się w biegu napędzanym własną rozpaczą i strachem. Zawsze z nieodłącznym cieniem niekompetencji i poczucia niższości niczym Upiór z Mickiewiczowskich „Dziadów”.

Życie moje całe wydaje mi się być jak dramat romantyczny. Pełne chaosu, niewypowiedzianych gwałtownych uczuć szalejących w duszy niczym tsunami, pustoszących wewnętrzny świat. Pamięć moja to skrawki, urywki tego, o czym nie chce się pamiętać, demony strachu trzymane na niepewnej uwięzi. W dziurach pamięci szukam pomału prawdy o sobie samej. Przywołuję duchy. Karmię je. Co dzień zmagam się z Bogiem. Moja Wielka Improwizacja wciąż trwa.

Ale to nic. Po kilku miesiącach terapii DDA budzi się powoli nadzieja. Na to, że kiedyś wreszcie poznam siebie, tak do końca. Zaczynam od małych rzeczy o wielkim znaczeniu. Na początek szpilki. Piękne. Czarne. Z wysokim obcasem.

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Homeschooling i socjalizacja

Mówiąc o edukacji domowej, często spotykam się z pytaniem o rozwój społeczny dzieci; z zarzutem „trzymania pod kloszem” i braku kontaktów z rówieśnikami. Problem socjalizacji w edukacji domowej nabrał już charakteru hasła sztandarowego, podnoszonego zawsze  jako argument przeciwko homeschoolingowi. Tymczasem zarówno wiedza pedagogiczna jak i doświadczenie nauczycielskie (w szkole i domu) doprowadziły mnie do innych zgoła wniosków.

Nikt nie zaprzeczy, że rodzina jest najdawniejszą, pierwszą i najważniejszą w społeczeństwie instytucją wychowawczą. Rodzina jako instytucja funkcjonuje od początków istnienia człowieka, a wychowanie w rodzinie, w domu jest pierwotną formą interakcji społecznych w stosunku do instytucji szkoły. Często zapominamy, że szkoły – takie, jakie znamy dzisiaj – to wytwór XX wieku. Z koedukacją, masowością nauczania, ideologizacją i instrumentalizacją programów wiedzy, programowaniem zachowań, programami ukrytymi, formalizacją procesu nauczania, dążeniem do uśredniania efektów kształcenia, kontrolą zewnętrznych organów nadzoru, rozbudowanym systemem organizacji pracy. Oczywiście, że pierwsze szkoły powstawały już w epoce starożytnej, potem monopol na szkolnictwo na długi czas przejęło chrześcijaństwo. Warto jednak pamiętać, że szkoły antyczne miały charakter wspólnot edukacyjnych o wartościach filozoficznych, w których autorytet mistrza nie miał sobie równych, a ideał kalokagatii wyznaczał treści i rytm oddziaływań edukacyjnych. Zawsze bawi mnie fakt, że w antycznej Grecji pedagogiem nazywano niewolnika, którego zadaniem było prowadzenie dziecka właściwą drogą na miejsce spotkania z mistrzem – do szkoły. Stąd właśnie, od stosunku niewolnictwa, wywodzi się zawód pedagoga i jego misja wychowywania dziecka.

Aż do XX wieku, który miał być „stuleciem dziecka”, edukacja szkolna ustępowała kształceniu domowemu. Edukacja szkolna była przeznaczona dla mas. Dobre, wszechstronne wykształcenie zdobywało się w domu. Współczesny charakter szkolnictwa został ukształtowany pod wpływem społeczeństwa przemysłowego i jego potrzeb w stosunku do obywateli. To dlatego szkoła w swojej organizacji przypomina fabrykę: miarowy rytm pracy, piecza sprawowana przez nadzorcę oddziału (nauczyciela), standaryzacja produktu, jakim są osiągnięcia edukacyjne uczniów, itp. Gdy analizuję te zagadnienia, dostrzegam paradoks edukacji domowej, która – przez stulecia będąc naturalną, najważniejszą formą nauczania dzieci – w XXI wieku została zepchnięta do grona alternatywnych sposobów kształcenia.

