Zatrzymałam się kilka dni temu

Tak dawno już nie pisałam o sobie, że nie wiem, jak zacząć. Patrzę w biały ekran, a słowa, myśli, emocje piętrzą się jak chaotyczna, dziwna budowla. Kasuję zdanie po zdaniu i próbuję od nowa nazywać to, co we mnie. Jakże mozolne jest tworzenie znaczeń. Jakże trudne docieranie do sensu. Mrówcza to praca, powolna, pełna zatrzymań, wahań, pytań. Znów, kolejny raz wpadłam w błędne koło pracy i obowiązków, myślenia o innych, ratowania świata, udowadniania sobie i wszystkim, że daję radę. Znowu w pędzie i wirze codziennych zadań zatraciłam siebie. Znam przecież ten mechanizm. Jego największą wadą jest to, że dostrzega się go dopiero po pewnym czasie od zatrzymania, z dystansu.

A więc zatrzymałam się kilka dni temu i to wcale nieświadomie, o nie. Gdyby nie choroba, która mnie powaliła nagle i niespodzianie, wciąż pewnie biegłabym dalej, z odkurzaczem w ręku i głową pełną zadań do odhaczenia. Zaczynam podejrzewać, że taki właśnie jest los współczesnej kobiety – wciąż szybciej, więcej, mocniej, byle do celu. Ostatnie miesiące sprawiły, że przestałam pisać. Przestałam czytać. Przestałam myśleć o sobie. Czas dzieliłam między dzieci i pracę. I tyle. Na więcej nie było już ani siły ani chęci. Czytanie, pisanie, śpiewanie, spacery, nawet malowanie paznokci – wszystko to stało się zbyt trudne, zbyt męczące, zbyt czasochłonne. Zmęczenie i uporczywy, przewlekły ból spowodowany chorobą autoimmunologiczną skutecznie zniechęcały do życia. Sen, zawsze za krótki, nie przynosił ukojenia. Rozbudzał tylko lęki chowane za dnia w zakamarkach umysłu. I mimo że przecież wiem, jak ważne jest moje zdrowie, moje szczęście, mój spokój – to jednak wciąż inne sprawy wysuwały się na plan pierwszy. A postanowienia poprawy i zmiany pryskały jak bańki mydlane,  zanim jeszcze na dobre wykluły się w mojej udręczonej głowie.

Nie wiem, co to było: ostre zapalenie gardła, grypa czy może zwykłe przeziębienie? Kluczowe jest to, że doświadczyłam poczucia obezwładnienia, niemożności działania mimo silnego imperatywu wewnętrznego. Mogłam tylko spać lub leżeć nieco otumaniona lekami. I modlić się. Wreszcie zwyczajnie się modlić. Bez pompy i parady, bez śpiewów, terminów, rytuałów. Czas choroby stał się czasem powrotu do wewnętrznej harmonii. I mimo że wciąż trochę kaszlę, to pełna jestem wdzięczności, bo wreszcie, po wielu miesiącach udało mi się odpocząć i zwolnić.

Nic nadzwyczajnego, a mimo to wszystko wokół nabrało nowego znaczenia.

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Nietoperze i pies

Jest tak dobrze. Tak doskonale. Gdy głaszczę psa leżącego tuż obok mnie na tarasie. Jego sierść jest cudowna w dotyku, gładka, delikatna, puszysta. Opuszkami palców czuję tę miękkość. Widzę ją pod zamkniętymi oczami. Jest noc.

Na stole cicho płonące świeczki. Na wyciągnięcie ręki, na odległość uśmiechu – mój mąż, kochany i wyjątkowy. Jego obecność jest jak ciepła kołdra, gdy doskwiera chłód. Pijemy wino w pięknych, błękitnych kieliszkach. Gdzieś w domu krząta się Łucja. Nad nami latają nietoperze.

Wcześniej, przed zapadnięciem zmroku, fruwały jaskółki. W drzewach dookoła rozbrzmiewał śpiew ptaków. Komary dźwięczały, szukając świeżej krwi. Broniliśmy się przed nimi sprayem o nieciekawym zapachu.

Nietoperze latają bardzo szybko i nisko, polując na komary. Gdy zapada noc, nastaje milczenie. Ptaki cichną. Komary zasypiają. Budzą się gwiazdy. Nietoperze bezszelestnie przecinają przestrzeń. Nie mogę nadążyć za nimi wzrokiem.

