Najlepszy dom

Nasz dom jest najlepszy – powiedziała wieczorem Gabrysia, lepiąc ośmiornicę z fioletowej plasteliny.

Zalała mnie fala wzruszenia. Stół zawalony był wszelkiego rodzaju materiałami plastycznymi od kolorowych papierów począwszy, na słoiczkach skończywszy. Podłoga nie wyglądała lepiej. W salonie leżały jeszcze gałganki i nici po pierwszej dzisiejszej pracy ręcznej. W kuchni piętrzyły się nieumyte talerze. Na wszystkich dostępnych kaloryferach suszyły się części garderoby kompletnie zmoczone podczas podwórkowej bitwy na śnieżki (którą zresztą sromotnie przegrałam pokonana przez córki). Ten „najlepszy dom” wyglądął jak po przejściu tsunami.

A w samym centrum domu, przy stole w jadalni, dwie małe dziewczynki pełne nabożnego skupienia przy wykonywaniu upominków dla dziadków, z zaróżowionymi jeszcze policzkami, wypowiadały te najprostsze, najpiękniejsze, najwspanialsze słowa uwielbienia dla rodzinnego gniazda.

Jak inaczej opisać szczęście, jeśli nie takimi właśnie sytuacjami? Z pozoru banalnymi. Prozaicznymi. Które tak łatwo gubią się w bezmiarze codziennych zmagań z rzeczywistością. Wciąż na nowo, każdego dnia, muszę sama siebie przestrzegać przed pośpiechem, przed tym potwornym dążeniem do zrobienia wszystkiego, przed absurdalną chęcią sprostania piętrzącym się obowiązkom, przed dziką koniecznością udowadniania wszystkim swojej wartości. Dużo dni potrzeba, by się uwolnić. Dużo dni potrzeba, by dostrzec wreszcie szczęście. By je usłyszeć w słowach dzieci. Jeszcze więcej – by szczęście to pochwycić, kontemplować i modlić się nim jak najpiękniejszą modlitwą.

 

 

 

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Impresja

Popołudnie. Za oknem śnieżna zima. W kominku ogień. Cisza.

Ograniczam czynności życiowe do koniecznego minium. Dużo leżę. Zastygam często w bezruchu. Leniwie odpędzam myśli. Nie układam żadnych projektów. Nie planuję przyszłości. Nie zauważam szeregu potrzeb. Spowalniam ruchy. Zamykam oczy. Trwam.

Pozwalam sobie na bezradność.

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Chciałam

Chciałam napisać o zmęczeniu, które odbiera chęć do życia. Chciałam napisać o bolesnych wspomnieniach, co schowane zamieniają się w niepokój ciała i duszy. Chciałam zapłakać nad nędzą, nad brakiem wyobraźni, nad powtarzanymi wciąż słabościami. Chciałam zlitować się wreszcie nad biednym swym umysłem i życiem, które wciąż wymyka się z rąk.

Jest już późno. Oczy łzawią. Okna w sypialni zasypane śniegiem. W tle spokojne oddechy dzieci. Porządkuję myśli. Na początek myśli. Później przyjdzie czas na resztę.

 

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Najtrudniejszy czas

Od wielu już lat listopad jest dla mnie najtrudniejszym czasem w roku. To miesiąc katastrof, awarii, kataklizmów osobistych, chorób i nastrojów schyłkowych. Śmierć Adasia trzy lata temu w lecie dodała do tej listy bezradność wobec bólu i przemijania, a także nie dające się wyleczyć poczucie winy wobec dziecka, które nie zdążyło nawet otworzyć oczu. Pierwszolistopadowe  zwyczaje rozpoczynają miesiąc dramatycznych przeżyć, nie wesołych myśli. Postrzeganie wywraca się jakoś do góry nogami: świat wydaje się przerażająco ciemny, ludzie bezlitośnie głupi, codzienność nie do udźwignięcia. Rozpaczliwie próbuję ocalić okruszyny wiary i pogody ducha, ale okazuje się to heroiczną próbą, do której jakoś braknie sił i zdrowia. Kiedyś ratunkiem była perspektywa grudniowej radości Bożego Narodzenia. Teraz – mnogość obowiązków i konfliktów stanowi raczej kolejne powody do rozpaczy. Do tego wszechobecne, narastające poczucie Konieczności, która zniewala.

I od dawna jest jakoś tak, że w tym naszym życiu brakuje czasu na Życie.

