Uważność

W procesie terapii, uzdrawiania umysłu i ciała, podstawą jest uważność. Tego uczymy się mozolnie, kroczek po kroczku. Najpierw z uwagą słuchać opowieści innych, kawałków ich życia, fragmentów doświadczeń, opisu uczuć. Na początku wydaje się to łatwe. Ot, takie tam zwierzenia ludzi zagubionych w świecie. Wydaje się nam, że jesteśmy inni, lepsi, że bardziej siebie znamy, panujemy nad swoim światem. Ocenianie innych przychodzi nam tak łatwo. Dawanie rad jest takie proste. Rozwiązywanie cudzych problemów – banalne i oczywiste. Słuchamy, jak siedzący obok nas próbują wypowiedzieć własną pustkę. Jesteśmy widzami w teatrze świata. Słuchamy, ale przecież nie słyszymy.

Potrzeba naprawdę wiele tygodni, miesięcy, aby nauczyć się uważnie słuchać cudzej opowieści o życiu. Aby pod warstwą nieudolnych słów zobaczyć niewysłowione pokłady cierpienia, bólu, wstydu, udręki. Wtedy właśnie, jak w antycznej tragedii, dociera do nas ten ogromny ładunek współczucia i lęku. Nasze terapeutyczne katharsis trwa.

Człowiek przestaje oceniać innych, bo po tych wielu miesiącach dostrzega wreszcie, że nikomu nie jest to do niczego potrzebne – ani innym, ani jemu samemu. Człowiek przestaje dawać innym rady i rozwiązania ich problemów, bo rozumie wreszcie,  że każdy sam musi przeżyć swoje życie i podjąć swoje decyzje. Człowiek staje się łagodny i dobry dla innych. Wie już wreszcie, że wszyscy cierpią. Słuchając uważnie innych, orientuje się, że zaczyna także słuchać samego siebie. Wtedy z widza staje się aktorem własnego życia. I wreszcie może usłyszeć samego siebie. A kiedy to zrobi, zrobi to z uważnością, o jaką nigdy by siebie nie posądzał. Będzie odtąd świadomy swoich gestów i ruchów, emocji i zachowań. Będzie chciał o nie dbać. Będzie potrzebował sam zaopiekować się sobą.

Po kolejnych kilku miesiącach w procesie terapeutycznym przychodzi zrozumienie dla zmiany. Potrzeba zmiany najpierw przynosi strach, potem zaskoczenie, radość, na końcu ulgę i dumę i lekkość. Zmiany mogą być wielkie lub małe. Nieważne. Ważne, że są, że się pojawiają, bo to znaczy, że życie trwa. To znaczy, że jesteśmy. To znaczy, że wciąż możemy tworzyć swoją własną opowieść. I sami sobie bić brawa z zachwytu.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Święto

Pochmurno. Za oknem migają reflektory przejeżdżających aut. Na stole mruga świeczka. Naprzeciw kominka mała, wesoła choinka udekorowana przez Gabrysię błyszczącymi jednorożcami. Z radia płyną cichutko kolędy. Jestem sama w moim przytulnym domu.

Dziewczynki poszły do babci. Mąż w pracy. Cudownie mi w swoim własnym towarzystwie w ten świąteczny czas, w którym wszystko się zmienia. Aż w końcu przychodzi moment, gdy już się nie wie, co nas tak martwiło, straszyło, goniło. Moment, gdy oddycha się spokojem. Nadzieja przychodzi do mnie zawsze nieoczekiwanie, jakby przypadkiem, ale za każdym razem sprawia, że uśmiecham się do życia, a ono staje się wtedy świętem. Coraz częściej myślę, że to jest właśnie sposób – traktować wszystko, świat cały, życie, siebie – jak wielkie święto. Chce się wtedy być pięknym, dobrym, życzliwym i wdzięcznym, a radość jakoś tak łatwiej przytrzymać, zatrzymać, oswoić na dłużej. Łatwiej zadbać o siebie, gdy ma się przed nosem perspektywę świąt. A więc zakładam elegancką sukienkę, kolczyki i buty. Układam włosy. Starannie robię makijaż. Przygotowuję sobie pyszną herbatę w odświętnej filiżance. Odsuwam od siebie ciemne myśli – to nie jest czas dla nich, bo w święto można oderwać się od tego, co boli i tego, co trudne. Jest inaczej. To nic, że kolejny rok, kolejne smutki i strachy. To nic, że poniedziałek. Naprawdę jest inaczej.