Jeśli weźmiemy pod uwagę, że system szkolny zawsze tworzony jest w odpowiedzi na bieżące zapotrzebowanie społeczeństwa, to należy postawić pytanie o miejsce i znaczenie socjalizacji w tym systemie. Bo czym właściwie jest socjalizacja? Najprościej mówiąc, jest to proces konstruowania przez dziecko własnej osobowości, umożliwiającej aktywne uczestnictwo w życiu społecznym i kulturowym. Wbrew obiegowym opiniom, socjalizacją nie można nazwać walki o przetrwanie, jaką nierzadko staje się szkolna edukacja dzieci. Socjalizacją nie można także nazwać konieczności przedwczesnego spotkania się z przemocą, wulgarnością, treściami erotycznymi, co niewątpliwie jest na porządku dziennym w szkołach masowych. Wreszcie, socjalizacja nie polega na przebywaniu dziecka prawie cały dzień w tłumie nieznanych sobie osób, w hałasie i wątpliwych warunkach higieniczno-sanitarnych. Jeśli w takich warunkach chcemy socjalizować dzieci, czyli wprowadzać je w świat relacji społecznych i kulturę, to co się z nami stało? Gdzie podział się nasz rozsądek i troska o harmonijny rozwój naszych pociech?

Edukacja domowa, częściowo wyłączając dziecko z systemu szkolnego (tak, tylko częściowo!), stwarza miejsce na prawidłowy proces socjalizacji. Zminimalizowanie poziomu stresu edukacyjnego chroni dziecko przed takimi wypaczeniami socjalizacji jak fobie, nerwice szkolne czy depresje dziecięce. Bieżący i aktywny udział rodziców oraz rodzeństwa (a często także dalszych krewnych) w procesie nauczania to nic innego jak szereg różnorodnych interakcji społecznych oraz możliwość stworzenia pogłębionej relacji edukacyjnej opartej na autorytecie. Wspólnie przeżywana codzienność jest źródłem wielorakich działań wychowawczych wobec dzieci, które na dodatek mogą mieć aktywny udział w rozwiązywaniu konfliktów i problemów. W nauczaniu domowym wiedzę zdobywa się głównie za pomocą metody projektów, czy to samodzielnych czy wykonywanych razem z rodzeństwem – zasad pracy samodzielnej i grupowej, organizowania sobie nauki, kreatywności, szukania rozwiązań i pogłębiania wiedzy dziecko uczy się ot tak, po prostu, naturalnie i bezboleśnie. Ponieważ nie spędza szeregu godzin w szkole, uczy się szybciej – nie ma tylu bodźców rozpraszających ani prac domowych zajmujących całe wieczory. Dzięki temu młody człowiek zyskuje czas – towar bezcenny w naszym szalonym świecie – a ten czas wykorzystuje po pierwsze na realizowanie obowiązków domowych, czyli po prostu udział w prowadzeniu domu, w czynnościach gospodarczych, kulinarnych i owszem – budżetowych; po drugie na rozwijanie swoich pasji i zainteresowań, czytanie, sport; po trzecie wreszcie – na kontakty ze znajomymi i przyjaciółmi. Tak, dzieci z edukacji domowej mają znajomych! Paradoksalnie, nie chodząc do szkoły, mają więcej przyjaciół, bo angażują się aktywnie w życie lokalnej społeczności: grupy parafialne, harcerstwo, kluby sportowe i grupy artystyczne, życie podwórkowe. Dla prawidłowej socjalizacji to naprawdę wystarczy, jeśli uprzytomnimy sobie, że we współczesnej szkole rozwój społeczny dzieci i młodzieży odbywa się już głównie w świecie wirtualnym.

Nie można zapominać, że socjalizacja to w dużej mierze także wprowadzanie w świat kultury i świat wartości duchowych, wartości wyższych. Nikt nie przekona mnie, że szkolne wycieczki do parku trampolin i obiad w barze serwującym fast-foody pomoże dzieciom wniknąć w kulturę wysoką. Zatrważająco niski poziom tego, co szkoły oferują dzieciom w ramach wycieczek, każe bić na alarm. Dziecko nie pozna kultury, jeśli tej kultury nie doświadczy w muzeach, teatrach, spotkaniach z ciekawymi i mądrymi ludźmi, spacerach edukacyjnych.

Homeschooling nie ma z tym problemu, naprawdę.

