Poetycko

Ziemia jałowa

więc runąłeś Faetonie
w przestrzeń za słupami Herkulesa
bardziej bolał upadek niż w dłoniach gorące lejce

lituję się nad dolą ikarów
nad ich sterczącymi nogami
ale nie pomagam

wcześnie zrozumiałam:
za każdym zakrętem jest morze

i stałam się dla siebie ziemią jałową

Opublikowano Wiersze | Skomentuj

Neurastenia

Zespół przewlekłego zmęczenia, inaczej neurastenia, to rodzaj psychicznego schorzenia, nerwicy. Pozornie choroba banalna, zwyczajna. Człowiek, przez wiele lat żyjący w wysokim poziomie stresu, w maksymalnym napięciu, powoli i konsekwentnie niszczy swój układ nerwowy. Pojawiają się objawy somatyczne: potworne migreny, zawroty głowy, ból karku i ramion, kręgosłupa, zniechęcenie i wreszcie – uczucie zmęczenia, które zostaje na stałe. Odpoczynek pomaga tylko na krótką chwilę. Zasłona zmęczenia i bólu przesłania umysł. Wszystko boli. Całe ciało boli. Od głowy do palców stóp. Człowiek zaczyna płakać z bezsilności. Najprostsze zadania okazują się nie do udźwignięcia. Codzienne obowiązki – nie do wykonania. Można tylko leżeć z przymkniętymi oczami, bo sen nie przychodzi. Zmęczenie ciała i umysłu jest tak wielkie, że nie ma sposobu, by odpocząć. Z pozoru to choroba banalna. W rzeczywistości codzienny koszmar. Chaos. Człowiek traci wiarę w samego siebie. Przestaje ufać swojemu umysłowi. Przestaje żyć. Unosi się tylko na falach niewyobrażalnego zmęczenia. Ogranicza czynności życiowe. Nie może pracować. Staje się nieefektywny.

Neurastenii nie da się samemu pokonać. Łatwo pomylić ją z depresją. Najpierw szuka się przyczyn somatycznych – człowiek odwiedza lekarzy, specjalistów, wykonuje szereg badań. Potem myśli, że to chwilowe przemęczenie i warto byłoby dać sobie kilka tygodni spokoju. Bierze urlop. Zmęczenie nie mija. O konsultacji psychiatrycznej rzadko kto myśli. To wciąż społeczna strefa tabu.

A tymczasem nieleczona neurastenia prowadzi do śmierci.

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Tworzę siebie

Powoli, bardzo powoli tworzę siebie.

Rozpadłam się na miliony małych kawałeczków jak lustro, jak tafla szkła. Nie stało się to nagle. Przez ostatnie cztery lata, od śmierci Adasia, traciłam siebie po kawałku. Gubiłam pewność siebie, wiarę, optymizm, radość życia, motywację. Nie chciałam się do tego przyznać sama przed sobą. Udawałam, że jestem silna. Zatracałam się w pracy. Moja naiwna wiara w etos pracy i poświęcenia dla wyższych celów z równoczesną pogardą dla dóbr ziemskich, a przede wszystkim dla odpowiedniego wynagrodzenia – doprowadziła mnie do wielkiej frustracji. I wycieńczenia. Zachorowałam na zmęczenie.

Uczucie przemęczenia stało się chroniczne. Nie opuszczało mnie nawet po bezczynnym dniu. Zaczęłam często płakać. Patrzyłam na siebie w lustrze i widziałam osobę przegraną, która niczego nie osiągnęła. Bolało całe ciało, mięśnie, stawy, kości, serce. Aż w końcu któregoś zimowego dnia pomyśłam, że nie mam po co wstać z łóżka. I wtedy naprawdę się przeraziłam.

Od tamtego dnia minęły prawie trzy miesiące. Wnikam w siebie. Mozolnie uczę się optymizmu. Pracuję nad motywacją. Staram się często uśmiechać. Praktykuję hygge. Fascynuję się slow life. Jeszcze nie wiem, kim jest nowa wersja mnie samej. Wiem natomiast, kim już nie jest. Odszukuję te kawałki, które chciałabym zachować: pedagogiczną intuicję, cierpliwość, kreatywność, nadzieję, hojność. Dokładam do tego nowe elementy, które – wierzę – że mogą mnie ochronić: egoistyczne potrzeby dbania o siebie, dystans wobec problemów innych, gruboskórność, przekonanie o własnej wartości, wiedzę psychologiczną, niezależność finansową i emocjonalną. Wciąż szukam Boga.

Nie wiem jeszcze, kim teraz będę i w którą udam się stronę. Póki co jestem wdzięczna za ten rok. Mimo wszystko to dobry rok. Odpoczywam. Już teraz wiem, że tego najbardziej mi potrzeba.

Opublikowano Drobiazgi | 1 komentarz

Urodziny

Tylko wskazówki zegara.Przesuwają się tuż nad moją głową. Zimno. Ubrana w gruby, czarny sweter, otulona puszystym szalikiem, przy stole w jadalni słucham swoich myśli. Czytam siebie.