Nawet ta moja samotność jest inna. Taka świąteczna. Przytulna. Dobra.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Nauczyciel

Parę lat temu na jednym ze spotkań Domowego Kościoła padło pytanie: Kim dla mnie jest Jezus? Pytanie właściwie proste, można by rzec – banalne i wyświechtane. Z Kościołem Domowym dosyć szybko się rozstałam, nie znajdując w tej grupie miejsca dla siebie i swojego małżeństwa. Pytanie natomiast o Jezusa zostało ze mną i jest i trwa nadal w moim życiu. Często do niego wracam, bo jest to pytanie, które konstytuuje moje rozumienie wiary.

Pamiętam do dziś to mocne, silne wrażenie, jakie wywarło na mnie pytanie postawione przez animatorów kręgu. Inni chętnie i obficie odpowiadali, mądrze i duchowo, a ja poczułam się zupełnie bezradna, jakby pytanie to dotyczyło czegoś najważniejszego, najpilniej strzeżonego skarbu mojej duszy. Nigdy wcześniej i nigdy później nie doświadczyłam takiego poczucia bezradności i ogołocenia wewnętrznego. Pytanie o to, kim jest dla mnie Jezus, okazało się być pytaniem o to, kim tak naprawdę jestem ja sama.

Przez tych kilka lat szukałam odpowiedzi, próbując poznać i zrozumieć katolicyzm. Liczne lektury duchowe, jakieś konferencje, rekolekcje, modlitwa rodzinna i indywidualna – wszystko to sprawiało, że świat i wiara wcale nie stawały się prostsze. Wręcz przeciwnie. Aż przyszedł czas choroby, mroku, jakiejś wewnętrznej pustki, znużenia sobą i wszystkim. I właśnie wtedy, gdy przestałam szukać, gdy się zatrzymałam w swojej beznadziei, przyszła odpowiedź. Kim jest Jezus dla mnie, w moim życiu? Tak, oczywiście, że jest Synem Bożym, Zbawicielem świata. To jasne, wyuczone przez wiele lat katechezy, powtarzane potem własnym dzieciom. Ale to tylko formułka, definicja, wiedza.

Prawdziwym przeżyciem, osobistą moją odpowiedzią jest doświadczenie całego dotychczasowego życia. Z perspektywy dojrzałej (chyba) osoby. Takie doświadczenie, że Jezus to najlepszy, najwspanialszy Nauczyciel ze wszystkich, których spotkałam na swojej drodze. Gdy zrozumiałam, że jest to sedno wszystkich moich poszukiwań i wszystkich moich odpowiedzi, uśmiałam się sama z siebie. Przecież to takie proste! Takie oczywiste! Bliskość Jezusa jako człowieka-Boga polega na tym, że można się z Nim utożsamić, że można się od Niego zwyczajnie, po prostu uczyć. A skoro ja jestem nauczycielem, to On jest  moim Mistrzem.