 

Zaszufladkowano do kategorii Edukacja domowa | Dodaj komentarz

Mankamenty

Przez wiele lat próbowałam połączyć aktywność zawodową z życiem rodzinnym, opieką nad dziećmi i domem, a wreszcie z homeschoolingiem. Skutkiem moich prób był stan nieustannego napięcia i poczucia porażki. Nie można jednocześnie dawać z siebie sto procent w pracy i w domu. Przynajmniej nie przez długi czas.  To właśnie stanowi największy mankament edukacji domowej – aby ją uprawiać, trzeba robić to na całego. Połowiczne środki dadzą połowiczne efekty, a nawet przyniosą szkody. Nauka i wychowanie własnych dzieci wymagają pełnego zaangażowania i dostępności, a także dbałości o siebie samą. Na pracę zawodową nie pozostaje wiele miejsca. Parodoksalnie jest to sytuacja, która zmusza do przewartościowania dotychczasowego sposobu życia. Trzeba ustalić priorytety i dokonać wyboru.

Jakie są wady takiego sposobu życia? Na pewno duże ryzyko roztrwonienia potencjału wolności. Samodyscyplina to podstawa nauki w domu. Rodzice mają obowiązek zadbać o proces nauczania. Trzeba więc zaplanować naukę, aktywności, samemu poznać materiał i programy nauczania, podręczniki (jeśli mamy zamiar z nich korzystać), przygotować pomoce, zebrać pomysły na projekty i wycieczki, zorganizować miejsce do nauki i – co najważniejsze – motywować dzieci, kierować ich nauką, czuwać nad postępami, dostrzegać trudności.

Kolejnym trudnym zadaniem w edukacji domowej jest praca terapeutyczna, którą trzeba wykonywać w obliczu problemów emocjonalnych, wychowawczych czy dydaktycznych. Żyjemy w czasach, w których prawie każde dziecko cierpi na jakąś „dys”: dysortografię, dysleksję, dysharmonię rozwojową, etc. Potrzeba wiedzy, by umieć to rozpoznać i pomóc dziecku tak, jak tego potrzebuje. Homeschooling więc to także nauka dla rodziców, którzy muszą ciągle uczyć się, dowiadywać nowych rzeczy, aby móc towarzyszyć swoim dzieciom w procesie edukacji.

Zarówno konieczność rezygnacji z pracy zarobkowej, niebezpieczeństwo rozleniwienia, jak i braki w wiedzy pedagogicznej rodziców to sprawy, z którymi – przy dobrych intencjach i pomysłowości – można sobie poradzić. Niemniej jednak warto przemyśleć te kwestie zanim podejmie się decyzję o edukacji domowej.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Edukacja domowa | Dodaj komentarz

Dlaczego edukacja domowa?

Z edukacją domową po raz pierwszy zetknęłam się wiele, wiele lat temu, gdy – jako studentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim – rozpoczęłam swoją życiową przygodę, jaką nadal jest dla mnie praca z dziećmi i młodzieżą. Bardzo wcześnie moje zainteresowania zwróciły się w stronę metod i systemów edukacji alternatywnej, takich jak single sex education czy homeschooling. W edukacji alternatywnej widziałam sposób na naprawę polskich szkół, na przełamanie marazmu i nudy, na nową jakość nauczania. Przeczytałam wiele książek i artykułów, szukałam ludzi zajmujących się praktyką kształcenia alternatywnego, wreszcie sama dołączyłam do tego grona jako młody nauczyciel.

Przez lata mojej zawodowej pracy w przedszkolach, szkołach i na uczelni obserwowałam dzień po dniu, jak działa system szkolny w Polsce, z jakimi problemami borykają się uczniowie i nauczyciele. Z każdym rokiem narastał we mnie bunt przeciwko opresyjności tego systemu, przeciwko głupocie ludzkiej, absurdom biurokracji i chyba przede wszystkim przeciwko – niskiej efektywności całego szkolnego procesu kształcenia. Poważnym problemem była dla mnie postępująca laicyzacja szkół, odejście od funkcji wychowawczych na rzecz wyników i rankingów wiedzy. Konsekwencją tych procesów jest zawsze wzrost agresji i przemocy wśród dzieci, spadek poziomu kulturalnego i moralnego środowiska szkolnego.