Opublikowano Drobiazgi | Możliwość komentowania Najtrudniejszy czas została wyłączona

Lektury

Plan powrotu do starych mistrzów okazał się nad wyraz ambitny. Codzienność stanęła mu na przeszkodzie. Konieczność wypełniania powszednich obowiązków (dzieci, dom, gotowanie, sprzątanie, pranie, zakupy, sprawdzanie wypracowań licealistów, planowanie pracy, etc.) nie sprzyja systematycznej lekturze prozy lekkiej i przyjemnej, a cóż dopiero dzieł uważanych za wielkie, nabrzmiałych znaczeniami. Stanowi to dla mnie ważny, bodaj czy nie najważniejszy powód niezadowolenia i chandry: że zwyczajne, głupie zmęczenie odbiera siły i chęć obcowania z dawnymi mistrzami. Frustrujące poczucie braku czasu, z konieczności poświęcanego na tysiące drobnych, codziennych czynności, odbiera motywację do wysiłku intelektualnego. Brak możliwości prowadzenia pracy umysłowej, własnych badań, zgłębiania sensów, szukania materiałów powoduje sytuację konfliktu wewnętrznego, swoistego rozdarcia między Koniecznością a Potrzebą, Obowiązkiem a Przyjemnością, Altruzimem a Egocentryzmem. Odnalezienie równowagi w tym dyskursie staje się nie lada wyzwaniem, zadaniem życia. Zawodzą wszelkie próby wyznaczania sobie czasu na pracę – mnóstwo nieprzewidzianych sytuacji, problemów rodzinnych, osobistych, poleceń służbowych i spraw zawodowych nie pozwalają na systematyczność w dziedzinie pracy własnej. A najważniejszą przeszkodą okazuje się rodzina, która przecież zawsze posiada pierwszeństwo. Rola matki i żony nie pozostawia złudzeń: rozwój osobisty, intelektualny schodzi na dalszy plan. Wciąż, nawet po tylu już latach, trudno mi się z tym pogodzić. Mimo że nie zamieniłabym swojego losu na żaden inny, a miłość do męża i dzieci wypełnia moje dni  i uzasadnia podejmowany trud codziennych obowiązków, świadomość utraconych szans, nienapisanych artykułów i prac, nieosiągniętych sukcesów, pogrzebanych perspektyw trochę kłuje gdzieś w duchu i umyśle. Stąd, z powodu tego kłucia, powraca ambicja podejmowania wysiłku własnego doskonalenia się. A najlepszym tego sposobem jest czytanie Mistrzów. Powoli. Bardzo powoli.

A więc, co się udało przez tych kilka tygodni? Przede wszystkim doskonały Bułhakow. Z prozy rosyjskiej jeszcze Lermontow i Gogol. Z klasyków antycznych tylko Sofokles i Horacy. Dalej Mickiewicz „Sonety krymskie”, „Liryki lozańskie” i „Pan Tadeusz”. Następnie Kuncewiczowa, Nałkowska, Iwaszkiewicz, Żeromski. Trochę Przybosia, Leśmiana i Gałczyńskiego. Futuryści polscy. Kafka. Conrad. Plejada mocno nieuporządkowana. Lektury wyznaczane aktualnymi potrzebami nauczycielki języka polskiego. Mimo wszystko są to dobre lektury. Może nie do końca takie, których bym pragnęła, ale przecież dobre, mądre i wielkie.

Aha, i jeszcze zawsze świetne „Dzieci z Bullerbyn”.

 

Opublikowano Mistrzowie | Możliwość komentowania Lektury została wyłączona

Gogol

Co można powiedzieć o Gogolu? Że dziwna bardzo historia urzędnika, który kupuje martwe dusze. Że jeszcze dziwniejsze opowiadania – króciutkie historyjki, obrazki, w których fantastyczne zjawiska zdają się być niepostrzeżone do tego stopnia, iż wydają się naturalną częścią realnego świata. Przerażające środowisko urzędników rosyjskich, zepsutych, niemoralnych, nieludzkich postaci, które niszczą wszystkie przejawy niewinności i inteligencji, jakie tylko zdołają wykiełkować obok nich. Powieść niedokończona, rozszarpana zdawałoby się przez samego autora, w której – o dziwo! – przecież tak jak w życiu: nie do końca wiadomo, o co chodzi, jaki jest zamysł naszych ludzkich poczynań, kto jest kim, gdzie jest prawda i po czyjej stronie racja? Człowiek to ktoś, kto boi się sam siebie. Swojej inteligencji. Swoich pomysłów. Swoich planów. Nie ufa sobie, a więc nigdy nie może wygrać. Zawsze będzie przegranym.