Czy można mówić o myśli pedagogicznej Jezusa z Nazaretu? Gdybym zaryzykowała i podjęła taki temat, na co zwróciłabym uwagę? Na pewno na Jego wielki talent pedagogiczno-psychologiczny, umiejętność odczytywania ludzkich emocji, motywów postępowania, lęków. Koniecznie trzeba by było powiedzieć o wielkiej wrażliwości i empatii w obcowaniu z ludźmi. O łagodnej stanowczości. Konsekwencji w działaniu. Wychowywaniu poprzez świadectwo własnego życia – tak ważne dla młodych ludzi w każdej epoce. A przecież jeszcze indywidualizacja nauczania, edukacja włączająca, nauczanie w działaniu i poprzez doświadczenia zmysłowe. Metoda dialogu doprowadzona do perfekcji, umiejętność słuchania i uczenie przez storytelling – odwieczną, ulubioną metodę ludzkości na przekazywanie wiedzy o świecie. Do tego wspólne wędrowanie, ucznie w drodze, bycie w drodze, pielgrzymowanie uczącego z nauczanym. Edukacja leśna, edukacja domowa, edukacja masowa i indywidualna, koedukacja i edukacja zróżnicowana – wszystko tu jest. Idealne w swojej prostocie. Gdybym zaryzykowała i podjęła temat myśli pedagogicznej Jezusa z Nazaretu, opowiedziałabym o wspaniałym, cudownym Nauczycielu i o wychowaniu, o którym marzy każdy z nas.

Zaszufladkowano do kategorii Edukacja domowa | Dodaj komentarz

Mama w domu

Doświadczenie bycia w domu jest moim udziałem już prawie od pół roku. Długo miałam wrażenie jakiejś niestosowności takiej sytuacji. Znajomi pytali: Co u ciebie? Co porabiasz w tym roku? Gdzie pracujesz? Jeszcze do niedawna bez namysłu machałam ręką i mówiłam: Aaa, nic nie robię, jestem w domu z dziećmi. I uśmiechałam się jakoś tak przepraszająco, z poczuciem winy, szybko zmieniając temat. Gdy w odpowiedzi słyszałam niedowierzanie (Jak to? Ty? Zrezygnowałaś z pracy?), zaczynałam zastanawiać się, czy przypadkiem nie przypominam ufoludka z odległej planety.

Musiałam przewartościować swoje życie, pragnienia, cele. Właściwie wciąż to robię, bo jak zacznie się zmianę, która ma być gruntowna, to tak jakby poruszyło się wierzchołek góry lodowej. A z tej góry sypie się i sypie kawałkami lód.

Od jakiegoś czasu na zapytania znajomych lub rodziny odpowiadam, że jestem w domu, że pracuję z dziećmi. I że codziennie robię mnóstwo rzeczy. Bo tak rzeczywiście jest: edukacja domowa, gotowanie, obowiązki codzienne, do tego pisanie, czytanie i rysowanie, kursy maturalne i psychoterapia. Rezygnacja z pracy zawodowej pozwoliła mi przede wszystkim wejść w uzdrawiający proces psychoterapii, zająć się samą sobą, poczuć się wreszcie dojrzałą, mądrą i piękną kobietą – czego paradoksalnie nigdy nie dały mi sukcesy w pracy. Zrozumiałam, że tylko kobieta, która docenia samą siebie, która o siebie dba, która sama ze sobą rozmawia i która po prostu jest dla siebie dobra – może być matką dobrą, wyrozumiałą i mądrą. To nie żadne poświęcenie dla dzieci i męża kazało mi się zatrzymać, stanąć, zastanowić nad swoim życiem i dokonać takiego wyboru. Nie. Ja po prostu odkryłam wreszcie, co jest moim największym i najwspanialszym dziełem.  Jest nim Dom.

Nie tak szybko dochodziłam do poczucia dumy z bycia mamą w domu. Nawyki z przeszłości wciąż wracały: pośpiech, skrupulatne planowanie, przesadny aktywizm i efektywność jako miara własnej wartości. Ale powolutku, krok za krokiem, budowałam nową siebie w przestrzeni Domu. Wiele trzeba było zmienić. Na wiele sobie samej pozwolić: na długie poranki w łóżku, na słabość, na spontaniczność, spacery o dowolnej porze dnia, nieśpieszne zakupy, wygłupy z dziećmi. Wiele też trzeba było zaakceptować: depresję i jej skutki, płacz i strach, brak pieniędzy, osłabienie, stałą obecność dzieci, tęsknotę za mężem.

