wieczór do pisania wierszy

Smutno

za mną jest wieczór do pisania wierszy

o rdzawej chropowatości liści

na schodach

po których idzie się

noga za nogą

w daleką bliskość domu

Zaszufladkowano do kategorii Wiersze | Dodaj komentarz

Pokora

Pokora

 

czas już posypać włosy popiołem

zakryć twarze

pochylić głowy

nasze drogi okazały się splątanymi liniami

a miłości zwykłymi supłami wiązanymi na białych chusteczkach

ku pamięci

która straszy nas teraz jak gnijący trup

Zaszufladkowano do kategorii Wiersze | Dodaj komentarz

Sobota

Myśli, od których boli głowa i wiruje przestrzeń, sprawiają, że niepokój sączy się cienką strużką. Dziś przemierzam czas samotnie, jak niegdyś płacząc do środka siebie. Sprzątam, żeby uporządkować sobie namiastkę świata. W kompulsywności znanych działań jest pociecha i ratunek. Na krótki czas przestaję być. Zapach chloru i niemiły dotyk mokrej ścierki, ostre światło lampy, zimna woda, w które wtapiają się moje zmysły. Niknę. Odrywam się sama od siebie.

Później już, w nocy, gdy odnajduję powrotną drogę do siebie, badam dzień. Wiem, że epizod depresyjny, zerwanie kontaktu ze sobą, wewnętrzna i zewnętrzna ucieczka w niebycie zawsze ma swoje źródło, demona, który nieubłaganie ciągnie w dół, w rozpacz, w ciemność. Trudno skonfrontować się ze swoimi demonami. Odwaga przychodzi powoli, ślimaczy się przez całe lata, całe epopeje terapii i pracy nad sobą. Żeby wydobyć z siebie jeden krzyk, potrzeba tysięcy szeptów.

 

Zaszufladkowano do kategorii Depresja | Dodaj komentarz

W pokoiku Babci

Schowałam się w pokoiku Babci. Łóżko jest niewygodne i za krótkie. Uderzam stopami w ściankę szafy, w której ktoś ułożył stare koce. Przez szarą zasłonę przedziera się palące słońce. Dziś upał. To dlatego zmieniliśmy plany. Zostaniemy nad jeziorem. Do domu wrócimy w nocy.  Tak chcemy oszukać lato.

Pod moimi nogami pies pachnący bagnem i rybami.

Jestem sama, a mimo to potrzebuję się ukryć, oddzielić od świata, w którym zawsze jest coś do zrobienia, ktoś do uratowania, do zaopiekowania. Teraz nie mam siły nawet dla siebie. Zbuntowało się moje słabe ciało. Angina nie pozwala mówić. Gorączka utrudnia myślenie. Zapalenie stawów ogranicza poruszanie. Znów wyeksploatowałam siebie.

Cisza drewnianego domku powoli uspokaja wzburzone myśli. Ciepła herbata z cytryną łagodzi ból gardła. Sen, którego tak ciągle brakuje, przychodzi i odchodzi jak morskie fale. Wreszcie pora odpocząć w szumie drzew i śpiewie ptaków.

Zaszufladkowano do kategorii Depresja | Dodaj komentarz

Dawno

Dawno mnie nie było. Zamknięta w ciasnych skrzynkach zobowiązań płynęłam z nurtem codziennego czasu. Bez zatrzymywania się, by spojrzeć na swoją twarz. Bez porannego zamyślenia i wieczornego układania wierszy. Bez radości.

Gdzieś niedaleko psuje się świat. Jest smutno.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Depresja | Dodaj komentarz

Świętowanie

Świętuję. W kominku ogień. Pali się wigilijne sianko i adwentowy wieniec. Już niepotrzebne. Dopiero za rok znów będziemy biegać w szalonym tempie migających gwiazdek z handlowych centrów. Uporczywe, nerwowe poszukiwania karpia, opłatka, śledzi i kapusty mamy w tym roku zaliczone – lepiej lub gorzej. Wigilijne łakomstwo, wymiana prezentów, które się wcześniej zamówiło u Świętego Mikołaja, ból żołądka, nieudolnie śpiewane kolędy, niepamiętane przecież przez rok cały słowa i melodie ginące gdzieś w błyszczących gałązkach choinki… Smutek maskowany uśmiechem i dobrymi życzeniami. W gwarze rodzinnych rozmów, stukania talerzy, brzęku sztućców nasze polskie świętowanie Bożego Narodzenia.

