Do domu

DO DOMU

 

Do domu idzie się zawsze w przeciwnym kierunku

Po przeciwnej stronie

Wspina się zawsze nie po tym zboczu

Płynie niewłaściwą rzeką

Pod prąd

 

Do domu prowadzą zawsze nieodpowiednie zakręty

Manowce które wcale manowcami nie są

Zgubne objazdy i ślepe uliczki

 

Dom czeka zawsze u kresu

Gdy człowiek już wie

Że wszystkie drogi są tak naprawdę jedną

Zaszufladkowano do kategorii Wiersze | Dodaj komentarz

Gubię się

Gubię się w codzienności. Zamykam siebie w klatce obowiązków i powinności, w poświęceniu i męczeństwie. To, co moje, to, co dla mnie, odsuwam jak zimną herbatę. Świadomość destrukcyjnych mechanizmów, którym ulegam, krąży gdzieś niepewnie w mojej głowie. Droga samoudręczania jest znana, przebyta już milion razy, swojska. Trudno, szalenie trudno z niej zejść.

Tysiące drobnych spraw jak kamyki wkładane do kieszeni. Setki banalnych decyzji do podjęcia, wypowiadanych słów, wykonywanych czynności pozbawiają sił. Czas gna jak opętany. Bezlitośnie wymagam od siebie bohaterstwa, bezlitośnie skazuję siebie na cierpienie.

Codziennie, chwila po chwili gubię się na drogach wyuczonego męczeństwa.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Wszystkie zdobyte szczyty

Przeżywamy przygody. Ścieżki pośród pól, traw i lasów pnące się coraz wyżej i wyżej, są pełne tajemnic, które czekają tylko, aby je odkrywać, zachwycać się nimi, przygarnąć jak bezdomnego psiaka. Dziewczyny okazały się niestrudzonymi wędrowcami. Łusia maszeruje dzielnie po bezkresach bieszczadzkich dróg. Gabrysia z entuzjazmem wspina się na zalesione szczyty. Mnie brakuje tchu.

Każdy dzień jest tutaj jak symbol, a każdy widok jak dotknięcie Boga. Jest mi dobrze w tym świecie tak różnym od tego, który znam. Pozwalam sobie na powolne zapominanie zwyczajnej codzienności. Szczęście przychodzi do mnie w deszczu i błocie gdzieś na stromym bieszczadzkim szlaku, na którym upadam bez wstydu i poczucia winy.  Już się nie boję upadków. Są tak samo moje jak wszystkie zdobyte szczyty.

Zaszufladkowano do kategorii W drodze | Dodaj komentarz

Myśl o żmijach

Jest pięknie. Drzewa szumią. Dokoła zielone lasy, szczyty gór przytulone do chmur. Słońce. Jestem teraz w małym, drewnianym domku na zboczu, przy drodze prowadzącej gdzieś poza kraniec świata. W zasięgu wzroku porozrzucane siedziska ludzkie, tych, których pociąga życie surowe i proste u podnóża  gór.

Jest trochę tak, jakbym trafiła do fikcyjnej opowieści. Świadomość, że w lesie spotkać można niedźwiedzia albo rysia wydaje się nierealna, ta groza wydaje się nierealna. A jednak wędrując na szczyt, wchodzi się w rzeczywistość dziką i majestatyczną. My, ludzie z centrum wszechświata, z technologicznego szumu, z betonowo-szklanych miejsc, drżymy na myśl o żmijach czających się gdzieś pod krzakami malin. Rozglądamy się niepewnie za każdym poruszeniem traw. Wszędzie wypatrujemy zagrożenia. Jesteśmy pełni strachu przywiezionego z naszej codzienności, zmartwień o wczoraj i jutro, lęku przed czernią nocy. Jesteśmy głusi i ślepi.