Szukam sposobu, drogi, by wypowiedzieć wszystko, co nieuchwytne. Muzyką płaczę. Wierszem krzyczę. Milczeniem się modlę. Pokój wewnętrzny przychodzi rzadko i późno, zazwyczaj wtedy, gdy trzeba iść.

Opublikowano Drobiazgi | 1 komentarz

Najlepszy dom

Nasz dom jest najlepszy – powiedziała wieczorem Gabrysia, lepiąc ośmiornicę z fioletowej plasteliny.

Zalała mnie fala wzruszenia. Stół zawalony był wszelkiego rodzaju materiałami plastycznymi od kolorowych papierów począwszy, na słoiczkach skończywszy. Podłoga nie wyglądała lepiej. W salonie leżały jeszcze gałganki i nici po pierwszej dzisiejszej pracy ręcznej. W kuchni piętrzyły się nieumyte talerze. Na wszystkich dostępnych kaloryferach suszyły się części garderoby kompletnie zmoczone podczas podwórkowej bitwy na śnieżki (którą zresztą sromotnie przegrałam pokonana przez córki). Ten „najlepszy dom” wyglądął jak po przejściu tsunami.

A w samym centrum domu, przy stole w jadalni, dwie małe dziewczynki pełne nabożnego skupienia przy wykonywaniu upominków dla dziadków, z zaróżowionymi jeszcze policzkami, wypowiadały te najprostsze, najpiękniejsze, najwspanialsze słowa uwielbienia dla rodzinnego gniazda.

Jak inaczej opisać szczęście, jeśli nie takimi właśnie sytuacjami? Z pozoru banalnymi. Prozaicznymi. Które tak łatwo gubią się w bezmiarze codziennych zmagań z rzeczywistością. Wciąż na nowo, każdego dnia, muszę sama siebie przestrzegać przed pośpiechem, przed tym potwornym dążeniem do zrobienia wszystkiego, przed absurdalną chęcią sprostania piętrzącym się obowiązkom, przed dziką koniecznością udowadniania wszystkim swojej wartości. Dużo dni potrzeba, by się uwolnić. Dużo dni potrzeba, by dostrzec wreszcie szczęście. By je usłyszeć w słowach dzieci. Jeszcze więcej – by szczęście to pochwycić, kontemplować i modlić się nim jak najpiękniejszą modlitwą.

 

 

 

Opublikowano Drobiazgi | Możliwość komentowania Najlepszy dom została wyłączona

Impresja

Popołudnie. Za oknem śnieżna zima. W kominku ogień. Cisza.

Ograniczam czynności życiowe do koniecznego minium. Dużo leżę. Zastygam często w bezruchu. Leniwie odpędzam myśli. Nie układam żadnych projektów. Nie planuję przyszłości. Nie zauważam szeregu potrzeb. Spowalniam ruchy. Zamykam oczy. Trwam.

Pozwalam sobie na bezradność.

Opublikowano Drobiazgi | Możliwość komentowania Impresja została wyłączona

Chciałam

Chciałam napisać o zmęczeniu, które odbiera chęć do życia. Chciałam napisać o bolesnych wspomnieniach, co schowane zamieniają się w niepokój ciała i duszy. Chciałam zapłakać nad nędzą, nad brakiem wyobraźni, nad powtarzanymi wciąż słabościami. Chciałam zlitować się wreszcie nad biednym swym umysłem i życiem, które wciąż wymyka się z rąk.

Jest już późno. Oczy łzawią. Okna w sypialni zasypane śniegiem. W tle spokojne oddechy dzieci. Porządkuję myśli. Na początek myśli. Później przyjdzie czas na resztę.

 

Opublikowano Drobiazgi | Możliwość komentowania Chciałam została wyłączona

Najtrudniejszy czas

Od wielu już lat listopad jest dla mnie najtrudniejszym czasem w roku. To miesiąc katastrof, awarii, kataklizmów osobistych, chorób i nastrojów schyłkowych. Śmierć Adasia trzy lata temu w lecie dodała do tej listy bezradność wobec bólu i przemijania, a także nie dające się wyleczyć poczucie winy wobec dziecka, które nie zdążyło nawet otworzyć oczu. Pierwszolistopadowe  zwyczaje rozpoczynają miesiąc dramatycznych przeżyć, nie wesołych myśli. Postrzeganie wywraca się jakoś do góry nogami: świat wydaje się przerażająco ciemny, ludzie bezlitośnie głupi, codzienność nie do udźwignięcia. Rozpaczliwie próbuję ocalić okruszyny wiary i pogody ducha, ale okazuje się to heroiczną próbą, do której jakoś braknie sił i zdrowia. Kiedyś ratunkiem była perspektywa grudniowej radości Bożego Narodzenia. Teraz – mnogość obowiązków i konfliktów stanowi raczej kolejne powody do rozpaczy. Do tego wszechobecne, narastające poczucie Konieczności, która zniewala.