Jest w tej chwili pełnia. Harmonia absolutnego spokoju. Mój umysł nie pragnie niczego i do niczego nie dąży. Lęk jest tylko nieuchwytnym wspomnieniem. Wypełnia mnie czułość dla siebie, innych, całego świata.

Pies śpi wtulony w moje dłonie.

 

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Jeden komentarz

Lis

Widziałam lisa. Szedł nieśpiesznie skrajem lasu w sylwestrową noc. Jego oczy rozświetliły się blaskiem samochodowych reflektorów. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie. Przez ułamek sekundy. Jego ciało wydawało się idealnie dopasowane do otoczenia, do szarości mokrej ulicy i ciemności lasu. Oddzielało nas wszystko: szyba, krople deszczu, ludzka świadomość, prędkość jadącego auta. Mimo to widok tego liska, dumnie kroczącego na granicy światów, nabrał dla mnie znaczenia symbolu.

Cieszę się z upływającego czasu. Jak dobrze, że przychodzą końce lat, że można z ulgą powiedzieć: to już minęło; że zbliżamy się do jakiegoś większego kresu, za którym będzie Coś lub Ktoś, zupełnie nie do wyobrażenia i dlatego fascynujące. Nie robię podsumowań ani planów. Nie stawiam sobie celów. Już nie. Przyjmuję to, co było. Czekam na to, co będzie. Tak po prostu, zwyczjanie i lekko.

Zaczynam nowy rok z obrazem lisa, który spokojnie, bez lęku, z błyszczącymi oczami patrzy na mijające go szyby aut. I nieśpiesznym krokiem podąża sobie naprzód.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Dobry dzień

To był taki dobry, spokojny dzień. Bez lęku. Bez pośpiechu. Bez rozpaczliwych prób sprostania rzeczywistości. Może dlatego, że nie założyłam rano zegarka na rękę i potem, chcąc  sprawdzić godzinę, za każdym razem patrzyłam na delikatny fiolet żył? Widziałam w nim drobne elementy mojego życia, a cienie padające akurat na jasną skórę sprawiały, że nie mogłam oderwać wzroku od linii zmarszczek na przegubie i dłoniach.

A może dlatego, że słuchając wykładu o depresji wśród dzieci i młodzieży, uświadomiłam sobie, jak dobre jest wszystko, co mam i wszystko, co robię, i że życzliwość na co dzień jest światłem, tak potrzebnym zwłaszcza w listopadowe, ponure, trudne dni. I jeszcze pomyślałam, że trzeba żyć powoli, z uśmiechem, pytając siebie i innych, czego akurat nam teraz potrzeba, żeby się nie bać?

Może podarowano mi ten dzień, bo od jakiegoś czasu czuję, że spadam? Przeliczam minuty na efekty, kroki na kalorie, pracę na złotówki, ale nie wiem, na co przeliczyć łzy, które ukrywam codziennie przed innymi. Bo gdy już ciało, całe ciało tak strasznie boli i nie można znieść więcej, to zostaje cicha samotność. Zostaje poduszka mokra od łez.

Dni takie jak dzisiejszy, dobre dni są malutkie i bezbronne. Można je zamknąć w dłoni jak pisklę i poczuć ciepło. Ciepło, które wnika powoli, powolutku w delikatny fiolet żył.

Zaszufladkowano do kategorii Depresja | Dodaj komentarz

Ksenos

Słowa wydarte ze strumienia czasu. W pociągu, tramwaju, na przystanku. W obliczu niedoczasu, wielkiego braku, wyrywam słowa z ich naturalnego świata, ze stronic pachnących czymś prawdziwym, dalekim i moim. W obrazach mijających za oknem jest nieokreśloność, która rodzi lęk – strach dziki i pierwotny przed tym, co nieznane, co obce. Ksenos.

Jestem obca sobie bez słów.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Dziwna podróż

Kiedyś, gdy umarł mój synek, odbyłam dziwną podróż. Jechaliśmy krętymi drogami wznoszącymi  się i opadającymi po zboczach gór. Mijaliśmy rozległe doliny pełne mgieł. Pamiętam widok wielkich głazów, domów z kamieni, zielonych przestrzeni ciagnących się po horyzont. Byłam wtedy gdzieś pomiędzy światami. Schowana w głębi niewyobrażalnego bólu i niespełnienia patrzyłam na świat przez okno samochodu. Wszystko, ja, krajobrazy, mój mąż, dzień, noc było obok. Za taflą szkła.