Jasne, że zdarzają się dni słabsze i gorsze, gdy zamykam się w sypialni z serialami Netlifxa i udaję, że mnie nie ma. Jasne, że choroba często daje o sobie znać, a psychoterapia wyczerpuje bardziej niż praca w kamieniołomach. Jestem jednak silniejsza każdym przeżytym dniem, a mój Dom to ciepłe, przytulne miejsce pełne książek i rozmów. Uwielbiam być mamą w domu.

Zaszufladkowano do kategorii Edukacja domowa | Dodaj komentarz

Jak drzewo

Dostosowuję się do jesieni. Upodabniam do drzewa, które zrzuca barwne, krzyczące liście i zostaje wreszcie samo – takie proste, prawdziwe, szczere, ogołocone z ozdobników i owoców swojego istnienia. Wreszcie takie, jakie jest naprawdę. Bez kamuflażu barw. I okazuje się, że w tej swojej nagości drzewo zachowuje własne piękno, inny rodzaj piękna. To taka szorstka uroda, smutek gałęzi, które nie mają już niczego do trzymania, spokój osiągniętego celu, spełnienie i cisza. To takie zapadanie się w ciszę, w brązową ziemię, która daje obietnicę powrotu do własnego jestestwa.

Moje korzenie mocno już wrosły w pulchną glebę Domu.

 

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Zmagania z macierzyństwem

Spotykam od czasu do czasu stare znajome. W pociągu, w sklepie, na spacerze. W kilkunastominutowej rozmowie próbują opowiedzieć swoje życia. Zmagania z macierzyństwem. Zawsze, ilekroć uczestniczę w tych spotkaniach, przede wszystkim słucham z uwagą. Mówię niewiele. Potem dziękuję Bogu, że jestem już na kolejnym etapie życia. Że mam już duże dzieci.

Większość moich koleżanek zakładało rodziny w czasie, w którym ja miałam już kilkuletnie brzdące, za sobą urlopy macierzyńskie, nieprzespane noce, karmienie piersią, szukanie pracy jako młoda matka… Słucham teraz moich rówieśniczek, prawie czterdziestoletnich kobiet, które – jako matki przedszkolaków – próbują na nowo układać sobie życie. Mogę tylko ze szczerym współczuciem kiwać głową i przyznać: tak, cholernie trudno jest być matką małych dzieci w naszej Polsce. 

Często trafiam w Internecie na egzaltowane wpisy o tym, jak wspaniale jest być matką, jak macierzyństwo rozwija i dodaje skrzydeł. Podejrzewam, czytając takie hasła, że napisał je ktoś, kto nigdy nie miał małych dzieci; ktoś, kto nigdy nie próbował łączyć wychowywania i opieki nad maluchami z pracą zawodową i rozwojem osobistym.

W naszym kraju jest tak, że – aby zapewnić sobie godne warunki życia (nie luksusowe, ale po prostu zwyczajnie godne) – muszą zazwyczaj pracować obydwoje rodzice. Trudne, jeśli nie niemożliwe, jest utrzymanie rodziny z jednej – powiedzmy urzędniczej – pensji. Zatem chcąc-nie chcąc młode matki zostawiają kilkumiesięczne dzieci w żłobkach, pod opieką niani lub babci i wyruszają do pracy, w której spędzają osiem godzin. Razem z dojazdem i zakupami robionymi po drodze czas ich nieobecności w domu wydłuża się do godzin dziesięciu. Tymczasem pedagogika mówi nam, że pierwsze lata życia dziecka mają niebagatelne znaczenie dla jego całego późniejszego życia i  że potrzeba matki jest tak wielka w tym okresie, że stanowi wytyczne do dalszego rozwoju emocjonalno-społecznego dziecka. (My, matki wiemy o tym instynktownie. To dlatego nasze serca rozdzierają się, gdy trzeba zostawić niemowlaka na cały dzień.)

Wysłuchuję więc moich koleżanek z trwogą i wdzięcznością, przeżywając podczas tych spotkań swoiste katharsis. Słucham o udręce nieprzespanych nocy, o chaosie organizacyjnym, absurdach edukacji przedszkolnej, wyczerpaniu fizycznym i psychicznym, tłumionej złości, lęku przed zwolnieniami lekarskimi z powodu chorego dziecka, trudnościach z opiekunkami, permanentnym zmęczeniu, braku czasu, chronicznym niepokoju i chęci udowodnienia sobie i innym, że przecież dam radę. Patrzę z litością na te dojrzałe kobiety, które zdążyły już zwiedzić prawie cały świat. Teraz zaś nocami płaczą z wyczerpania. I twierdzą, że nie są dobrymi matkami.

Utożsamiam się z nimi jako dawna ja, sprzed paru lat, targana destrukcyjnym poczuciem winy, że nie jestem szczęśliwa jako matka i żona. Z pierwszego okresu życia moich córek pamiętam właśnie strach, zmęczenie i wieczny pośpiech. Tkwiące gdzieś w tyle głowy przekonanie, że powinnam przecież wychowywać i uczyć swoje własne dzieci, a nie te cudze. Teraz z perspektywy czasu wiem, że inaczej być nie mogło, że te doświadczenia wczesnego macierzyństwa, niedosyt, tłumione podszepty intuicji i instynktu stały się fundamentem moich obecnych wyborów, edukacji domowej, rezygnacji z pracy, szukania siebie samej w chaosie wszechświata. Jednocześnie napawa mnie wielkim smutkiem fakt, że w naszym kraju nie szanuje się matek; że wartość kobiety liczy się jej pozycją zawodową lub stopniem naukowym i sukcesami zewnętrznymi. Tak, wiem, poniekąd same to sobie zrobiłyśmy, my – kobiety feministki. I nie dziwi mnie już to, że tak wiele z nas choruje na depresję.

 

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Czas

Czas zwolnił.

W uporządkowanej przestrzeni Domu odnajduję życie i siebie – zagubioną dotąd w pędzie świata. Od kilku miesięcy nie pracuję. Nie uczę się. Nie zabiegam o uznanie i pieniądze. Nie przesadzam z samodyscypliną. Nie wymagam od siebie zbyt wiele. Po prostu jestem dla siebie dobra.

Nigdy do tej pory nie miałam tyle czasu.

Zawsze w biegu, w napięciu, w stresie kolejnych zadań, wyzwań, aspiracji, zdobywania sukcesów. Zawsze nerwowa i potwornie, kolosalnie zmęczona. Udręczenie życiem, ból fizyczny i psychiczny, emocje i potrzeby spychane na dno samej siebie – aż do zniewolenia pracą, działaniem, pędem.

Wreszcie doceniam czas.

W zwyczajnej codzienności odnajduję ukryte, zapomniane sensy. Zmywanie naczyń przeradza się w medytację. Składanie prania w dziękczynienie. Przedpołudnie z dziećmi w modlitwę radości. Samotne chwile w ciszy w rozmowę z sobą samą. Wypełnia mnie spokój.

Czas działa na moją korzyść.

Czuję, jak mnie uzdrawia. Spowolnienie pozwala wreszcie ucieszyć się codziennością, przeżywać i smakować banalne tu i teraz, poznawać siebie. Zaczynam nawet podejrzewać, że do szczęścia wcale nie trzeba wiele. Wystarczy trochę czasu, ciepły koc, gorąca herbata z pomarańczą i sms od męża.

Takie zwyczajne słowa. O miłości.

 

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Szpilki

Kupiłam sobie szpilki. Piękne. Czarne. Z wysokim obcasem. Pierwsze w  życiu, mimo że za chwilę przekroczę czwartą dekadę życia.

To zdumiewające. Potrzebowałam kilku miesięcy terapii, żeby pozwolić sobie na szaleństwo kupienia szpilek. Trudność życia z syndromem DDA polega na tym, że człowiek wciąż wewnętrznie się kuli, chowa w sobie, udaje, że go nie ma, że nie ma jego uczuć, emocji, lęków i potrzeb. Można tak długo trwać, jakby się było za szklaną taflą lub pod peleryną-niewidką. Można tak długo żyć w przekonaniu, że tylko sukces przyniesie ulgę, satysfakcję, to nieosiągalne poczucie własnej wartości. Kolekcjonuje się więc kolejne sukcesy i porażki, szuka wciąż nowych wyzwań i zadań. Człowiek spala się w biegu napędzanym własną rozpaczą i strachem. Zawsze z nieodłącznym cieniem niekompetencji i poczucia niższości niczym Upiór z Mickiewiczowskich „Dziadów”.

Życie moje całe wydaje mi się być jak dramat romantyczny. Pełne chaosu, niewypowiedzianych gwałtownych uczuć szalejących w duszy niczym tsunami, pustoszących wewnętrzny świat. Pamięć moja to skrawki, urywki tego, o czym nie chce się pamiętać, demony strachu trzymane na niepewnej uwięzi. W dziurach pamięci szukam pomału prawdy o sobie samej. Przywołuję duchy. Karmię je. Co dzień zmagam się z Bogiem. Moja Wielka Improwizacja wciąż trwa.

Ale to nic. Po kilku miesiącach terapii DDA budzi się powoli nadzieja. Na to, że kiedyś wreszcie poznam siebie, tak do końca. Zaczynam od małych rzeczy o wielkim znaczeniu. Na początek szpilki. Piękne. Czarne. Z wysokim obcasem.

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Homeschooling i socjalizacja

Mówiąc o edukacji domowej, często spotykam się z pytaniem o rozwój społeczny dzieci; z zarzutem „trzymania pod kloszem” i braku kontaktów z rówieśnikami. Problem socjalizacji w edukacji domowej nabrał już charakteru hasła sztandarowego, podnoszonego zawsze  jako argument przeciwko homeschoolingowi. Tymczasem zarówno wiedza pedagogiczna jak i doświadczenie nauczycielskie (w szkole i domu) doprowadziły mnie do innych zgoła wniosków.

Nikt nie zaprzeczy, że rodzina jest najdawniejszą, pierwszą i najważniejszą w społeczeństwie instytucją wychowawczą. Rodzina jako instytucja funkcjonuje od początków istnienia człowieka, a wychowanie w rodzinie, w domu jest pierwotną formą interakcji społecznych w stosunku do instytucji szkoły. Często zapominamy, że szkoły – takie, jakie znamy dzisiaj – to wytwór XX wieku. Z koedukacją, masowością nauczania, ideologizacją i instrumentalizacją programów wiedzy, programowaniem zachowań, programami ukrytymi, formalizacją procesu nauczania, dążeniem do uśredniania efektów kształcenia, kontrolą zewnętrznych organów nadzoru, rozbudowanym systemem organizacji pracy. Oczywiście, że pierwsze szkoły powstawały już w epoce starożytnej, potem monopol na szkolnictwo na długi czas przejęło chrześcijaństwo. Warto jednak pamiętać, że szkoły antyczne miały charakter wspólnot edukacyjnych o wartościach filozoficznych, w których autorytet mistrza nie miał sobie równych, a ideał kalokagatii wyznaczał treści i rytm oddziaływań edukacyjnych. Zawsze bawi mnie fakt, że w antycznej Grecji pedagogiem nazywano niewolnika, którego zadaniem było prowadzenie dziecka właściwą drogą na miejsce spotkania z mistrzem – do szkoły. Stąd właśnie, od stosunku niewolnictwa, wywodzi się zawód pedagoga i jego misja wychowywania dziecka.

Aż do XX wieku, który miał być „stuleciem dziecka”, edukacja szkolna ustępowała kształceniu domowemu. Edukacja szkolna była przeznaczona dla mas. Dobre, wszechstronne wykształcenie zdobywało się w domu. Współczesny charakter szkolnictwa został ukształtowany pod wpływem społeczeństwa przemysłowego i jego potrzeb w stosunku do obywateli. To dlatego szkoła w swojej organizacji przypomina fabrykę: miarowy rytm pracy, piecza sprawowana przez nadzorcę oddziału (nauczyciela), standaryzacja produktu, jakim są osiągnięcia edukacyjne uczniów, itp. Gdy analizuję te zagadnienia, dostrzegam paradoks edukacji domowej, która – przez stulecia będąc naturalną, najważniejszą formą nauczania dzieci – w XXI wieku została zepchnięta do grona alternatywnych sposobów kształcenia.

Jeśli weźmiemy pod uwagę, że system szkolny zawsze tworzony jest w odpowiedzi na bieżące zapotrzebowanie społeczeństwa, to należy postawić pytanie o miejsce i znaczenie socjalizacji w tym systemie. Bo czym właściwie jest socjalizacja? Najprościej mówiąc, jest to proces konstruowania przez dziecko własnej osobowości, umożliwiającej aktywne uczestnictwo w życiu społecznym i kulturowym. Wbrew obiegowym opiniom, socjalizacją nie można nazwać walki o przetrwanie, jaką nierzadko staje się szkolna edukacja dzieci. Socjalizacją nie można także nazwać konieczności przedwczesnego spotkania się z przemocą, wulgarnością, treściami erotycznymi, co niewątpliwie jest na porządku dziennym w szkołach masowych. Wreszcie, socjalizacja nie polega na przebywaniu dziecka prawie cały dzień w tłumie nieznanych sobie osób, w hałasie i wątpliwych warunkach higieniczno-sanitarnych. Jeśli w takich warunkach chcemy socjalizować dzieci, czyli wprowadzać je w świat relacji społecznych i kulturę, to co się z nami stało? Gdzie podział się nasz rozsądek i troska o harmonijny rozwój naszych pociech?

Edukacja domowa, częściowo wyłączając dziecko z systemu szkolnego (tak, tylko częściowo!), stwarza miejsce na prawidłowy proces socjalizacji. Zminimalizowanie poziomu stresu edukacyjnego chroni dziecko przed takimi wypaczeniami socjalizacji jak fobie, nerwice szkolne czy depresje dziecięce. Bieżący i aktywny udział rodziców oraz rodzeństwa (a często także dalszych krewnych) w procesie nauczania to nic innego jak szereg różnorodnych interakcji społecznych oraz możliwość stworzenia pogłębionej relacji edukacyjnej opartej na autorytecie. Wspólnie przeżywana codzienność jest źródłem wielorakich działań wychowawczych wobec dzieci, które na dodatek mogą mieć aktywny udział w rozwiązywaniu konfliktów i problemów. W nauczaniu domowym wiedzę zdobywa się głównie za pomocą metody projektów, czy to samodzielnych czy wykonywanych razem z rodzeństwem – zasad pracy samodzielnej i grupowej, organizowania sobie nauki, kreatywności, szukania rozwiązań i pogłębiania wiedzy dziecko uczy się ot tak, po prostu, naturalnie i bezboleśnie. Ponieważ nie spędza szeregu godzin w szkole, uczy się szybciej – nie ma tylu bodźców rozpraszających ani prac domowych zajmujących całe wieczory. Dzięki temu młody człowiek zyskuje czas – towar bezcenny w naszym szalonym świecie – a ten czas wykorzystuje po pierwsze na realizowanie obowiązków domowych, czyli po prostu udział w prowadzeniu domu, w czynnościach gospodarczych, kulinarnych i owszem – budżetowych; po drugie na rozwijanie swoich pasji i zainteresowań, czytanie, sport; po trzecie wreszcie – na kontakty ze znajomymi i przyjaciółmi. Tak, dzieci z edukacji domowej mają znajomych! Paradoksalnie, nie chodząc do szkoły, mają więcej przyjaciół, bo angażują się aktywnie w życie lokalnej społeczności: grupy parafialne, harcerstwo, kluby sportowe i grupy artystyczne, życie podwórkowe. Dla prawidłowej socjalizacji to naprawdę wystarczy, jeśli uprzytomnimy sobie, że we współczesnej szkole rozwój społeczny dzieci i młodzieży odbywa się już głównie w świecie wirtualnym.

Nie można zapominać, że socjalizacja to w dużej mierze także wprowadzanie w świat kultury i świat wartości duchowych, wartości wyższych. Nikt nie przekona mnie, że szkolne wycieczki do parku trampolin i obiad w barze serwującym fast-foody pomoże dzieciom wniknąć w kulturę wysoką. Zatrważająco niski poziom tego, co szkoły oferują dzieciom w ramach wycieczek, każe bić na alarm. Dziecko nie pozna kultury, jeśli tej kultury nie doświadczy w muzeach, teatrach, spotkaniach z ciekawymi i mądrymi ludźmi, spacerach edukacyjnych.

Homeschooling nie ma z tym problemu, naprawdę.

 

Zaszufladkowano do kategorii Edukacja domowa | Dodaj komentarz

Mankamenty

Przez wiele lat próbowałam połączyć aktywność zawodową z życiem rodzinnym, opieką nad dziećmi i domem, a wreszcie z homeschoolingiem. Skutkiem moich prób był stan nieustannego napięcia i poczucia porażki. Nie można jednocześnie dawać z siebie sto procent w pracy i w domu. Przynajmniej nie przez długi czas.  To właśnie stanowi największy mankament edukacji domowej – aby ją uprawiać, trzeba robić to na całego. Połowiczne środki dadzą połowiczne efekty, a nawet przyniosą szkody. Nauka i wychowanie własnych dzieci wymagają pełnego zaangażowania i dostępności, a także dbałości o siebie samą. Na pracę zawodową nie pozostaje wiele miejsca. Parodoksalnie jest to sytuacja, która zmusza do przewartościowania dotychczasowego sposobu życia. Trzeba ustalić priorytety i dokonać wyboru.

Jakie są wady takiego sposobu życia? Na pewno duże ryzyko roztrwonienia potencjału wolności. Samodyscyplina to podstawa nauki w domu. Rodzice mają obowiązek zadbać o proces nauczania. Trzeba więc zaplanować naukę, aktywności, samemu poznać materiał i programy nauczania, podręczniki (jeśli mamy zamiar z nich korzystać), przygotować pomoce, zebrać pomysły na projekty i wycieczki, zorganizować miejsce do nauki i – co najważniejsze – motywować dzieci, kierować ich nauką, czuwać nad postępami, dostrzegać trudności.

Kolejnym trudnym zadaniem w edukacji domowej jest praca terapeutyczna, którą trzeba wykonywać w obliczu problemów emocjonalnych, wychowawczych czy dydaktycznych. Żyjemy w czasach, w których prawie każde dziecko cierpi na jakąś „dys”: dysortografię, dysleksję, dysharmonię rozwojową, etc. Potrzeba wiedzy, by umieć to rozpoznać i pomóc dziecku tak, jak tego potrzebuje. Homeschooling więc to także nauka dla rodziców, którzy muszą ciągle uczyć się, dowiadywać nowych rzeczy, aby móc towarzyszyć swoim dzieciom w procesie edukacji.

Zarówno konieczność rezygnacji z pracy zarobkowej, niebezpieczeństwo rozleniwienia, jak i braki w wiedzy pedagogicznej rodziców to sprawy, z którymi – przy dobrych intencjach i pomysłowości – można sobie poradzić. Niemniej jednak warto przemyśleć te kwestie zanim podejmie się decyzję o edukacji domowej.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Edukacja domowa | Dodaj komentarz