 

Zaszufladkowano do kategorii W drodze | Dodaj komentarz

Obcość

Znów nie mogę spać. Na zegarku piętnaście minut do pierwszej. Siedzę w kuchni przed ekranem laptopa ze szklanką wody z cytryną i garścią wegańskich krówek. Trochę mi smutno, trochę strasznie i niespokojnie. Wszystko jest obce w obcym domu na kolejnym końcu świata, do którego dotarłam. Wszystko jest nie moje, z nieznanymi zapachami, z fakturami, które nic nie znaczą, z odgłosami, którym trzeba wymyślić historie i życie, które trzeba oswoić, przyjąć do siebie, zrobić im miejsce w głowie pełnej strachów. A do Prawdziwego Domu tak bardzo daleko.

Jechaliśmy w te romantyczne Bieszczady bardzo, bardzo długo naszym starym samochodem z popsutą klimatyzacją. Migała nam za oknami Polska, zielona, żółta, betonowa, drewniana, biedna i bogata, różnorodna, o której można by ułożyć wiele opowieści smutnych i mądrych. Gabrysia spała przytulona do swojego słonia. Łusia w milczeniu błądziła myślami po sobie tylko znanych ścieżkach i zakamarkach. Szumiało w uszach, świeciło w oczy. Wiodła nas droga do Lublina, Rzeszowa, Sanoka i jeszcze dalej, hen, w bieszczadzkie lasy i góry, przez malownicze miasteczka, przez wsie zadziwiające barwami.

W końcu poczucie kresu podróży i radość, że to już, że wreszcie się jest tam, gdzie być się miało, że można odetchnąć, rozpakować to, co zapakowało się rano. Entuzjazm, ulga i podekscytowanie kazały zapomnieć o trudzie drogi, o odległości, niewygodzie i strachu przed tym, co nieznane. Dopiero rano, gdy zmęczenie zostało przespane twardym, mocnym snem, umysł i ciało poczuły obcość.

Miejsca oswaja się przecież długo i mozolnie. Najgorzej jest z nocą. Mrok, prawdziwy, czarny i gęsty jak smoła, opada na nas już o zmierzchu. Teraz, gdy wszyscy śpią, boję się ciemności. Jestem schowana pod lampą w kuchni jak w kokonie. Tęsknię do światła.

Zaszufladkowano do kategorii W drodze | Dodaj komentarz

Poranek

Obudziłam się rano, po 6.00. Piotr cicho krzątał się, jak co dzień, szykując się do pracy. Śpij sobie kochanie – powiedział do mnie czule  – dobrego dnia.  Leniwie rozespana, otulona ciepłem kołdry, mruknęłam tylko w odpowiedzi jak kot, który docenia wartość rozgrzanego pieca. Pod powiekami drżały jeszcze nitki snu, oniryczne pajęczyny jakichś  obrazów i marzeń. Chwila między snem a jawą, moment wybudzania świadomości z letargu, z zapomnienia to jakby wyłanianie się z nadmorskiego piasku, który szorstkością przywraca nasze ciało do świata zmysłów. I zaraz wrażenia, dźwięki, odgłosy, zalewają umysł jak fale, z mocą i siłą oceanu.

Piotr zszedł na dół. Słyszałam, jak nastawia wodę na herbatę, jak chodzi, zapala i gasi światło w łazience. Zza okna dobiegało zabawne pianie koguta. Szare niebo spadało na dach mojego poddasza. Byłam wolna. I było mi z tym uczuciem najlepiej na świecie. Dziś będzie wspaniały dzień – powiedziałam sobie w myślach – zadbam o to, bo sprawia mi to radość i jest dla mnie źródłem pozytywnej energii. 