Czasami, gdy pragnę uciec, wspominam tamtą podróż. Doprowadziła mnie na brzeg oceanu. Był majestatyczny, ogromny, ciężki jak moje myśli. Patrzyliśmy na siebie bardzo długo. Wiał wiatr. Fale ryczały niczym dzikie zwierzęta. Krople wody spływały po mojej twarzy. Smakowały zupełnie jak łzy.

Nieco dalej, po drugiej stronie drogi, na wysokim urwisku stał mały czerwony dom z białymi oknami. Wokół niego nie było nic. Przed nim tylko ocean. Zawsze, ilekroć ogarnia mnie syndrom ucieczki, mam przed oczami właśnie to miejsce. Kres mojej onirycznej podróży i Początek powrotu. Do siebie.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Nie jest łatwo

Nie jest łatwo. Mimo że wakacje. Nie mogę przełączyć się na tryb slow life. W głowie mam długie listy zadań do zrobienia i lęk, że nie zdążę, że czasu jednak zbyt mało. Rozglądam się wokoło i widzę tylko potrzeby i konieczności. Dociera do mnie świadomość, że w domu nie można odpocząć. Bo Dom, żywa istota, wciąż pragnie. Odnowienia, zalepienia starych dziur, wkręcenia śrubek, wyprania dywanów, umycia okien, naprawy tego, co do naprawienia.

I Ja w tym Domu, która też pragnę. Właściwie to tego samego: odnowienia i naprawy tego, co do naprawienia. Ciszy. Pewności, że wszystko się dobrze układa. I Czasu. A tego – jak na złość – wciąż brakuje.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Kuracja dla faraona z parabolą w tle

W dwudziestym trzecim rozdziale „Faraona”, fascynującej powieści Bolesława Prusa o mechanizmach władzy i upadku państwa, znajduje się piękna w swojej prostocie scena teologiczna, którą porównać można do biblijnych przypowieści. Cóż się dzieje? Stary faraon, Ramzes XII, jest chory. Powiada, że nadszedł dla niego czas, aby opuścić ziemski padół i wrócić do ojca, boga Amona-Re. Kapłani jednak błagają władcę, by poddał się leczeniu, na co faraon łaskawie się godzi. Rozpoczyna się kuracja, dla nas – w XXI wieku – co najmniej dziwaczna, wywołująca niesmak i skrzywienie ust. Na początku jednak nie jest jeszcze aż tak paskudnie: Ramzes XII zostaje wyniesiony do ogrodu z drzewami iglastymi, w którym służący karmią go obficie „siekanym mięsem, rosołem, mlekiem i starym winem”. Gdy te zabiegi nie przynoszą pożądanych skutków, kapłani podają władcy świeżą krew cieląt poświęconych bogu Apisowi. Faraon słabnie z dnia na dzień.

Bezradni opiekunowie i lekarze faraona, w przypływie rozpaczy poproszą o konsultację złego kapłana boga Seta. Ten zaleci kurację, która nawet u najwyższych dostojników egipskich wywoła zdumienie i niedowierzanie. Nie na długo jednak. Szybko zaczną dyskutować nad najlepszym sposobem realizacji zaleceń czcigodnego konsultanta, który radzi, aby faraon codziennie wypijał kubek… świeżej krwi niewinnych, egipskich dzieci.

Na szczęście władca jest na tyle przytomny, by kategorycznie odmówić takiej kuracji. „Krokodyl nie pożera swoich małych, szakal i hiena oddaje życie za swe szczenięta,
a ja miałbym pić krew egipskich dzieci, które są moimi dziećmi?…” – powie wzburzony Ramzes, a kapłan Seta padnie ze strachu na twarz i błagać będzie o przebaczenie.

Ostatnią deską ratunku jest babiloński kapłan, który w małym, pustym pokoju, zwrócony na wschód, dokona tajemniczego obrządku nad faraonem. Według słów Beroesa z Babilonii władca odzyska zdrowie, gdy odnajdzie człowieka, którego modlitwy docierają do tronu Najwyższego. Wbrew pozorom wcale nie jest to takie łatwe. Ludzkie modlitwy – pokaże arcykapłan – są jak ptaki, które wznoszą się w przestworza. Są jednak tak sprzeczne ze sobą, że w drodze do boga zbijają się nawzajem, strącają i spadają z powrotem na ziemię. Żadna nie dociera do celu.

