Najtrudniejszy czas

Od wielu już lat listopad jest dla mnie najtrudniejszym czasem w roku. To miesiąc katastrof, awarii, kataklizmów osobistych, chorób i nastrojów schyłkowych. Śmierć Adasia trzy lata temu w lecie dodała do tej listy bezradność wobec bólu i przemijania, a także nie dające się wyleczyć poczucie winy wobec dziecka, które nie zdążyło nawet otworzyć oczu. Pierwszolistopadowe  zwyczaje rozpoczynają miesiąc dramatycznych przeżyć, nie wesołych myśli. Postrzeganie wywraca się jakoś do góry nogami: świat wydaje się przerażająco ciemny, ludzie bezlitośnie głupi, codzienność nie do udźwignięcia. Rozpaczliwie próbuję ocalić okruszyny wiary i pogody ducha, ale okazuje się to heroiczną próbą, do której jakoś braknie sił i zdrowia. Kiedyś ratunkiem była perspektywa grudniowej radości Bożego Narodzenia. Teraz – mnogość obowiązków i konfliktów stanowi raczej kolejne powody do rozpaczy. Do tego wszechobecne, narastające poczucie Konieczności, która zniewala.

I od dawna jest jakoś tak, że w tym naszym życiu brakuje czasu na Życie.

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Lektury

Plan powrotu do starych mistrzów okazał się nad wyraz ambitny. Codzienność stanęła mu na przeszkodzie. Konieczność wypełniania powszednich obowiązków (dzieci, dom, gotowanie, sprzątanie, pranie, zakupy, sprawdzanie wypracowań licealistów, planowanie pracy, etc.) nie sprzyja systematycznej lekturze prozy lekkiej i przyjemnej, a cóż dopiero dzieł uważanych za wielkie, nabrzmiałych znaczeniami. Stanowi to dla mnie ważny, bodaj czy nie najważniejszy powód niezadowolenia i chandry: że zwyczajne, głupie zmęczenie odbiera siły i chęć obcowania z dawnymi mistrzami. Frustrujące poczucie braku czasu, z konieczności poświęcanego na tysiące drobnych, codziennych czynności, odbiera motywację do wysiłku intelektualnego. Brak możliwości prowadzenia pracy umysłowej, własnych badań, zgłębiania sensów, szukania materiałów powoduje sytuację konfliktu wewnętrznego, swoistego rozdarcia między Koniecznością a Potrzebą, Obowiązkiem a Przyjemnością, Altruzimem a Egocentryzmem. Odnalezienie równowagi w tym dyskursie staje się nie lada wyzwaniem, zadaniem życia. Zawodzą wszelkie próby wyznaczania sobie czasu na pracę – mnóstwo nieprzewidzianych sytuacji, problemów rodzinnych, osobistych, poleceń służbowych i spraw zawodowych nie pozwalają na systematyczność w dziedzinie pracy własnej. A najważniejszą przeszkodą okazuje się rodzina, która przecież zawsze posiada pierwszeństwo. Rola matki i żony nie pozostawia złudzeń: rozwój osobisty, intelektualny schodzi na dalszy plan. Wciąż, nawet po tylu już latach, trudno mi się z tym pogodzić. Mimo że nie zamieniłabym swojego losu na żaden inny, a miłość do męża i dzieci wypełnia moje dni  i uzasadnia podejmowany trud codziennych obowiązków, świadomość utraconych szans, nienapisanych artykułów i prac, nieosiągniętych sukcesów, pogrzebanych perspektyw trochę kłuje gdzieś w duchu i umyśle. Stąd, z powodu tego kłucia, powraca ambicja podejmowania wysiłku własnego doskonalenia się. A najlepszym tego sposobem jest czytanie Mistrzów. Powoli. Bardzo powoli.

A więc, co się udało przez tych kilka tygodni? Przede wszystkim doskonały Bułhakow. Z prozy rosyjskiej jeszcze Lermontow i Gogol. Z klasyków antycznych tylko Sofokles i Horacy. Dalej Mickiewicz „Sonety krymskie”, „Liryki lozańskie” i „Pan Tadeusz”. Następnie Kuncewiczowa, Nałkowska, Iwaszkiewicz, Żeromski. Trochę Przybosia, Leśmiana i Gałczyńskiego. Futuryści polscy. Kafka. Conrad. Plejada mocno nieuporządkowana. Lektury wyznaczane aktualnymi potrzebami nauczycielki języka polskiego. Mimo wszystko są to dobre lektury. Może nie do końca takie, których bym pragnęła, ale przecież dobre, mądre i wielkie.

Aha, i jeszcze zawsze świetne „Dzieci z Bullerbyn”.

 

Opublikowano Mistrzowie | Możliwość komentowania Lektury została wyłączona

Gogol

Co można powiedzieć o Gogolu? Że dziwna bardzo historia urzędnika, który kupuje martwe dusze. Że jeszcze dziwniejsze opowiadania – króciutkie historyjki, obrazki, w których fantastyczne zjawiska zdają się być niepostrzeżone do tego stopnia, iż wydają się naturalną częścią realnego świata. Przerażające środowisko urzędników rosyjskich, zepsutych, niemoralnych, nieludzkich postaci, które niszczą wszystkie przejawy niewinności i inteligencji, jakie tylko zdołają wykiełkować obok nich. Powieść niedokończona, rozszarpana zdawałoby się przez samego autora, w której – o dziwo! – przecież tak jak w życiu: nie do końca wiadomo, o co chodzi, jaki jest zamysł naszych ludzkich poczynań, kto jest kim, gdzie jest prawda i po czyjej stronie racja? Człowiek to ktoś, kto boi się sam siebie. Swojej inteligencji. Swoich pomysłów. Swoich planów. Nie ufa sobie, a więc nigdy nie może wygrać. Zawsze będzie przegranym.

Opublikowano Mistrzowie | Możliwość komentowania Gogol została wyłączona

Jak pomnik

Czasami (jakże często!) przychodzą dni, gdy wszystko wydaje się szalenie nieznośne, aż do bezradnego płaczu, aż do odrętwienia. Nieznośność zdaje się narastać i trudno uchwycić moment, w którym przychodzi. Początkowo jakaś myśl tylko, mignięcie, nic nieznaczące poruszenie duszy. Lekkie niezadowolenie. Potem kłąb czarnych myśli nad głową odsuwanych jeszcze siłą woli. Gdy wydaje nam się, że to tylko zwykła chandra, a może brak snu? Niedobór magnezu – próbujemy sobie tłumaczyć poczucie egzystencjalnej pustki i duchowej jałowości. Aż nagle, znienacka nieznośność nas zalewa tak, że tracimy dech. W piersiach uczucie dławienia. Wszechogarniający smutek. Bilans, który wypada fatalnie. Jakże źle wyglądamy na tle naszych marzeń, aspiracji i ambicji – tych, co zostały już gdzieś pochowane w szufladce z napisem „niezrealizowane”. Dręczymy się obrazem tego, co się nie udało. Masochistycznie trzymamy przed oczami przegląd porażek, klęsk i katastrof. Połykamy z płaczem poczucie winy, wyjąc do swojego odbicia w lustrze. Ubieramy się w płaszczyk wrogości do wszystkich i wszystkiego, czasami z lekką nutą sarkazmu. Bolesnego, raniącego sarkazmu. Umieszczczamy siebie na piedestale z tytułem „najnieszczęśliwsza osoba wszechczasów”. I zastygamy jak pomnik.

Opublikowano Drobiazgi | Możliwość komentowania Jak pomnik została wyłączona

Sacrum i profanum

Dom mnie przyzywa. Wabi przytulnością i ciepłem. Mruczeniem ścian. Płomieniem ognia. Szelestem zasłon. Zapachami. W domu się chowam. Wtulam w siebie. Mój brązowy fotel jak azyl chroni mnie przed wszystkim, co okrutne. Niekiedy dom straszy ludzkimi głosami, kłótniami małych istot, niedorosłych jeszcze do tego, by wiedzieć, że słowa ranią, a myśli są jak zmarznięte ptaki.To nic, że czasami chcę uciec z domu. Wiem przecież, że ucieczka moja będzie nadaremna (nie można uciekać od siebie samej). Nie można pójść w przestrzeń miasta i schować się przed własnymi demonami. Próbuję je cierpliwie oswajać, głaskać, ukołysać. Przychodzą jednak dni, gdy wyrastają ponad mnie i dręczą. Ciało wtedy przestaje być moje. Umysł dryfuje. Emocje są jak szklane kamyki z koszyczka Gabrysi. Łatwo się tłuką.

Chowam się w moim domu, w szczebiocie dzieci, w potrzebach i oczekiwaniach. Gubię się w labiryncie sacrum i profanum. (Wcale niełatwo oddzielić jedno od drugiego). Dom jest pełen rytuałów i zaklęć, zaczarowanych przedmiotów, tajemniczych skrytek, niewypowiedzianych modlitw. Gdybyśmy tylko potrafili zatrzymać pędzące myśli, zobaczylibyśmy błyszczące skrzydła aniołów. Zobaczylibyśmy niebo.

Lubię swój dom pachnący szczęściem i świeżym praniem.

Opublikowano Drobiazgi | Możliwość komentowania Sacrum i profanum została wyłączona

Wieczorem

Wieczorem siadam przy stole w jadalni. Stół jest stary. Przywieziony z Nowolipek. Jadali przy nim dziadkowie. Mocny, dębowy, stateczny. Nieco szorstki już. Wszystkie herbaty, kawy, dziecięce kakao, obiady, zupy, desery zostawiły w ciągu tych długich lat swoje ślady, odciski, znaki. Stół można czytać jak książkę. Teraz zasłonięty jasnym, lnianym, pięknym obrusem w kwiaty podarowanym niedawno przez mamę zaprasza całym swym urokiem, aby usiąść przy nim z kubkiem pachnącej, gorącej herbaty.

Siedzę więc przy stole oświetlonym jasną lampą. Przede mną otwiera się salon. Kominek, który powoli przypomina o sobie. Brązowy, wygodny fotel kuszący fascynującymi lekturami; regały pełne książek; stara, wysłużona kanapa; pianino. Po lewej przestronna, schludna kuchnia pełna domowych drobiazgów i zapachów, z kolorowymi obrazkami dziewczynek przyklejanymi do szafek. Na jednym cała rodzina. Mama z rozwianymi włosami, jak zawsze piękna, trzyma za rękę tatę w kraciastych portkach. Wszyscy z uśmiechami od ucha do ucha. Na kolejnym księżniczka i kwiaty,  dalej zwierzęta (psy, konie, niedźwiedzie). Jest jeszcze domek chiński i bliżej nieokreślony projekt architektoniczny młodszej córy. Po prawej stronie, tuż na wyciągnięcie ręki – biblioteka, czyli półki zastawione książkami. Ciepłe światło otula mnie i ogrzewa. Dom koi.

Rozmawiamy. Dziś o muszkieterach i fikcyjnym kraju Syldawii. Cieszę się swoimi dziećmi. Zajadamy pyszną tartę z cebulą. Herbata pachnie. Powoli pieką się bezy. Dziewczynki z nosami w książkach siedzą tuż obok mnie. Czytają.

A ja? Po prostu, zwyczajnie uśmiecham się do szczęścia.