Gdy już wszystko zostało podane, podgrzane, posprzątane, goście zaopiekowani, prezenty rozdane, wizyty odbyte, dzieci przytulone i utulone – mogłam zapłakać nad Matką i Dzieciątkiem. Mogłam współodczuwać ze wszystkimi kobietami-Polkami to zmęczenie, rozgoryczenie, że znowu nie było magii w świętach, że to tak szybko, że ciągle i ciągle brak czasu dla siebie, nawet gdy jest Boże Narodzenie. Święta to przecież kolejne obowiązki i zadania dla kobiety, która dźwiga dom. Tak bardzo chcemy stworzyć dzieciom magiczną atmosferę rodem z amerykańskich filmów „christmas”, uszczęśliwić, ukochać jak najmocniej, nauczyć pięknych tradycji i zwyczajów, że giniemy w tych nierealnych wyobrażeniach. Kawałek po kawałku oddajemy siebie w imię zadowolenia wszystkich dookoła. Bo jesteśmy przekonane, że tak trzeba, że taka nasza rola, że po to właściwie jesteśmy.

Minęły święta. Śnieg przysypał ścieżki, którymi codziennie wędruję z psem. Świat przycichł. Niewypowiedziany żal i smutek otuliły mój udręczony umysł. Ciało odmówiło wreszcie posłuszeństwa. Dopiero teraz je widzę i czuję, jak jest wyczerpane, jak jest biedne, umęczone bieganiną i pracą, jak jest chore. Dopiero teraz spędzam czas w ulubionym fotelu, z kubkiem gorącego naparu z pokrzywy, a minuty płyną lekko i ociężale. Dzieci zaczytane, opatulone kocami. Pies zwinięty w kłębek na dywanie. Ogień płonie. Gorycz Bożego Narodzenia ulatuje z dymem.  Światełka na choince zaczynają cieszyć. Wreszcie.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Sen

Niedawno miałam sen. Siedziałam w ciasnym pokoju w małym domku. W tym samym pomieszczeniu było mnóstwo osób, ludzi z mojej przeszłości i obecnego życia, bliskich i znajomych, a także kilka przypadkowych, znanych ledwo z widzenia. Wyglądało to jak sesja terapeutyczna, warsztaty dda. Prowadząca coś mówiła, ale nie mogłam usłyszeć jej słów. Ciągle uciekałam wzrokiem do brązowego fotela stojącego pod przeciwległą ścianą. Siedziały tam moje córki i jakieś inne dzieci, moi rodzice, siostra, brat, teściowie. Zdawało mi się, że dobrze się bawią, ale nie miałam pewności. Chciałam wiedzieć, co robią, lecz ich też nie mogłam usłyszeć.

Potem wszyscy wyszliśmy z budynku, a dookoła nas rozpościerała się wspaniała przestrzeń: drzewa, niebo, po prawej stronie ścieżki duża, szeroka, wartka rzeka, której brzegi porośnięte były kolczastymi krzakami. Szliśmy razem, w grupie, wszyscy na spacer, chociaż nikt nie wiedział, dokąd idziemy. Ktoś wyrzucał mi, że nie znam okolicy własnego domu. Ktoś inny krytykował, że idziemy za wolno. Bolała mnie głowa. Nie chciałam z nimi być, nie chciałam iść, ale szłam.  Pragnęłam krzyczeć, a zaciskałam usta. Jedna z osób wskazała palcem drogę, której nie rozpoznawałam, i wszyscy podążyliśmy w tamtym kierunku. Wkrótce krajobraz się zmienił i znaleźliśmy się w mieście, przy wybrukowanej ulicy i budynkach z czerwonych cegieł. Było gorąco. Zatrzymaliśmy się na przystanku z przezroczystymi ścianami. Wszyscy zdejmowali plecaki i torby, ktoś zdjął bluzę, ktoś inny zostawił na ławce butelkę z wodą. Nikt mnie nie widział, podczas gdy ja patrzyłam na wszystkich po kolei. Usnęłam w swoim śnie. Zmęczona otwierałam oczy, które wydawały się ciężkie i ogromnie zmęczone. Byłam sama. Zapadał zmierzch, a wokół mnie nie było nikogo. Na przystanku tkwiły pozostawione przez moich towarzyszy pakunki, bagaże, zakupy, książki, butelki, kurtki i bluzy. Zaczęłam zbierać to wszystko, pakować do swojej torby i upychać w kieszeniach. Musiałam się śpieszyć, żeby ich dogonić, żeby oddać im te zagubione rzeczy. Zrobiło się zupełnie ciemno, a ja nie wiedziałam, w którą stronę mam iść.