Opublikowano Mistrzowie | Możliwość komentowania Gogol została wyłączona

Jak pomnik

Czasami (jakże często!) przychodzą dni, gdy wszystko wydaje się szalenie nieznośne, aż do bezradnego płaczu, aż do odrętwienia. Nieznośność zdaje się narastać i trudno uchwycić moment, w którym przychodzi. Początkowo jakaś myśl tylko, mignięcie, nic nieznaczące poruszenie duszy. Lekkie niezadowolenie. Potem kłąb czarnych myśli nad głową odsuwanych jeszcze siłą woli. Gdy wydaje nam się, że to tylko zwykła chandra, a może brak snu? Niedobór magnezu – próbujemy sobie tłumaczyć poczucie egzystencjalnej pustki i duchowej jałowości. Aż nagle, znienacka nieznośność nas zalewa tak, że tracimy dech. W piersiach uczucie dławienia. Wszechogarniający smutek. Bilans, który wypada fatalnie. Jakże źle wyglądamy na tle naszych marzeń, aspiracji i ambicji – tych, co zostały już gdzieś pochowane w szufladce z napisem „niezrealizowane”. Dręczymy się obrazem tego, co się nie udało. Masochistycznie trzymamy przed oczami przegląd porażek, klęsk i katastrof. Połykamy z płaczem poczucie winy, wyjąc do swojego odbicia w lustrze. Ubieramy się w płaszczyk wrogości do wszystkich i wszystkiego, czasami z lekką nutą sarkazmu. Bolesnego, raniącego sarkazmu. Umieszczczamy siebie na piedestale z tytułem „najnieszczęśliwsza osoba wszechczasów”. I zastygamy jak pomnik.

Opublikowano Drobiazgi | Możliwość komentowania Jak pomnik została wyłączona

Sacrum i profanum

Dom mnie przyzywa. Wabi przytulnością i ciepłem. Mruczeniem ścian. Płomieniem ognia. Szelestem zasłon. Zapachami. W domu się chowam. Wtulam w siebie. Mój brązowy fotel jak azyl chroni mnie przed wszystkim, co okrutne. Niekiedy dom straszy ludzkimi głosami, kłótniami małych istot, niedorosłych jeszcze do tego, by wiedzieć, że słowa ranią, a myśli są jak zmarznięte ptaki.To nic, że czasami chcę uciec z domu. Wiem przecież, że ucieczka moja będzie nadaremna (nie można uciekać od siebie samej). Nie można pójść w przestrzeń miasta i schować się przed własnymi demonami. Próbuję je cierpliwie oswajać, głaskać, ukołysać. Przychodzą jednak dni, gdy wyrastają ponad mnie i dręczą. Ciało wtedy przestaje być moje. Umysł dryfuje. Emocje są jak szklane kamyki z koszyczka Gabrysi. Łatwo się tłuką.

Chowam się w moim domu, w szczebiocie dzieci, w potrzebach i oczekiwaniach. Gubię się w labiryncie sacrum i profanum. (Wcale niełatwo oddzielić jedno od drugiego). Dom jest pełen rytuałów i zaklęć, zaczarowanych przedmiotów, tajemniczych skrytek, niewypowiedzianych modlitw. Gdybyśmy tylko potrafili zatrzymać pędzące myśli, zobaczylibyśmy błyszczące skrzydła aniołów. Zobaczylibyśmy niebo.

Lubię swój dom pachnący szczęściem i świeżym praniem.

Opublikowano Drobiazgi | Możliwość komentowania Sacrum i profanum została wyłączona

Wieczorem

Wieczorem siadam przy stole w jadalni. Stół jest stary. Przywieziony z Nowolipek. Jadali przy nim dziadkowie. Mocny, dębowy, stateczny. Nieco szorstki już. Wszystkie herbaty, kawy, dziecięce kakao, obiady, zupy, desery zostawiły w ciągu tych długich lat swoje ślady, odciski, znaki. Stół można czytać jak książkę. Teraz zasłonięty jasnym, lnianym, pięknym obrusem w kwiaty podarowanym niedawno przez mamę zaprasza całym swym urokiem, aby usiąść przy nim z kubkiem pachnącej, gorącej herbaty.

Siedzę więc przy stole oświetlonym jasną lampą. Przede mną otwiera się salon. Kominek, który powoli przypomina o sobie. Brązowy, wygodny fotel kuszący fascynującymi lekturami; regały pełne książek; stara, wysłużona kanapa; pianino. Po lewej przestronna, schludna kuchnia pełna domowych drobiazgów i zapachów, z kolorowymi obrazkami dziewczynek przyklejanymi do szafek. Na jednym cała rodzina. Mama z rozwianymi włosami, jak zawsze piękna, trzyma za rękę tatę w kraciastych portkach. Wszyscy z uśmiechami od ucha do ucha. Na kolejnym księżniczka i kwiaty,  dalej zwierzęta (psy, konie, niedźwiedzie). Jest jeszcze domek chiński i bliżej nieokreślony projekt architektoniczny młodszej córy. Po prawej stronie, tuż na wyciągnięcie ręki – biblioteka, czyli półki zastawione książkami. Ciepłe światło otula mnie i ogrzewa. Dom koi.