 

Opublikowano Drobiazgi | Możliwość komentowania Wieczorem została wyłączona

Baśń

Życie Bułhakowa tak jego twórczość pełne jest motywów tragicznych, dysonansów, groteskowych zwrotów akcji, absurdalnych rozwiązań, naiwności idealisty, głebokich przeżyć artysty. Z jego własnego dziennika intymnego wyłania się podobno obraz okropnego człowieka, antypatycznej osobowości, niezrównoważonego egoisty. Jakże mogłoby być inaczej? Świetnie wykształcony, kulturalny lekarz, który po niedługiej przymusowej praktyce w armii rewolucyjnej oraz wśród chłopstwa gdzieś na głębokiej prowincji postanawia dokonać radykalnej zmiany całego swojego życia – nie może być do końca człowiekiem zrównoważonym. Nigdy chyba do końca nie zrozumiemy motywów nim kierujących, jak nigdy nie zrozumiemy przecież umysłu ani szaleńca ani geniusza. Gdy Bułhakow w 1921 roku przyjeżdża do Moskwy nie ma nic. Jest chorym morfinistą marzącym o karierze pisarza. Uda mu się powoli nawiązać jakieś znajomości w światku literatów (doskonale opisze je w „Mistrzu i Małgorzacie”, z dystansem ironisty, obnażając komiczną prawdę o tych, którzy zwą siebie artystami), ale całe dalsze życie Bułhakowa i jego kariera pisarska będą wielkim dramatem. Jak sam napisze w słynnym liście do Stalina: spośród ponad trzystu recenzji tylko dwie będą pozytywne… Bułahkow przytuli się gdzieś w moskiewskim teatrze i tam – za wstawiennictwem samego Stalina – dane mu będzie dożyć swoich dni, niełatwych i bolesnych ze względu na potworność śmiertelnej choroby, którą sam u siebie zdiagnozuje kilkanaście lat przed śmiercią. Choroba ta, mocznica, będzie zabijać go powoli, odbierać siły, sprawność, wzrok. Ostatnie rozdziały „Mistrza i Małgorzaty”, ostatnie poprawki autor będzie dyktował żonie, nota bene trzeciej z kolei.

Chylę czoła przed żelazną wolą tego pisarza. Postanowił kiedyś, że będzie tworzył i nic – ani bieda, ani niepowodzenia, ani krytyczne recenzje, ani brak jakichkolwiek możliwości drukowania, publikowania, rozwijania swojego artyzmu ani nawet cierpienia fizyczne spowodowane chorobą – nie złamały tego postanowienia.

Sławę Bułhakow zyska dopiero ponad dwadzieścia lat po śmierci.

W swojej twórczości będzie kpił zarówno z bezmyślnych fanatyków jak i naiwnych marzycieli. Literatów bezlitośnie ukarze, posługując się figurami Behemota, Korowiowa i Wolanda. Cierpiącego Mistrza ukoi świetlistą przystanią i miłością po wieczne czasy. W osobie młodego poety Iwana będzie mógł naprawić swój błąd – z drogi pisarstwa skieruje go na drogę filozofii, która przyniesie spełnienie i szczęście. Doktor także pójdzie po rozum do głowy – zniszczy swoje dzieło, które – w innym wypadku – zniszczyłoby jego samego. Za przyczyną swego pisarstwa Bułhakow naprawia świat, porządkuje wszystkie sprawy, oczyszcza relacje i motywy. W gruncie rzeczy ocala to, co najważniejsze – miłość, prawdę, dobro i piękno. Zarówno „Mistrz i Małgorzata” jak i „Psie serce” można czytać jako swego rodzaju baśń dla dorosłych, w której ścierają się wielkie, potężne siły; w której małoduszni i łajdacy otrzymują to, na co zasługują; w której wreszcie na końcu mądrzy odnoszą sukces. Baśń ta, choć wydawać by się mogła fantasmagorią, jakoś tak prawdziwie opowiada o typach ludzkich. Zadziwiające, z jaką wnikliwością.

Opublikowano Mistrzowie | Możliwość komentowania Baśń została wyłączona

Bułhakowskie studium aktu tworzenia

Bułhakow fascynuje już swoją własną biografią, w której na pierwszy plan wysuwają się wielkie, historyczne, fatalne siły determinujące życie człowieka. Urodzony w 1891 roku w rodzinie rosyjskich inteligentów do końca życia będzie niósł w sobie archetyp „fraka”- jak fenomenalnie mówił Andrzej Drawicz na antenie Polskiego Radia w audycji poświęconej prozie Bułhakowa. Tenże wspomniany frak, symbol formy i wysublimowanej kultury rzeczywiście uderza czytelnika w zestawieniu w prymitywizmem rozchełstanej, brudnej koszuli czy walonki proletariatu, nie mówiąc już o kaloszach i gumiakach. Nazwać Bułhakowa obrońcą etosu inteligenta byłoby może uproszczeniem. Bułhakow wymyka się jakoś jednoznacznym definicjom. Zaszufladkowany w nomenklaturze przygotowania do matury jako „mistrz groteski” traci znacznie ze swojego wizerunku rosyjskiego autora. Jasne, że groteska i pastisz – to wszystko prawda. Ja nazwałabym Bułhakowa pisarzem fantasy („Mistrz i Małgorzata”) oraz fantastyki („Psie serce). Jest w tej literaturze inteligentny żart, jest absurd, jest także groza, tajemnica i krwawy horror. Przede wszystkim jednak olbrzymia przestroga przed chęcią tworzenia nowego świata, nowego porządku, nowego człowieka. Kreacjonistyczne działania bohaterów przynoszą im zawsze zgubę. Zawsze zawodzą. Doktor Preobrażeński stworzy potwora. Mistrz zniszczy swoje życie. Początkowa wiara we własną moc twórczą szybko i boleśnie przeradza się w szaleństwo i zgryzotę, które dotykają nie tylko samego autora, ale przede wszystkim tych, którzy są mu najbliżsi, których chciałby ochronić i wreszcie – świat zewnętrzny. Mamy więc u Bułhakowa fenomelnane, przerażające studium aktu tworzenia: od egocentryzmu twórcy maskowanego chęcią zmieniania świata poprzez rozczarowanie stworzeniem, odrzucenie mocy twórczej, gorycz i szaleństwo, bezsilność aż do zwątpienia i pragnienia śmierci. Ale Bułhakow nie jest nihilistą. Rozprawia się brutalnie z kreacjonistyczną, romantyczną wizją twórcy. Pokazuje, jak niewyobrażalne skutki niesie ze sobą akt tworzenia, każdy akt tworzenia; jak nad skutkami tego sam autor nie potrafi zapanować; jak wielką, gigantyczną siłą obdarza autor własne dzieło. W „Psim sercu” Bułhakow otwarcie porówna dzieło stworzone przez autora do dziecka wydanego na świat przez matkę. Relacja twórcy i stworzenia jest więzią sakralną, macierzyńską, ojcowską – i żadne wypaczenia tego nie zmienią. To dlatego twórca musi popaść w szaleństwo, by móc zniszczyć dzieło. To dlatego twórca nie ma mocy ani siły porządkowania. Jednak ratunek przychodzi. Zawsze przychodzi z zewnątrz. Zawsze to będzia jakaś siła większa niż sam twórca, której on w akcie woli podporządkuje się, by ratować tych, których kocha. W gruncie rzeczy jest to optymistyczny akcent. Twórca i świat cały ocaleją.

Opublikowano Mistrzowie | Możliwość komentowania Bułhakowskie studium aktu tworzenia została wyłączona

Dawne lektury

Rozpoczęłam właśnie pasjonującą (i trochę sentymentalną) podróż do dawnych lektur. Czas odświeżyć zakurzonych już klasyków, arcydzieła, które zescholaryzowane widnieją na wykazach w podstawach programowych poszczególnych etapów edukacyjnych, czym – niestety – odstraszają i starych i młodych. Książki czytane kilkanaście (a może i ponad dwadzieścia lat temu), jeszcze w domu rodzinnym, w czasach licealnych, na studiach. Lektury ponad wszelką miarę wielkie, niesłychane, które przecież chwytały głęboko za serce, sięgały aż do dna młodzieńczej duszy, wywracały ją, wierciły, układały na nowo. Książki, które czytało się całymi nocami, z zapartem tchem albo takie, które po prostu trzeba było przeczytać, bezmyślnie – do egzaminu. Myśląc o nich wszystkich ze wstydem odkryłam, jak niewiele zostało w pamięci. I poczułam żal, jakbym utraciła część życia. I bunt. I wolę odzyskania tych straconych stronic.

Czytając dawnych mistrzów już jako dojrzała kobieta, przede wszystkim delektuję się słowem i – muszę przyznać – że to właśnie sprawia mi największą chyba przyjemność. Czytam powoli, nie spiesząc się (to coś, czego uczę się od niedawna). Cieszę się lekturą, przewracaniem kartek. Smakuję dialogi. Rozważam czyny bohaterów. Śledzę własne myśli. Medytuję. Snuję refleksje. A wszystko to jest piękniejsze niż mogłam sądzić.

A więc najpierw Kubiaka „Literatura Greków i Rzymian” oraz Bułhakow.

 

Opublikowano Mistrzowie | Możliwość komentowania Dawne lektury została wyłączona

Niczym tsunami

Upajam się życiem. Cieszę się czasem. Raduję się sobą i światem. Kocham, marzę, jem lody, bawię się, rozmawiam z przyjaciółmi, pływam na basenie, słucham dzieci, czekam na męża. Żyję życiem swoim, nie – przedsięwzięcia. Uwolniłam się nagle. Decyzja ta kiełkowała we mnie od paru miesięcy. Gorycz sączyła się powoli – tak, że trudno byłoby ją uchwycić. Wypływała nagle, przy byle okazji – jak nic nieznaczący cierń, malutka zadra uwierająca gdzieś z boku. Chciałam jej nie dostrzegać, zagłuszyć ją intelektualnymi argumentami, ukryć pod idealistycznymi rozważaniami, storpedować fałszywą duchowością. I zmęczenie. Wielkie jak niebo. Aż do odruchów wymiotnych. Wielokrotnie wypowiadane wątpliwości były właściwie wołaniem o pomoc, o ratunek, o nowe propozycje i rozwiązania, o uwagę. Strach o siebie, o swoje życie i zdrowie podpowiadał radykalne rozwiązania. Ale serce, jak głupi zając, wciąż marzycielsko wpatrzone w wizję wspaniałą, nietuzinkową, inną niż wszystkie, dobrą i mądrą, przytulną i radosną – jakoś nie chciało się poddać. Bało się. Wycieńczony, biedny umysł resztkami sił błagał o wytchnienie. I tak jak często bywa w granicznych sytuacjach, jedno przypadkiem wypowiedziane słowo, jedno zdanie, jedna przypadkowa myśl wystarczy, by zrozumieć i mieć pewność.

Nie czuję żalu – wręcz przeciwnie. Stworzyłam dobre miejsce, wartościowe, do którego ludzie przychodzili i z którego odchodzili. Jak zawsze. Jak wszędzie. Napisałam to miejsce. Od początku do końca. Uczyłam się je kochać, szanować i rozumieć. Dałam mu życie. Swoje życie. Życie odebrane sobie. Godziny zabrane ze swoich dni i nocy, weekendy odebrane rodzinie, minuty i sekundy poświęceń. Prawie pięć lat. Aż do zniewolenia.

Decyzja ogarnęła mnie wielką falą, niczym tsunami. Ugruntowana pewność, że nadszedł właściwy czas. Że więcej już nie można. Że są sprawy pilniejsze i ważniejsze, a życie nie może dłużej czekać. Egocentryczne postanowienie. Egoistyczna potrzeba zmian, radykalnych, olbrzymich zmian, wyzwań, które mobilizują.

Więc teraz stwarzam swoje życie na nowo. Układam klocki. Wiążę nici. Nie martwię się nie swoimi troskami. Myślę o niebieskich migdałach. Czytam to, co wpadnie w oko. Rano powoli wstaję z łóżka. Dużo się śmieję. Upajam się odzyskanym czasem.

Opublikowano Drobiazgi | Możliwość komentowania Niczym tsunami została wyłączona