Gdy urodziła się moja pierwsza córka, nie sądziłam jeszcze, że będę kiedyś edukatorem domowym. Myśl o edukacji własnego dziecka, nawet gdy jest się nauczycielem, przychodzi zawsze znienacka i zaskakuje. Chyba jak większość rodziców z niepokojem oddawaliśmy naszą pociechę najpierw do przedszkola, a potem do zerówki. Z perspektywy czasu dopiero widzę, jak los daje nam wskazówki, których nigdy nie umiemy odczytać tak, jak należy. Łucja nie spędziła wiele czasu ani w przedszkolu ani w zerówce – z przyczyn zdrowotnych po prostu spędzała czas w domu. A my, rodzice, musieliśmy nad nią czuwać. I jakoś tak naturalnie pewnego dnia zdałam sobie sprawę, że przecież uprawiamy właśnie edukację domową. Że edukacja domowa jest pewnym stylem życia, stojącym trochę w opozycji do tego najpowszechniej przyjętego modelu funkcjonowania współczesnej rodziny. Że moje dzieci właściwie nie potrzebują niczego więcej poza moją obecnością w domu. I że nikt poza mną nie wychowa lepiej moich córek.

Pamiętam dokładnie chwilę, w której wiele lat temu postanowiliśmy, że będziemy uczyć nasze dzieci w domu. Nie fanatycznie i nie za wszelką cenę, ale postaramy się tak organizować nasze życie, by jak najdłużej i jak najlepiej prowadzić edukację domową. Dlaczego? Ponieważ to my, jako rodzice, jesteśmy odpowiedzialni za wychowanie i edukację naszych dzieci. Jest to wielki obowiązek, ale także przywilej i nasze prawo, z którego nie chcemy rezygnować. Wybieramy edukację domową, ponieważ zależy nam na tym, by dzieci zdobywały wiedzę w naturalnym środowisku, w atmosferze radości i rodzinnego ciepła. By głęboko w ich dusze wpisał się Dom – wartość, którą niesie się potem dalej i dalej – do szerokiego świata. Tak, chcemy chronić nasze dzieci przed demoralizacją i wczesną seksualizacją, przed agresją i przemocą, przed niepotrzebnym stresem i presją, przed absurdami systemu. Ale nie można dać się ponieść uprzedzeniom i stereotypom. Nie to jest najważniejsze. Nasza motywacja jest pozytywna – uczymy dzieci w domu, bo wiemy, że dla kształtowania dobrego charakteru, światopoglądu i relacji z innymi potrzebna jest nieustanna gotowość do dialogu. A to możemy dać dzieciom tylko my sami.

Zaszufladkowano do kategorii Edukacja domowa | Dodaj komentarz

Edukacja domowa

Rano drugiego września zbudziłam córki o 7.00. Granatowe, galowe sukienki przygotowałam dzień wcześniej. Dziewczynki jeszcze ciepłe bliskością kołder, z okruchami snu na rozbudzonych buziach wyglądały ślicznie w porannym słońcu.

Dobrze, że nie musimy chodzić do szkoły – powiedziała Gabrysia, gdy wracałyśmy z mszy świętej.

Po powrocie nie chciały się przebrać. Wszak dzisiaj dzień specjalny. Dzień do świętowania – początek roku szkolnego. Przy miłym śniadaniu (świeże, chrupiące bułki i zbożowa kawa) rozmawiałyśmy o tym, jak będzie. Ze śmiechem, żartując, Gabrysia i Łusia wypowiadały swoje marzenia, niepewności, obawy, oczekiwania. Potem zgodnie, zerkając na mnie co chwila, tworzyły plan swoich zajęć. Z wypiekami na twarzach porządkowały niewiadome. Pisały, kreśliły, zaznaczały, sprawdzały godziny, układały na kartkach świat, w którym będą funkcjonować od września. Oswajały nieznane.

Edukacja domowa ma w sobie wielki potencjał, wiele możliwości. Dzieci rosną pod okiem matki, w bezpieczeństwie, radości, wolności. Dzień za dniem zakorzeniają się w swojej rodzinie. Dom staje się centrum wszechświata, a wszystko inne ma w nim początek. Z nauką jest łatwo. Nauka przychodzi sama. W domu jest tyle okazji do eksperymentów, do zadań, do dyskusji, do poznawania świata – czy nie o to w tym wszystkim chodzi? Uczymy się więc na spacerze i w kuchni podczas wspólnego pieczenia ciasta. Uczymy się w ogródku i na balkonie, jadąc do cioci i grając wieczorami w Pociągi. W edukacji domowej liczy się wszystko, cały dzień, cały czas, a rozmowa, dialog okazują się najlepszą ze wszystkich metod edukacyjnych i wychowawczych.

Nasz dom tętni życiem. Codziennie się w nim spotykamy, ucząc się, bawiąc, odpoczywając. Ciągle ktoś u nas jest: koleżanki i koledzy córek, pies dziadków, ciocia, babcia, kuzyni, dzieci znajomych i przyjaciół, moi dawni i nowi uczniowie…  Dbam o to, by zapachy z kuchni zwoływały wszystkich do jadalni.

W naszym domu, w naszej edukacji jest teatr, działania społeczne, treningi i zabawy, filmy, wycieczki i wyjazdy. Właściwie nic specjalnego.

Po prostu czas. Na wszystko, co najważniejsze.

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Edukacja domowa | Dodaj komentarz

Teatr

Na chwilę zostałam sama w mazurskim domku. Cisza. W niej oszałamiający śpiew ptaków. Pianie koguta. Lekki szum liści poruszanych wiatrem. Dalekie, bardzo dalekie odgłosy aut. A znad jeziora niesie się głos dzieci.

Co roku na parę dni przyjeżdża kilka dziewcząt. Koleżanki moich córek – tak jak one – mają różne temperamenty, charaktery, potrzeby, doświadczenia. Są w różnym wieku, z różnych rodzin, z różnych domów. Łączy je teatr.

Zaczęło się kiedyś od dziecięcego pragnienia zabawy, tworzenia, ekspresji. Mamo, pomożesz nam? – zapytały wtedy moje córki. Miały niewiele lat i pomysł na bożonarodzeniowe przedstawienie. Pomogłam. Trzeba było stworzyć scenariusz i scenopis, rekwizyty, dekoracje, stroje… Trzeba było przeprowadzić szereg prób i przygotowań. Premiera odbyła się pewnego grudniowego wieczoru. Jadalnia przeszła metamorfozę i stała się zarówno betlejemską grotą jak i współczesnym centrum handlowym. Dziewczyny nauczyły się techniki stop-klatki. Stworzyły dzieło, które na zawsze zapadło nam w pamięć. W salonie ustawiły wszystkie krzesła, jakie znalazły w domu. Zaprosiły gości: rodziców, dziadków, koleżanki i kolegów. Z dziecięcego pomysłu zrodził się projekt, który trwa do dziś.

Po pierwszym przedstawieniu przyszło kolejne, potem następne i następne. Spontaniczna zabawa w teatr przerodziła się w regularne zajęcia. Ktoś podarował nam piękne, stuletnie kukiełki. Ktoś inny zaprosił do Teatru Narodowego. Grono dzieci zafascynowanych przedstawieniami zaczęło się powiększać.

Latem trwają wakacyjne warsztaty teatralne, wśród zielonych drzew, nad dzikim Jeziorem Mielno. Mieszkamy wspólnie w małym, drewnianym domku. Niektórzy muszą spać na podłodze, bo łóżek mało. Posiłki trzeba przygotować samodzielnie. Tak samo wszystko, co potrzebne do inscenizacji. Niewielkim kosztem, bardzo skromnie, amatorsko powstaje kolejne wspólne dzieło dziewczynek z grupy teatralnej KTO.

Ja tylko prowadzę. Spinam działania wielką klamrą jak pranie. Instruuję i pomagam. Słucham pomysłów. Skłaniam do szukania nietuzinkowych rozwiązań. Pobudzam i motywuję. Uczę, jak pracować razem, by odnieść sukces. Towarzyszę w mozolnym procesie szlifowania drobiazgów.

Znów, po raz kolejny, zadziwia mnie dziecięca ciekawość świata, zmysł piękna i artystycznego porządku, kreatywność i inicjatywa. I mimo że przecież wiem wiele o dzieciach, zaskakuje mnie otwartość ich umysłów, zdolność odczytywania symboli, tworzenia nastroju, współdziałania, żywiołowa radość z bycia razem.

Patrzę i dumam nad tym, jak teatr zmienia te dziewczyny. Jak rozkwitają na scenie, jak przełamują nieśmiałość, jak szybko chłoną słowa, ruchy, gesty, uwewnętrzniając je tak, że same stają się odmienione przez sztukę. Jest w tym jakieś niewyobrażalne piękno Bożej mocy, tajemniczej siły, która na chwilę przenosi człowieka w świat inny, lepszy, pełen cudów i metafizycznych doznań.

Mam wrażenie, że to nie ja uczę je teatru, ale one mnie.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Anioł

W bazylice Świętej Trójcy w moim miasteczku po obydwu stronach prezbiterium stoją drewniane figury aniołów. Figury, jak i cała świątynia, reprezentują styl rokoko. Szaty aniołów są fantazyjnie udrapowane, pozłacane, ich loki bujne. Anioły przyklękają na jedno kolano, a rękę unoszą w geście wskazującym niebo. Rzeźby ustawiono przy ścianie, na stopniu prowadzącym do prezbiterium. W całym kościele takich barokowych aniołów jest wiele. Duże i małe, rzeźbione i malowane. Gdzie by nie spojrzeć, wszędzie pulchniutkie i złote anioły. Te dwa jednak, Anioł Prawy i Anioł Lewy, są wyjątkowe. Stoją na schodku, na którym siadają dzieci.

Istnieje niepisana zasada wśród dziecięcej społeczności, że miejsce pod skrzydłem anioła jest miejscem najlepszym. Nic dziwnego. Tylko wtedy anioła można dotknąć palcem. Przesuwać dłonią po jego szacie. Liczyć pióra na skrzydłach. Niektórzy mający mniej niż pięć lat odważają się nawet na bezwstydne przytulenie do anioła lub cmoknięcie go w policzek. Dziecięca eksploracja nie zna granic, a anioły nie protestują nawet wtedy, gdy małe rączki sprawdzają, czy oczy anioła są prawdziwe.

Niektórzy rodzice nie pozwalają na zbytnią poufałość z aniołem. Strofują malucha, próbują usadzić go prosto i grzecznie na miejscu, tłumaczą, zakazują, a w końcu odciągają na bok wśród płaczu, krzyku i dziecięcego żalu. Inni natomiast pobłażliwie akceptują znajomość z aniołem, interweniując dopiero wtedy, gdy zbyt mocno pociągnięty anioł zaczyna się niebezpiecznie chylić ku upadkowi.

Anioły przyciągają uwagę dziecka. Zapraszają do poznania. Wskazują niebo. Niewątpliwie trudnym zadaniem jest wprowadzanie dziecka w świat wiary. Dziecięca religijność, duchowa wrażliwość to coś niezwykłego, pięknego, wymykającego się intelektualnym opisom i analizom. Wychowanie dziecka to troska o niego w każdym wymiarze życia: biologicznym, psychicznym, społecznym, kulturowym i duchowym. Tak jak całe wychowanie jest niczym innym jak jednym, wielkim i ważnym spotkaniem, tak rozwój religijności również musi odbywać się poprzez spotkanie i dialog. Małe dziecko posiada żywe i intensywne przeczucie nieskończoności, naturalną skłonność zachwycania się światem i sobą, chęć niesienia pomocy i współodczuwania z innymi. Jednocześnie uczy się świata całym sobą, jak gąbka chłonąc wszystkie doznania, doświadczenia i słowa. Żeby poznać, nauczyć się, spotkać, dziecko musi doświadczyć, zobaczyć, dotknąć – tak jak dotyka aniołów w Bazylice Świętej Trójcy. Żeby mogło nauczyć się wiary, musi mieć możliwość jej doświadczania na co dzień, tu i teraz, w otoczeniu, w którym żyje, rośnie, bawi się i martwi.

Potrzeba do tego mądrych rodziców, uporządkowanych, czuwających nad domową liturgią, nad rytuałem pobożności. Rodziców świadomych tego, że religia jest częścią naszej ludzkiej tożsamości, a godność człowieka to niezbywalny dar Boga Stwórcy. Potrzeba rodziców radosnych i spokojnych, bo tylko tak wprowadzić można dziecko w pokój Boży. Trzeba być czujnym, by uniknąć pułapki pustych gestów i słów, dewocji, przesytu i nadmiaru pobożności, które zniechęcą zamiast zachwycić. Trzeba samemu wciąż szukać kontaktu z Bogiem, by nauczyć dziecko takiej postawy.

Trzeba ciągle, raz za razem podchodzić do anioła z pragnieniem schowania się pod jego złotym skrzydłem.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz