Cmentarz

Wieczorem pojechałam na cmentarz. Kupiłam świecę z porcelanowym białym aniołem i fioletowe kwiaty w czarnej donicy. Bałam się, że za chwilę spadnie deszcz, bo niebo przybrało kolor brudnych snów. Grób mojego synka jest niepozorny. Zielono-błękitny kamień. Szara płyta z wykutym napisem. Urodzony i zmarły. Dokoła białe, drobne kamyki. Znicze z wypalonymi świeczkami. Tylko tyle.

Najpierw przyjeżdżałam codziennie tulić swój ból i nieziszczoną miłość. Łkałam nad białymi kamykami i zapisywałam chwile, które się nigdy nie wydarzą. Potem przestałam odwiedzać cmentarz. Grób Adasia był skargą, wyrzutem sumienia, oskarżeniem, że za mało kocham, za mało kochałam. Dręczyło mnie to dziecko, jego niewielkie ciałko, nóżki, których dotykałam w czasie porodu, życie, które się nie przeżyło, nie wydarzyło. Projektowałam wydarzenia z jego udziałem, wymyślałam jego włosy, buzię, głos. Śniłam mojego synka, a po przebudzeniu płakałam, złorzecząc okrutnemu światu i Bogu, który nas opuścił.

Wreszcie, w piątą rocznicę śmierci synka, wieczorem pojechałam na cmentarz. Uprzątnęłam stare lampki i uschnięte kwiaty. Zapaliłam świeczki. Ustawiłam nowe doniczki.

Dosyć już – powiedziałam, nie wiem właściwie do kogo, do siebie samej czy do dziecka złożonego w zielono-błękitnym grobie – dosyć.

Po powrocie do domu, w nocy, szlochałam w ramionach męża. Potem spałam spokojnie i długo w naszym pokoju na poddaszu. A Adaś, mój syn, wrócił wreszcie przed oblicze Boga.

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

W lustrze

Piątek duszny, niespokojny, chybotliwy. Przeczucie jakiegoś braku, niedopełnienia, niedosytu. Ubrana w sportową spódnicę koloru myszy i pasiastą bluzkę zakładam niebieskie trampki. Dlaczego trampki? Teraz do wszystkiego nosi się trampki. Taka moda. Taki styl. W dramatycznym geście buntu zrzucam buty. Zakładam czarne sandały. Patrzę na siebie w lustrze. Zawsze niezadowolenie ze swojego wyglądu, ubioru, makijażu. Niezadowolenie ze swojego odbicia. Niezadowolenie z siebie. Nosimy tę niezgodę na własne istnienie jak karę, jak pokutę za grzechy pierwszych naszych rodziców. Wpisane w dusze pragnienie ideału każe nam ciągle szukać, próbować, mocować się z tym, co tu i teraz, wytyczać nowe cele, drogi, łapać szanse, dostrzegać możliwości.

Patrzę na siebie w lustrze jak na obcą kobietę. Z początku nie było łatwo wyobcować się z siebie samej. Powtarzalność tego aktu stała się z czasem ćwiczeniem koncentracji na obrazie. Taka codzienna praca domowa. Zaczyna się zawsze tak samo. Najpierw fala niezadowolenia. Ocena krytyczna. Głęboki wdech. Zamknięcie oczu. Wydech. Oczy otwarte. Bądź dla siebie obca. Patrz w lustro jak w portret nieznajomej. A samo lustro jest śliczne. Wysokie, w białej ramie, lekko pochylone do tyłu, ze zgrabnymi wieszakami na biżuterię, na których zawiesiłam drewniane marionetki – Wojtusia i Małgosię. Marionetkami bawię się czasem z dziećmi. Nieporadnie trzymają za sznurki. Skupione, z zagryzionymi wargami mówią do drewnianych lalek jak do najbliższych. Delikatnie, żeby ich nie zniszczyć, nie skrzywdzić, wykonują na pół śmieszne gesty, manewrują krzyżakiem, wzdychają z przejęcia. Od marionetek uczą się dreptania, stawiania kroków, poruszania palcami.

A więc białe lustro z marionetkami pod dachowym oknem w sypialni. Moje odbicie w lustrze. Ja, obca, obserwator. Bez emocji. Brązowe włosy, niesforne jak burza, jak wzburzone morze, fale, loki, promyki słońca na nich. Są naprawdę piękne. Dalej zgrabne czoło, małe niebieskie oczy podkreślone złotym cieniem, ostry nos, orli, rzymski, pulchne policzki, wąskie, smutne usta, nierówne zęby. Ładny uśmiech. Reszta trochę za obfita, ale przecież zupełnie w porządku. Do przyjęcia. Kobieta z portretu nie odstrasza, może nawet lekko przyciąga. Chciałabym ją poznać – myślę – posłuchać jej opowieści.

I tak krok po kroku, dzień po dniu, zaprzyjaźniam się sama ze sobą metodą wyobcowania. Uśmiecham się do siebie jak do kogoś zupełnie innego. W lustrze ciekawa osoba, nietuzinkowa kobieta. We mnie dziewczynka z sercem pełnym strachów.

 

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Pajęczyna

Schowałam się w swoim dużym domu. Drzwi zamknęłam na klucz. Wytarłam kurz na bibliotecznych półkach. Wytrzepałam dywany i umyłam podłogę. Starannie wyszorowałam łazienkę, najpierw na dole, potem drugą – na poddaszu. Wyprałam brudne ubrania, pościel, ręczniki. Równiutko ułożyłam czyste rzeczy w garderobie. Wyrzuciłam to, co niepotrzebne i kupiłam kwiaty. Posadzę je w skrzynkach na balkonie, gdy nadejdzie czas.

Teraz zbieram porozrzucane chwile jak kolorowe kamyczki. Układam całość z popękanych minut, godzin, dni, tygodni. Ukryta w ciszy opuszczonego, posprzątanego domu słucham siebie, słabego głosu gdzieś z dna ciemnej studni. Dom bez dzieci jest mi przychylny, zdaje się rozumieć moją samotność, mruczy jak kot, niczego nie wymaga, niczego nie oczekuje. Chowam się w nim jak w pustelni. Piję czarną herbatę z dużego kubka w motyle. Czytam. Piszę. Patrzę. Nasłuchuję. Modlę się do Boga, którego tak często gubię w gęstwinie poplątanych chwil. Modlę się nieśmiało, powoli, słowami niewypowiedzianymi do końca. Modlę się ciszą, która oplata mnie jak pajęczyna.

 

Opublikowano Drobiazgi | 1 komentarz

Zapach aksamitek

Ból kręgosłupa nie pozwala mi zasnąć. Ostrożnie układam się w pustym łóżku. Kolorowa pościel wcale nie chroni przed bezsennością. Jest jak ironiczny uśmiech nocy, królowej snów. Wabi obrazami i ucieka prędko, bezlitosna i obca jak nie swoje niebo.

Jestem sama w wielkim, jasnym domu przy ulicy i płocie obrośniętym bluszczem. Dzieci wyjechały. Piotra nie ma. Są tylko moje lęki, demony bólu i potłuczone pragnienia jak szklanki.

Zostawiłam zapalone światło na schodach. Światło rozprasza mrok. Przegania złych ludzi.

Moje palce pachną jeszcze aromatem pomarańczowych aksamitek, które wieczorem przyniosłam w kartonie do domu.

Żeby oszukać ciało rozrywane falami bólu, czytam Szostaka. Duszną opowieść o dziwnej i wielkiej rodzinie żyjącej w schulzowskim labiryncie korytarzy, dróg i uliczek, w magicznym mieście Kraków, w którym po ulicach pływa się gondolą, a nocami obserwuje sny kuzynów i ich nagie ciała zespolone z pościelą. Wnikam w ten świat, pełen Witkacego i Wyspiańskiego, muzyki i strachu, niemocy i nonsensu jakbym to ja szukała bliskich, ratunku w miłości, wyzwolenia w rebelii.

I tylko zapach aksamitek sprowadza mnie z powrotem do brązowej sypialni na poddaszu.

Opublikowano Drobiazgi | 2 komentarze

Na wsi

Wieś się zmieniła. Nie jest już taka, jak kiedyś, jak w zakamarkach wspomnień, w dziecięcych marzeniach i lękach. Droga przecież była piaszczysta. Wystarczyło przejść kawałek w lipcowym słońcu, by poczuć smak kurzu w ustach, oczach, na skórze. Biegaliśmy boso. Przy drodze rosły prastare drzewa – lipy jak z powieści Reymonta. Wiele lat potem czytając „Chłopów”, widziałam tę właśnie wieś, moją, rodzinny dom matki. Przyjeżdżaliśmy co roku. Zostawiani na dwa miesiące lata pod opiekę babci, ciotek, wujów nieznanych, obcych, groźnych, bo przecież innych niż ci w naszym małomiasteczkowym świecie blokowisk, sklepików na rogach i placów zabaw.