Wydawało mi się, że długo trwam w tym zawieszeniu i niepewności. Gdy się obudziłam, na policzkach wyczułam łzy. Teraz noszę ten sen w sobie. Układam symbole i znaczenia, odkrywam kawałki opowieści, która –  dzień za dniem – zaczyna składać się w całość.

Zaszufladkowano do kategorii Depresja, Drobiazgi | Dodaj komentarz

Upał

Ukryłam się dziś w pokoju Łucji. Okno od wschodu zasłonięte szczelnie roletą sprawia, że jest to najchłodniejsze pomieszczenie w domu. Pies odkrył to już jakiś czas temu, podczas pierwszych upalnych dni tego lata. Leżymy więc razem, minimalizując ruchy. Ja na łóżku córki, sunia na chłodnej podłodze obok. Obie czekamy na zmierzch.

Z zadziwieniem patrzę na Gabrysię, która gania na podwórku z osiedlową bandą dzieci. Wszystkie roześmiane, rozkrzyczane, rozemocjonowane, pełne energii i witalności, pomysłów i dowcipów, wciąż, nieustannie spragnione aktywności. W rękach butelki, spryskiwacze, słoiki, konewki i wiadra – niezastąpiona broń w podwórkowych bitwach wodnych. Dzieciństwo staje twarzą w twarz z upalnym latem, uzbrojone w balony z wodą i ogrodowe węże.

A my, dorośli, chowamy się w ciszę cienistych zakątków. Dłonie kładziemy na chłodnym tynku północnych ścian. Kilka razy na dzień wskakujemy pod zimny prysznic, narzekając na słońce i żar. Wiemy już, że w tej bitwie nigdy nie wygramy. Jedyne, co możemy zrobić, to uciekać, chować się, bronić klimatyzacją i nawiewem, ograniczyć działania, skupić się na piciu zimnej wody, koniecznie dwa litry dziennie.

Dzieciństwo i dorosłość to dwie przestrzenie tego samego świata.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Dar i przekleństwo

Jednym ze specyficznych elementów pracy nauczycielskiej jest odmienne od powszechnego postrzeganie upływającego roku. Nauczyciel dokonuje rozliczeń ze sobą i podsumowań w maju i czerwcu. To wtedy kończy się dla niego rok.

W edukacji domowej te granice są mniej sztywne. Zazwyczaj ostatnie egzaminy klasyfikacyjne dzieci zdają na przełomie maja i czerwca, a gdy nastają piękne, słoneczne, długie dni czerwcowe homeschoolersi mają już wakacje. To niewątpliwie najprzyjemniejsza zaleta nauczania domowego.

Tak więc leniuchujemy. Życie zwolniło, a w naszym Żółtym Domu trwa błogostan. Czytam książki, na które brakowało czasu, rysuję, chodzę na długie spacery, poświęcam czas na nicnierobienie albo medytację w ciągu dnia. Powoli porządkuję przestrzeń, która przez rok obrosła w przedmioty nie mające swojego miejsca, niepotrzebne, przykryte warstwą kurzu.

A umysł jeszcze nieoderwany od uczniów, jeszcze związany z nimi, z każdym dzieckiem z osobna, pępowiną odpowiedzialności i zaangażowania i jakiegoś rodzaju współczującej troski. I ponieważ każdy z uczniów to odrębny świat, odrębny potencjał człowieczy, niepowtarzalne istnienie z całym dobrodziejstwem inwentarza, to troska o ich rozwój, o właściwy kierunek, o piękny kształt umysłu i charakteru jest jak tęsknota za domem, za Itaką, do której wraca się po trudach podróży. Niektórzy twierdzą, że wakacje to zbytni, niesprawiedliwy luksus dla nauczycieli, marnotrawstwo ich czasu i kompetencji, gorszący przejaw niewłaściwego zarządzania pracą w edukacji. Ja jednak jestem przekonana, że bez kilkutygodniowego odpoczynku, odcięcia od uczniów, od emocjonalnej więzi z nimi, większość nauczycieli dosyć szybko trafiłaby na oddziały psychiatryczne, cierpiąc na szeroko rozumiane zaburzenia psychiczne. Piszę te słowa z pełną powagą i zrozumieniem, sama będąc pacjentką takiego oddziału. W pracy pedagogicznej nie da się zachować dystansu. Wnikamy w życie i emocje młodego człowieka, w jego sprawy, problemy, strachy i radości, dając mu kawałek siebie, czas tylko dla niego, zainteresowanie i przejęcie jego losem. Nie da się pracować inaczej, zwłaszcza teraz, w obecnych czasach, gdy dzieci i młodzież tak bardzo spragnione są autentyczności. Nauczyciel nie może już stać wysoko na katedrze, przy tablicy, prowadząc monolog i pouczając o sprawach życia. Trzeba nam na nowo odnaleźć pokorę Sokratesa, uczyć się wciąż od nowa i od nowa zadawania właściwych pytań, poszukiwania prawdy o dziecku, uczniu, naszym uczniu. Potrzeba więc emocjonalnej bliskości, atmosfery zaufania i akceptacji, humoru i czasu, aby nauczanie stało się pozytywne i przyniosło dobro.