I od dawna jest jakoś tak, że w tym naszym życiu brakuje czasu na Życie.

Opublikowano Drobiazgi | Możliwość komentowania Najtrudniejszy czas została wyłączona

Lektury

Plan powrotu do starych mistrzów okazał się nad wyraz ambitny. Codzienność stanęła mu na przeszkodzie. Konieczność wypełniania powszednich obowiązków (dzieci, dom, gotowanie, sprzątanie, pranie, zakupy, sprawdzanie wypracowań licealistów, planowanie pracy, etc.) nie sprzyja systematycznej lekturze prozy lekkiej i przyjemnej, a cóż dopiero dzieł uważanych za wielkie, nabrzmiałych znaczeniami. Stanowi to dla mnie ważny, bodaj czy nie najważniejszy powód niezadowolenia i chandry: że zwyczajne, głupie zmęczenie odbiera siły i chęć obcowania z dawnymi mistrzami. Frustrujące poczucie braku czasu, z konieczności poświęcanego na tysiące drobnych, codziennych czynności, odbiera motywację do wysiłku intelektualnego. Brak możliwości prowadzenia pracy umysłowej, własnych badań, zgłębiania sensów, szukania materiałów powoduje sytuację konfliktu wewnętrznego, swoistego rozdarcia między Koniecznością a Potrzebą, Obowiązkiem a Przyjemnością, Altruzimem a Egocentryzmem. Odnalezienie równowagi w tym dyskursie staje się nie lada wyzwaniem, zadaniem życia. Zawodzą wszelkie próby wyznaczania sobie czasu na pracę – mnóstwo nieprzewidzianych sytuacji, problemów rodzinnych, osobistych, poleceń służbowych i spraw zawodowych nie pozwalają na systematyczność w dziedzinie pracy własnej. A najważniejszą przeszkodą okazuje się rodzina, która przecież zawsze posiada pierwszeństwo. Rola matki i żony nie pozostawia złudzeń: rozwój osobisty, intelektualny schodzi na dalszy plan. Wciąż, nawet po tylu już latach, trudno mi się z tym pogodzić. Mimo że nie zamieniłabym swojego losu na żaden inny, a miłość do męża i dzieci wypełnia moje dni  i uzasadnia podejmowany trud codziennych obowiązków, świadomość utraconych szans, nienapisanych artykułów i prac, nieosiągniętych sukcesów, pogrzebanych perspektyw trochę kłuje gdzieś w duchu i umyśle. Stąd, z powodu tego kłucia, powraca ambicja podejmowania wysiłku własnego doskonalenia się. A najlepszym tego sposobem jest czytanie Mistrzów. Powoli. Bardzo powoli.

A więc, co się udało przez tych kilka tygodni? Przede wszystkim doskonały Bułhakow. Z prozy rosyjskiej jeszcze Lermontow i Gogol. Z klasyków antycznych tylko Sofokles i Horacy. Dalej Mickiewicz „Sonety krymskie”, „Liryki lozańskie” i „Pan Tadeusz”. Następnie Kuncewiczowa, Nałkowska, Iwaszkiewicz, Żeromski. Trochę Przybosia, Leśmiana i Gałczyńskiego. Futuryści polscy. Kafka. Conrad. Plejada mocno nieuporządkowana. Lektury wyznaczane aktualnymi potrzebami nauczycielki języka polskiego. Mimo wszystko są to dobre lektury. Może nie do końca takie, których bym pragnęła, ale przecież dobre, mądre i wielkie.

Aha, i jeszcze zawsze świetne „Dzieci z Bullerbyn”.

 

Opublikowano Mistrzowie | Możliwość komentowania Lektury została wyłączona

Gogol

Co można powiedzieć o Gogolu? Że dziwna bardzo historia urzędnika, który kupuje martwe dusze. Że jeszcze dziwniejsze opowiadania – króciutkie historyjki, obrazki, w których fantastyczne zjawiska zdają się być niepostrzeżone do tego stopnia, iż wydają się naturalną częścią realnego świata. Przerażające środowisko urzędników rosyjskich, zepsutych, niemoralnych, nieludzkich postaci, które niszczą wszystkie przejawy niewinności i inteligencji, jakie tylko zdołają wykiełkować obok nich. Powieść niedokończona, rozszarpana zdawałoby się przez samego autora, w której – o dziwo! – przecież tak jak w życiu: nie do końca wiadomo, o co chodzi, jaki jest zamysł naszych ludzkich poczynań, kto jest kim, gdzie jest prawda i po czyjej stronie racja? Człowiek to ktoś, kto boi się sam siebie. Swojej inteligencji. Swoich pomysłów. Swoich planów. Nie ufa sobie, a więc nigdy nie może wygrać. Zawsze będzie przegranym.

Opublikowano Mistrzowie | Możliwość komentowania Gogol została wyłączona