Stare kobiety nosiły na głowach chustki. Mężczyźni wciąż coś robili, doglądali. Gospodarstwo żyło swoim odwiecznym życiem, tętniło intensywnością zapachów i odgłosów. Ludzie, opaleni słońcem i zahartowani wiatrem, mocni jak dęby, jak ta ziemia, do której przylgnęli całym swym jestestwem, prymitywni w obyczajach, dosłowni aż do bólu, aż do zawstydzenia – byli dla mnie i piękni i straszni. Bałam się ich siły, ich pewności, ich prostej wiary i codzienności, a jednocześnie chłonęłam każdą chwilę. Byłam bezbronna wobec ogromu wiejskiego wszechświata, gubiłam się w sprawach, o których niewiele wiedziałam, w relacjach dalekich i sztucznych. Szukałam siebie tam, gdzie rosła moja matka, panicznie uciekając przed nieokreśleniem. Pragnęłam należeć do tego wiejskiego świata, zadomowić się w nim, poczuć jak u siebie. Nigdy mi się to nie udało, bo nigdy udać się nie mogło.

Byliśmy tylko gośćmi. Dwumiesięczny pobyt na wsi nadawał nam status „ni to swego, ni obcego”. Wpadaliśmy z dnia na dzień w wiejski rytm dnia. Nie było czasu na adaptację do nowych warunków po miesiącach spędzonych w dusznym miasteczku, szkołach, mieszkaniu w bloku. Surowość wymagań hartowała chyba nasze dusze, brak czułości i piękna zabijał w nas wrażliwość, a praca uczyła trudu i wytrwałości. Ucieczką była przyroda, lasy i olbrzymie pola, po których pozwalano mi wędrować w chwilach wolnych od pracy.

Nie można było grymasić. Z takich szydzono bezlitośnie. Jadło było proste, sycące i smaczne. Mieliśmy pod dostatkiem cebuli, ogórków, pomidorów, truskawek, agrestu, wiśni, morwy, malin i porzeczek. Babcia codziennie gotowała owocowe kompoty. Piekła ciężkie drożdżowe bułki, którymi zajadaliśmy się aż do bólu brzucha. Jedliśmy chleb z cukrem, kanapki ze szczypiorem, kluski z truskawkami, sadzone jaja z kaszą, a mleko przynosiła babcia jeszcze ciepłe ciepłotą krowy, pachnące sianem, oborą i zwierzęciem. Do tego ogromne bochny chleba wypiekane w wielkim piecu w kuchni. Fascynował mnie ten świat gospodarskich czynności. Babcia i dziadek jak półbogowie, demiurgowie tworzący przestrzeń i czas, zaklinający pogodę, niedostępni, groźni na wysokościach. Mój umysł przetwarzał te wrażenia, tłumił nierozpoznane emocje, usypiał lęki porzucanego corocznie dziecka.

Tamtej wsi już nie ma. Na drodze asfalt. Drzewa wycięto. Domy rozbudowano. Trawniki równiutko, idealnie przycięte. Kwiaty w donicach, ogrody zaprojektowane przez wynajętych specjalistów. Na podwórkach trzy dobre auta. Hodowla zwierząt przestała być opłacalna. Dziadek Marian i babcia Aniela odeszli, jedno po drugim. Na wsi jest pusto.

Opublikowano W drodze | Skomentuj

Ściany

Dopiero z bliska widać było brud. Kurz osiadający przez ponad dziesięć lat stworzył brzydkie, szare smugi. Ściany mojego domu zachowały na sobie pamiątki po dziecięcych daniach ze słoiczków, przecieranych zupkach, miksowanych warzywach, porozlewanych sokach. Gdzieniegdzie nawet zachowały się ślady małych palców umaczanych w czekoladzie, soku z malin, błocie lub plastelinie. Do tego ciemne kropki – pozostałości zbrodni wykonanych na niewinnych owadach.

Najpierw wezwałam ekipę fachowców – żyjemy wszak w czasach profesjonalistów. Szef ekipy popatrzył, pozaglądał, coś pomierzył i wypowiedział kwotę, która natychmiast zwaliła mnie z nóg. Znacznie przekraczała moje kilkumiesięczne oszczędności.

Pewnego majowego dnia kupiłam kilka puszek farby, pędzle i wałki. Przez tydzień przestawiałam rzeczy i oklejałam ściany. Książki wepchnęłam w kąt obok kominka, pod szafkę z mikrofalą, do łazienki i przedpokoju. Wszystko przykryłam folią. Na przekór własnym słabościom, zmęczeniu i opinii męża pomyślałam sobie, że przecież dam radę.

Mistyka codzienności dotyka mnie ostatnio w najmniej spodziewanych sytuacjach i stanach ducha. Przychodzi, gdy wcale się o nią nie prosi. Gdy w umyśle chaos, strach i niepokój lub gdy zmęczenie tak wielkie, że zrobienie kroku w stronę łazienki wydaje się być wysiłkiem heroicznym. To w takich chwilach wpadam w otwarte ramiona Boga.

Gdzieś między kuchennymi szafkami, lodówką, karniszem i sufitem, poplamiona białą farbą, w gumowych rękawiczkach, byle jakich portkach i dziurawej koszulce, wychwalałam cudowność Bożej Opatrzności. Nie musiałam się zatrzymywać, przerywać pracy, wprowadzać się w jakiś stan egzaltacji duchowej czy uniesienia. Doświadczenie Obecności przyszło samo, niespodziewanie, gdy machając pędzlem, myślałam tylko o tym, by nie zabrudzić świeżo pomalowanego sufitu.

Jestem, Który Jestem – mówił mi Bóg i cicho trwał obok mnie. A krople farby raz po raz spadały na moje potargane włosy.

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Entropia

Za sprawą jednego słowa przeniosłam się w irracjonalną rzeczywistość, w której prawa logiki nie mają zastosowania, a czas na zmianę – to kurczy się, to rozciąga. Remont.

Obserwuję otwarcie, jak Remont zagarnia coraz to nowe przestrzenie życia: od miejsc, poprzez myśli, emocje, pieniądze, perspektywę, relacje z innymi, stan duszy. I mimo że zaczyna się od obietnicy wewnętrznego pokoju, to Remont – jak bakcyl – burzy porządek znanego nam świata. Dzień po dniu zabiera radość, siłę i energię do działania. Aż budzimy się pewnego dnia przekonani, że tak już zostanie na zawsze – w pół drogi, z dziurami w bezpiecznych dotąd ścianach domu, w pyle i kurzu, z niedokończonymi sprawami, z biblioteką wywróconą do góry nogami.

Ze spuszczoną głową musimy przyznać, że entropia znowu wygrała.

 

 

 

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Wspomnienia Babci

Zawsze, ilekroć miałam okazję przebywać z Babcią w jej mazurskim domku nad Jeziorem Mielno, chłonęłam opowieści, które snuła. Opowieści o czasach minionych, o miejscach z innej epoki, o ludziach, o których ja – urodzona na początku lat osiemdziesiątych XX wieku – mogłam już tylko czytać w książkach. Za każdym razem, każdego wieczoru były to inne historie opowiadane z pasją i soczystym humorem, ale przecież pełne sentymentu i tajemniczej siły, która wywołuje bliżej nieokreśloną tęsknotę za tym, co bezpowrotnie minęło. Zawsze pozostawał we mnie jakiś niedosyt po tych swobodnych, gawędziarskim tonem snutych wspomnieniach. To właśnie z potrzeby ocalenia Babcinego świata, z potrzeby ocalenia chociaż urywków, skrawków, fragmentów dzieła, jakim niewątpliwie było całe jej życie zrodziła się moja książka.

Praca nad nią trwała długo i stanowiła niezwykle mozolne przedsięwzięcie. Babcię poznałam pod koniec lat 90. XX wieku, gdy – jako narzeczona jej wnuka i świeżo upieczona studentka filologii polskiej – zamieszkałam w rodzinnym mieszkaniu Czarneckich przy ulicy Nowolipki w Warszawie. Od tego czasu gromadziłam w pamięci wszystkie zasłyszane od Babci i innych członków rodziny anegdoty, opowiadania, gawędy, składając w ten sposób pasjonującą opowieść o niezwykłej kobiecie. Na przełomie roku 2014 i 2015 rozpoczęłam nagrywanie autobiograficznych wspomnień Babci. Spotykałyśmy się w jej warszawskim mieszkaniu na Chłodnej dosyć regularnie przez kilka miesięcy, w ciągu których Babcia snuła gawędy o życiu minionym, o zapomnianych ludziach, obyczajach, szlacheckich dworkach, wojnie, o sobie samej i swoich najbliższych. Wspomnienia te, skrzętnie zebrane za pomocą dyktafonu, zostały następnie przez mnie przelane na papier, starannie zredagowane, uporządkowane chronologicznie i opatrzone przypisami.

Tak, w listopadzie 2017 roku, powstała wreszcie autobiografia dr Marii Zoll-Czarneckiej – kobiety o niezwykłej sile charakteru i jeszcze większej radości życia.
Ze stronic książki wyłania się cała Babcia – skromna, doskonale potrafiąca obserwować świat i ludzi, energiczna i żywiołowa, tryskająca optymizmem, niepokorna, ale zawsze – pracowita i skłonna do największych poświęceń w imię tego, co najważniejsze. Urodzona w roku 1928, w epoce – jak sama powie – jeszcze pod wieloma względami starodawnej, spędzi dzieciństwo w wielodzietnej rodzinie inteligentów polskich, we dworach i pałacach, w folwarkach, elitarnych szkołach zakonnych. Zapamięta jazdę bryczkami i wielkie kufry na pościel oraz damy i eleganckie towarzystwo tego świata sprzed prawie stu lat. Będzie oglądać na własne oczy terror i grozę wojny. Będzie się szaleńczo bawić, leczyć dzieci, kochać i pływać. Ukończy medycynę. Założy rodzinę. Jako dojrzała kobieta rzuci się w wir pracy społeczno-politycznej, wreszcie będzie jednym z założycieli Stowarzyszenia Lekarze Nadziei i resztę życia poświęci na organizację pomocy dla bezdomnych. Do końca, do ostatnich swoich dni będzie działać i myśleć o innych. Odejdzie cicho, w bieli szpitalnej sali, po kilkutygodniowej chorobie, 10 marca 2016 roku.

Pamięć ludzka jest niewątpliwie czymś wspaniałym. Pozwala zachować obraz życia, które zgasło, i trwać w miłości pomimo obecnej w tym życiu śmierci. Wielkim naszym zadaniem jest zatem dbać o pamięć: osobistą, rodzinną, narodową… Wielkim naszym zadaniem jest zbierać i ocalać wspomnienia naszych najbliższych. Kiedyś, po latach, wspomnienia te okażą się niezwykłą opowieścią, najpiękniejszą historią, z której czerpać będziemy pełnymi garściami.

(Fragment pochodzi z książki: M. Zoll-Czarnecka, Patrycja Cicha A żaby grały mi do snu. Wspomnienia lekarki, Wydawnictwo Poligraf, Warszawa 2018.)

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Wielka Sobota

Do kościoła przyszliśmy pół godziny wcześniej, ale i tak nie było już miejsc. Drażniący tłum rozlewał się po przestronnych zazwyczaj nawach, gnieździł się w ławkach, opadał na krzesła ciasno porozstawiane w przejściach. Zniechęcał. Zagubieni wędrowaliśmy bez celu, rozglądając się uważnie w poszukiwaniu dobrego miejsca, którego przecież od dawna już nie było. Nasza ludzka zaborczość wmawiała nam po cichu, że najlepiej mieć Boga, kościół, księdza tylko dla siebie. Nie dzielić się nim z nikim. A już na pewno nie z tłumem.

Bezradni i zaskoczeni przycupnęliśmy w nawie bocznej, przy zimnej ścianie. Dziewczynki wtuliły się w drewniany konfesjonał, którego stopień okazał się wygodną i bezpieczną niszą w oceanie ludzi. Okrętem zmierzającym do przystani. Nie było cicho. Szuranie butów, krzeseł, szepty, skrzypienie rozkładanych stołków, dźwięki wyłączanych telefonów, płacz dzieci. Wszystko unosiło się gdzieś ponad ludzkimi głowami jak dym kadzideł. Kościół zapełniał się ekscytacją i oczekiwaniem. Zapadał zmierzch. Przykrył nas jak czarny parasol i wtedy się zaczęło.

Najpierw przyszedł chyba zachwyt nad pięknem tego wieczoru. Nad ogniem, który górował. Nad rozpalającymi się płomykami świeczek. Nad mocnym głosem kapłana. I sama nie wiem, kiedy ten zachwyt stał się uniesieniem, a ono bezsłowną modlitwą udręczonej mojej duszy. Sama nie wiem, w którym momencie harmonia muzyki stała się moją harmonią, a psalmy – osobistą rozmową z Bogiem, którego szukam od tak dawna. I było mi dobrze wśród tych ludzi, z ich śpiewem, oddechami, z ich obecnością. Było mi dobrze z najbliższymi stojącymi tuż obok mnie. Było mi dobrze w ciemności, której nie musiałam się bać, bo wszędzie dokoła mnie istniała miłość.

Śpiewaliśmy długo. Długo słuchaliśmy. Gabrysia zasnęła w konfesjonale zwinięta w kłębek.  Przykryłam ją moim ciepłym swetrem. Łusia trwała jak zawsze sumienna, delikatna i mądra, nasłuchując z wielkim skupieniem każdego słowa, na które jest tak bardzo czuła.

I miałam wrażenie, że znikam w tej wspólnej modlitwie; że cała staję się modlitwą. Że nie ma już mnie, jest tylko zachwyt i uniesienie. Że ani ciało, ani serce, ani myśli nie są już moje, a każde słowo to hymn wdzięczności. Przez krótką – a może długą – chwilę czas przestał się liczyć. Było pięknie.

Potem przyszło znużenie. Odczucie własnej cielesności i ograniczeń.

Tęsknota za mistyką.

Opublikowano Drobiazgi | 2 komentarze

Staruszka

Był taki dzień jesienią, w którym tęsknota za moim małym synkiem rosła razem z deszczem, aż stała się większa od całego nieba. Niczego poza bólem nieziszczonej miłości nie mogło być dokoła mnie.  Wtedy dopiero, gdy zdawało mi się, że tłumiony płacz wybuchnie nagle, zatapiając wszystko, wtedy właśnie błagałam Boga o ratunek.

Mam takie ulubione miejsce w kościele dominikanów. Ławka taka jak wszystkie. Ani z przodu ani z tyłu. Trochę przytulona do ściany, na której straszy malowidło ze świętym Jackiem wypędzającym demony z drzewa. W ławce jest się schowanym, ale nie na tyle, by nie móc samemu obserwować szukającym wzrokiem tego, co obok i tego, co przed.

Msza już trwała. Gdzieś między psalmem a kazaniem z zakrystii wyszła staruszka. Prawdziwa stara kobieta. Zupełnie pomarszczona i pochylona do ziemi. Wsparta na drewnianej lasce. Wychudzona. Z oczami jak dwa jeziora. Idąc, uśmiechała się. Wiedziałam, że przyszła do mnie.

– Pięknie się modlisz, dziecko – szepnęła mi do ucha – pamiętaj, że warto żyć dla Boga. Dla Boga warto żyć. Naprawdę.

– Ja mam już 92 lata. Widziałam, jak Niemcy zabili mi matkę, ojca i siostrę. Zostałam na tym świecie sama, samiuteńka. Potem obóz, w którym robili straszne rzeczy. Przeżyłam i to. A potem miałam męża, dzieci, rodzinę. Ale czas wszystko zabrał. I znów zostałam sama, samiuteńka. Przyszła choroba, rak płuc. Przeżyłam i to. I chcę ci powiedzieć, że życie jest wielkim darem. A dla Boga zawsze warto żyć.

Objęła mnie za szyję. Czułam, jak skóra jej pachnie starością. Przytuliła mnie do siebie. Ucałowała w policzek. Potem trzeba było uklęknąć i modlić się. I tak trwałyśmy razem połączone jakąś niewidzialną siłą, jakbyśmy obie na chwilę zanurzyły się w mistyczną rzeczywistość.

Potem staruszka odeszła. Tą samą drogą.

A ja powoli wróciłam do domu.

Opublikowano Drobiazgi | 10 komentarzy