Zakorzenia się we mnie przekonanie, że szczęście to coś, co nie przychodzi z zewnątrz. Że szczęście się po prostu robi samemu. I że wcale nie jest to bardzo trudne. Ze szczęściem i wewnętrzną równowagą jest tak jak z każdą inną umiejętnością – można się jej nauczyć, wyćwiczyć, doskonalić. Jak ze wszystkim, tak i ze szczęściem – początki bywają mozolne, ale potem, w miarę kolejnych prób i systematycznych ćwiczeń, dzień po dniu, ta nasza nowa umiejętność tworzenia radości i szczęścia staje się łatwiejsza, prostsza w obsłudze, coraz bardziej nasza, wewnętrzna.

Przeżywam wzloty i upadki w uczeniu się harmonii, która daje poczucie spełnienia i szczęścia. Wiele, wiele motywacji i wsparcia na tej mojej drodze czerpię z terapii, od ludzi, z którymi dzielę się swoim światem i jego bolączkami. Odradza się we mnie wiara w człowieka, kiełkuje jak maleńki pęd hodowany przez Gabrysię z cytrynowego ziarenka w żółtej doniczce.

Chłonęłam sobie mój dobry poranek, przymykałam co chwila oczy, żeby wyraźniej słyszeć cały świat. Powoli, delektując się każdym słowem i obrazem, czytałam w łóżku, w zielono-czarnej piżamie, pod beżową, wielką kołdrą. Przez dachowe okna kątem oka dostrzegałam, jak rozpogadza się niebo. Potem była jeszcze joga z Małgosią Mostowską, powitanie uśmiechniętych, wyspanych dzieci. Pyszna, zielona herbata w filiżance w kwiaty i wspaniałe drobiazgi – prezenty codzienności, które tak często umykają rozhisteryzowanym sercom.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Razem z Eliaszem

Usiadłam na drewnianym krześle w dużej altanie pośród krzewów i wysokich sosen. Przy sąsiednim stole siedziała jakaś rodzina. Dorośli żywo dyskutowali, a dzieci biegały dokoła, co jakiś czas domagając się kolejnych słodyczy, lodów, zapiekanek. Książka, którą trzymałam na kolanach, odrywała mnie od atmosfery parku linowego. Była to opowieść o Eliaszu, o jego wyborach, powołaniu, którego wciąż nie mógł dogonić i o miłości, o tym, że wszyscy się jej boją i wszyscy jej pragną.  Dziewczynki biegały gdzieś między trasami przeszkód zawieszonymi zmyślnie na drzewach a trampolinami z zabawnymi uprzężami, w których dzieci wyglądały jak małe, okrągłe piłeczki. Był wieczór. Słońce nie paliło już tak mocno jak za dnia. Muskało delikatnie moją twarz i włosy, rozświetlało skórę, wdzierało się pod powieki i między rzęsy, sprawiając, że świat wyglądał jak magiczna kraina pełna blasku. Wypełniał mnie spokój i łagodna radość bycia. Zachwyt nad ulotnością tej chwili, jej niepowtarzalnością i prostotą, czarem. I było tak, jakbym wędrowała razem z Eliaszem przez pustynię, trwając w niemej modlitwie, otulona skrzydłami anioła.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Domy

Pierwszy dom wielki i pusty. Estetycznie urządzony, elegancki, spokojny. Wszystko na swoim miejscu. Przedmioty i ludzie zdyscyplinowani. Przestrzenie nieprzenikające się, oddzielone wyraźnie od siebie. To smutny dom.

Drugi dom minimalistyczny, nowoczesny, błyszczący. Profesjonalnie zadbany, perfekcyjnie czysty. Do końca przemyślany i zorganizowany. Systematycznie zmieniający się jak technologia i świat cały. To dom bez niepotrzebnych rzeczy, bez kwiatów, ozdób, zdjęć w śmiesznych ramkach. Aż do bólu praktyczny jak jego mieszkańcy. Ekonomiczny i funkcjonalny.