Tak, wiem, że wielu nauczycieli minęło się z powołaniem, że pomyliło się w wyborze zawodu. Zawody służebne nie są dla wszystkich. Wiem także, że są pedagodzy cudowni, pełni pasji i zaangażowania – spotkałam ich wielu na swoich licznych drogach i ścieżkach. A żeby mogli miesiącami czuwać nad powierzonymi im młodymi ludźmi, potrzebują czasu na ukojenie swoich umysłów, na uzupełnienie zasobów cierpliwości i troski, na poczucie radości, na slow life.

Bo emocjonalna intensywność nauczycielskiej pracy to zarówno dar jak i przekleństwo.

Zaszufladkowano do kategorii Edukacja domowa | Dodaj komentarz

Urlop

Wzięłam urlop. Od codzienności i rutyny. Od bliskich. Od sprzątania, prania i gotowania. I od psa.

Wbrew pozorom, mimo że marzyłam o tym od dawna, do ostatniej chwili nie mogłam się zdecydować, żeby wyjechać. Odzywało się poczucie winy i syndrom matki-Polki. Odpuszczenie kontroli to naprawdę poważne wyjście ze sfery komfortu, krok w stronę przygody, w drugą przestrzeń, w Inne. Towarzyszy temu uczucie niepewności, lęku i – ekscytacji. Dziwi mnie, jak codzienność potrafi ograniczać, hamować porywy duszy, sabotować wewnętrzne pragnienia i siłę. Proces mojego uzdrawiania trwa już od jakiegoś czasu, a ja mam wrażenie, że tyle jeszcze do zrobienia, do uporządkowania w sobie i na zewnątrz.  Dobre nawyki to codzienny wybór, niełatwy, bo przez lata żyło się przecież inaczej; sięgało się po coś innego na smutek, żal i zniechęcenie, a rozpacz i zmęczenie były nieodłącznym towarzyszem bezsennych nocy. Teraz kładę się wcześnie i wcześnie wstaję, gdy domownicy jeszcze śpią. To jak wielkie, niewyczerpane źródło dobrej energii – poranna cisza, kubek gorącego naparu z pokrzywy, nieśpieszny spacer z psem, gdy powoli budzi się moje miasto. Czasem medytuję, wpatrując się w płomień świecy lub ogień na kominku. Czasem się modlę. Czasem po prostu myślę o wszystkich dobrych ludziach, którzy są dla mnie ważni i wysyłam im życzliwość i życzenia wszelkiej pomyślności. Słucham pięknych afirmacji, dzięki którym buduję swoje poczucie wartości i uczę się patrzeć na siebie i świat w inny, wzmacniający mnie sposób. Krok po kroku odzieram się z warstw negatywnego postrzegania, krytycyzmu, nierealnych oczekiwań i złych nawyków, w które obrosłam przez prawie czterdzieści lat życia. Każdego dnia przemawiam do siebie czule, po imieniu, przytulając moje wewnętrzne dziecko. Dużo czytam. Próbuję wrócić do pisania, codziennego aktu tworzenia, oczyszczającego i kojącego duszę. Zgłębiam tajemną już dla nas wiedzę o ziołolecznictwie. Zerwałam toksyczne relacje. Uczę się cenić moją pracę i to, co daje ona innym, choć przyznaję, że ta przestrzeń jest najtrudniejsza do zmiany. Dystansuję się od uczuć i stanów innych. Nie rzucam już wszystkiego, by pędzić ratować świat lub rozwiązywać problemy bliskich. Nie. Wymagam pomocy od domowników, bo nasz dom to nasze wspólne miejsce. Wymagam poszanowania moich potrzeb i czasu na odpoczynek. Zmieniam przestrzeń, w której żyję; zmieniam zasady, którymi się kieruję; zmieniam Siebie. Trwa Mój Czas. I jest cudnie.

Zaszufladkowano do kategorii Depresja, Drobiazgi | Dodaj komentarz