W iśćie nadzwyczajny sposób, patrząc w czarną kulę, faraon zobaczy cały swój kraj i każdego Egipcjanina, który się modli. Zobaczy każdą modlitwę, jak najpierw leci ku górze, a potem spada trącona skrzydłem innego ptaka. „I tak na całym świecie panowała rozterka. Każdy chciał tego, co lękiem napełniało innych; każdy prosił o własne dobro, nie pytając, czy nie zrobi szkody bliźniemu.”

Jak smutne to i jak prawdziwe! Chciałoby się zapłakać nad tym naszym ludzkim losem, nad pragnieniami, w których tyle egoizmu i trwogi…

Co się stało z faraonem? Na koniec swojej duchowej wędrówki ujrzał jedną modlitwę, która uniosła się i wzleciała do stóp Amona. Była to modlitwa małego chłopca, żyjącego z rodzicami gdzieś na pustyni w nędznej lepiance. W swojej prędkiej modlitwie (bo tyle psikusów do zrobienia na dworze) dziecko dziękowało za mamę i tatę, za Nil i chleb, za niebo i ziemię. ” I jeszcze co?… Aha, już wiem!… I jeszcze dziękuję ci, że tak pięknie
na dworze, że rosną kwiaty, śpiewają ptaki i że palma rodzi słodkie daktyle. A za te dobre
rzeczy, które nam darowałeś, niechaj wszyscy kochają cię jak ja i chwalą lepiej ode mnie,
bom jeszcze mały i nie uczyli mnie mądrości.” Matka zgani synka za tak nieporadną, nieskładną modlitwę, a chłopczyk czym prędzej wybiegnie z chatki, by bawić się w piachu pustynnej ziemi.

Tymczasem faraon ujrzy w magicznej kuli, jak na słowa tej modlitwy potężny Amon otwiera oczy i wysyła na świat promień szczęścia, i jak wszyscy, i wszystko zatapia się na chwilę w nieskończonym spokoju…

Opowieść ta stanowi dla mnie coś w rodzaju wielkiej paraboli mówiącej o mocy, jaką posiada każdy człowiek. Tą mocą jest wdzięczność. Taka zwyczajna, codzienna wdzięczność. Za słońce i za deszcz. Za to, że śpiewają ptaki i nadchodzi wiosna. Za to, że jesteśmy zdolni do miłości. Że jabłonie rodzą jabłka, soczyste i pyszne…

I pomyśleć, że tak wiele, tak ogromnie wiele jest powodów do wdzięczności w jednej tylko godzinie naszego życia. Czyż to nie jest cudowne?

 

Zaszufladkowano do kategorii Mistrzowie | Dodaj komentarz

Nieokreśloność

Za oknami nieokreśloność. Budzę się rano i wydaje mi się, że to już wieczór. Mogę tylko zauważać poziom natężenia szarości. Szara przestrzeń, szarzy ludzie, szare dni i szara ja. Melancholia jesieni, smutek zimy, zmęczenie przedwiośnia – jakby wszystkie te pory roku zmówiły się, by tańczyć razem powolny, żałobny marsz.

W kroplach deszczu (a może to płatki śniegu topiące się na szybach?) świat się deformuje i odstrasza. Chciałoby się, jak Muminki, zapaść gdzieś w zimowy sen, wiedząc, że pobudka nastąpi w promieniach wiosennego słońca. Brakuje nam słońca, jasności, energii. Przemykamy, okutani w szale i czapy, chłodnymi ulicami pełnymi błota i kałuż. Skuleni przed zimnem, ze wzrokiem skierowanym w dół idziemy szybko, jak najszybciej, byle tylko do celu.

Próbuję żyć. Takie dni są okrutne dla chorych na depresję, dla wrażliwców i neurotyków. Mimo leków, mimo terapii szarość wysysa z nas to, co dobre. Zostaje tylko bezsilność i strach. Boimy się ciemności. Nie potrafimy już odróżniać dnia od nocy, siebie od innych, zmęczenia od smutku. Rozmywamy się jak obrazki w deszczu. Tracimy barwy. Tracimy kształt.

Na szczęście pośród brudnej, zabłoconej trawy w ogrodzie, tuż przy ścianie domu, ujrzałam dzisiaj małe, kiełkujące łodyżki hiacyntów. Zielone.

Zaszufladkowano do kategorii Depresja | Jeden komentarz

wieczór do pisania wierszy

Smutno

za mną jest wieczór do pisania wierszy

o rdzawej chropowatości liści

na schodach

po których idzie się

noga za nogą

w daleką bliskość domu

Zaszufladkowano do kategorii Wiersze | Dodaj komentarz