Rozmawiamy. Dziś o muszkieterach i fikcyjnym kraju Syldawii. Cieszę się swoimi dziećmi. Zajadamy pyszną tartę z cebulą. Herbata pachnie. Powoli pieką się bezy. Dziewczynki z nosami w książkach siedzą tuż obok mnie. Czytają.

A ja? Po prostu, zwyczajnie uśmiecham się do szczęścia.

 

Opublikowano Drobiazgi | Możliwość komentowania Wieczorem została wyłączona

Baśń

Życie Bułhakowa tak jego twórczość pełne jest motywów tragicznych, dysonansów, groteskowych zwrotów akcji, absurdalnych rozwiązań, naiwności idealisty, głebokich przeżyć artysty. Z jego własnego dziennika intymnego wyłania się podobno obraz okropnego człowieka, antypatycznej osobowości, niezrównoważonego egoisty. Jakże mogłoby być inaczej? Świetnie wykształcony, kulturalny lekarz, który po niedługiej przymusowej praktyce w armii rewolucyjnej oraz wśród chłopstwa gdzieś na głębokiej prowincji postanawia dokonać radykalnej zmiany całego swojego życia – nie może być do końca człowiekiem zrównoważonym. Nigdy chyba do końca nie zrozumiemy motywów nim kierujących, jak nigdy nie zrozumiemy przecież umysłu ani szaleńca ani geniusza. Gdy Bułhakow w 1921 roku przyjeżdża do Moskwy nie ma nic. Jest chorym morfinistą marzącym o karierze pisarza. Uda mu się powoli nawiązać jakieś znajomości w światku literatów (doskonale opisze je w „Mistrzu i Małgorzacie”, z dystansem ironisty, obnażając komiczną prawdę o tych, którzy zwą siebie artystami), ale całe dalsze życie Bułhakowa i jego kariera pisarska będą wielkim dramatem. Jak sam napisze w słynnym liście do Stalina: spośród ponad trzystu recenzji tylko dwie będą pozytywne… Bułahkow przytuli się gdzieś w moskiewskim teatrze i tam – za wstawiennictwem samego Stalina – dane mu będzie dożyć swoich dni, niełatwych i bolesnych ze względu na potworność śmiertelnej choroby, którą sam u siebie zdiagnozuje kilkanaście lat przed śmiercią. Choroba ta, mocznica, będzie zabijać go powoli, odbierać siły, sprawność, wzrok. Ostatnie rozdziały „Mistrza i Małgorzaty”, ostatnie poprawki autor będzie dyktował żonie, nota bene trzeciej z kolei.

Chylę czoła przed żelazną wolą tego pisarza. Postanowił kiedyś, że będzie tworzył i nic – ani bieda, ani niepowodzenia, ani krytyczne recenzje, ani brak jakichkolwiek możliwości drukowania, publikowania, rozwijania swojego artyzmu ani nawet cierpienia fizyczne spowodowane chorobą – nie złamały tego postanowienia.

Sławę Bułhakow zyska dopiero ponad dwadzieścia lat po śmierci.

W swojej twórczości będzie kpił zarówno z bezmyślnych fanatyków jak i naiwnych marzycieli. Literatów bezlitośnie ukarze, posługując się figurami Behemota, Korowiowa i Wolanda. Cierpiącego Mistrza ukoi świetlistą przystanią i miłością po wieczne czasy. W osobie młodego poety Iwana będzie mógł naprawić swój błąd – z drogi pisarstwa skieruje go na drogę filozofii, która przyniesie spełnienie i szczęście. Doktor także pójdzie po rozum do głowy – zniszczy swoje dzieło, które – w innym wypadku – zniszczyłoby jego samego. Za przyczyną swego pisarstwa Bułhakow naprawia świat, porządkuje wszystkie sprawy, oczyszcza relacje i motywy. W gruncie rzeczy ocala to, co najważniejsze – miłość, prawdę, dobro i piękno. Zarówno „Mistrz i Małgorzata” jak i „Psie serce” można czytać jako swego rodzaju baśń dla dorosłych, w której ścierają się wielkie, potężne siły; w której małoduszni i łajdacy otrzymują to, na co zasługują; w której wreszcie na końcu mądrzy odnoszą sukces. Baśń ta, choć wydawać by się mogła fantasmagorią, jakoś tak prawdziwie opowiada o typach ludzkich. Zadziwiające, z jaką wnikliwością.

Opublikowano Mistrzowie | Możliwość komentowania Baśń została wyłączona