Trzeci dom mniej schludny. Czystość już nie tak perfekcyjna. Mnóstwo roślin i drobiazgów porozkładanych w przedpokoju, kuchni, na stole, parapetach, półkach. Pojemniki i pudełka, szuflady pełne różnych akcesoriów. Tradycja pogodzona ze współczesnością. Ten dom jest niespokojny, krzykliwy i wesoły. Ludzie, którzy w nim mieszkają, są bezpośredni i głośni. Ciągle w ruchu.

Czwarty dom stary i skrzypiący. Panuje w nim cisza i tajemnica. Wszędzie ukryte schowki i szafki, tajemne przejścia i otwory. Staromodne meble i firanki. Jakby czas się zatrzymał i nie chciał ruszyć dalej.

Piąty dom nowiutki, pachnący jeszcze tynkiem. Na wpół urządzony. Z zewnątrz wystawny, wewnątrz chaotyczny. Niedopracowany, jeszcze niezorganizowany jakby sam się tworzył, jakby szukał sam siebie. Pełen wspomnień z innych domów, bez własnej historii i tożsamości. Dom, który się staje.

I wreszcie ostatni dom. Z książkami, lustrami i planszowymi grami.

Jesteśmy jak ptaki. Każdy gatunek buduje inne gniazda.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Sprzątam

Sprzątam.

Pochłonęło mnie porządkowanie, jakbym – czyszcząc świat wokół – oczyszczała własny umysł. Z ulgą i pasją wyrzucam niepotrzebne rzeczy, kuchenne przybory, zniszczone garnki, zardzewiałe blachy, stare słoiki, brzydkie szklanki i nieużywane miski. Szoruję, przestawiam, układam. Przy okazji unowocześniam i odświeżam. Wraca poczucie sprawczości i kontroli nad przestrzenią. Wraca cudowna schludność i radość z czystości.

Pomalowałam meble w ogrodzie i drzwi wejściowe. Teraz kolej na balustradę. Dobrze jest czuć, że potrafi się coś zrobić, coś naprawić, a nawet – coś zbudować. Choćby niewielką altankę w ogródku.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Lęk

Lęk wraca do mnie wieczorem, gdy już ciemno i cicho. Dzieci śpią. Dom śpi. Nie umiem wtedy nazwać tego, co się dzieje. Czuję znużenie sobą, dniem, codziennością. Zmęczenie odbiera mi jasność umysłu. Nie chcę pamiętać, planować, myśleć, słuchać ani mówić. Nie mam siły bronić się przed mrokiem. Depresja znów, po raz kolejny wygrywa.

Jak to jest żyć z lękiem czającym się w zakamarkach umysłu? Czasem wydaje mi się, że trzymam mój strach na wodzy, że nad nim panuję, że znam go dobrze, że mogę z nim żyć. Za dnia jest jasno. I zawsze tyle spraw, tyle drobiazgów, w których można się ukryć, schować jak pod wielkim, ciepłym kocem. Lubię dni wypełnione po brzegi zwyczajnością. Dni proste, bez pośpiechu, spędzane w dużym domu z książkami.

Niewiele się dzieje w tej mojej codzienności, a przecież tak dużo. Przecież tworzą się jakieś nowe światy, osobowości, coś powstaje, coś gdzieś zmierza. Poranki z zapachem śniadania i zielonej herbaty, z głosami dzieci, z ich entuzjazmem. Moja modlitwa nie do końca świadoma. Spojrzenia w lustro. Krzątanina. Zaplatanie warkoczy. Samochód do mechanika. Przy okazji spacer i plac zabaw. I lody. Obowiązkowo lody w słodkich waflach. Zakupy. Szczepienie przedostatnie w życiu Łucji. Obiad. Sprzątanie. Pranie. Książka. Rozmowa o karze śmierci i moralnych dylematach. Romantyczny, smutny film o miłości. Łzy niby nad bohaterami, a przecież tak naprawdę nad samą sobą.

Aż nadchodzi wieczór, a w pustej sypialni rozlewa się lęk jak czerwone wino.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz