Dlaczego edukacja domowa?

Z edukacją domową po raz pierwszy zetknęłam się wiele, wiele lat temu, gdy – jako studentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim – rozpoczęłam swoją życiową przygodę, jaką nadal jest dla mnie praca z dziećmi i młodzieżą. Bardzo wcześnie moje zainteresowania zwróciły się w stronę metod i systemów edukacji alternatywnej, takich jak single sex education czy homeschooling. W edukacji alternatywnej widziałam sposób na naprawę polskich szkół, na przełamanie marazmu i nudy, na nową jakość nauczania. Przeczytałam wiele książek i artykułów, szukałam ludzi zajmujących się praktyką kształcenia alternatywnego, wreszcie sama dołączyłam do tego grona jako młody nauczyciel.

Przez lata mojej zawodowej pracy w przedszkolach, szkołach i na uczelni obserwowałam dzień po dniu, jak działa system szkolny w Polsce, z jakimi problemami borykają się uczniowie i nauczyciele. Z każdym rokiem narastał we mnie bunt przeciwko opresyjności tego systemu, przeciwko głupocie ludzkiej, absurdom biurokracji i chyba przede wszystkim przeciwko – niskiej efektywności całego szkolnego procesu kształcenia. Poważnym problemem była dla mnie postępująca laicyzacja szkół, odejście od funkcji wychowawczych na rzecz wyników i rankingów wiedzy. Konsekwencją tych procesów jest zawsze wzrost agresji i przemocy wśród dzieci, spadek poziomu kulturalnego i moralnego środowiska szkolnego.

Gdy urodziła się moja pierwsza córka, nie sądziłam jeszcze, że będę kiedyś edukatorem domowym. Myśl o edukacji własnego dziecka, nawet gdy jest się nauczycielem, przychodzi zawsze znienacka i zaskakuje. Chyba jak większość rodziców z niepokojem oddawaliśmy naszą pociechę najpierw do przedszkola, a potem do zerówki. Z perspektywy czasu dopiero widzę, jak los daje nam wskazówki, których nigdy nie umiemy odczytać tak, jak należy. Łucja nie spędziła wiele czasu ani w przedszkolu ani w zerówce – z przyczyn zdrowotnych po prostu spędzała czas w domu. A my, rodzice, musieliśmy nad nią czuwać. I jakoś tak naturalnie pewnego dnia zdałam sobie sprawę, że przecież uprawiamy właśnie edukację domową. Że edukacja domowa jest pewnym stylem życia, stojącym trochę w opozycji do tego najpowszechniej przyjętego modelu funkcjonowania współczesnej rodziny. Że moje dzieci właściwie nie potrzebują niczego więcej poza moją obecnością w domu. I że nikt poza mną nie wychowa lepiej moich córek.

Pamiętam dokładnie chwilę, w której wiele lat temu postanowiliśmy, że będziemy uczyć nasze dzieci w domu. Nie fanatycznie i nie za wszelką cenę, ale postaramy się tak organizować nasze życie, by jak najdłużej i jak najlepiej prowadzić edukację domową. Dlaczego? Ponieważ to my, jako rodzice, jesteśmy odpowiedzialni za wychowanie i edukację naszych dzieci. Jest to wielki obowiązek, ale także przywilej i nasze prawo, z którego nie chcemy rezygnować. Wybieramy edukację domową, ponieważ zależy nam na tym, by dzieci zdobywały wiedzę w naturalnym środowisku, w atmosferze radości i rodzinnego ciepła. By głęboko w ich dusze wpisał się Dom – wartość, którą niesie się potem dalej i dalej – do szerokiego świata. Tak, chcemy chronić nasze dzieci przed demoralizacją i wczesną seksualizacją, przed agresją i przemocą, przed niepotrzebnym stresem i presją, przed absurdami systemu. Ale nie można dać się ponieść uprzedzeniom i stereotypom. Nie to jest najważniejsze. Nasza motywacja jest pozytywna – uczymy dzieci w domu, bo wiemy, że dla kształtowania dobrego charakteru, światopoglądu i relacji z innymi potrzebna jest nieustanna gotowość do dialogu. A to możemy dać dzieciom tylko my sami.

Zaszufladkowano do kategorii Edukacja domowa | Dodaj komentarz

Edukacja domowa

Rano drugiego września zbudziłam córki o 7.00. Granatowe, galowe sukienki przygotowałam dzień wcześniej. Dziewczynki jeszcze ciepłe bliskością kołder, z okruchami snu na rozbudzonych buziach wyglądały ślicznie w porannym słońcu.

Dobrze, że nie musimy chodzić do szkoły – powiedziała Gabrysia, gdy wracałyśmy z mszy świętej.

Po powrocie nie chciały się przebrać. Wszak dzisiaj dzień specjalny. Dzień do świętowania – początek roku szkolnego. Przy miłym śniadaniu (świeże, chrupiące bułki i zbożowa kawa) rozmawiałyśmy o tym, jak będzie. Ze śmiechem, żartując, Gabrysia i Łusia wypowiadały swoje marzenia, niepewności, obawy, oczekiwania. Potem zgodnie, zerkając na mnie co chwila, tworzyły plan swoich zajęć. Z wypiekami na twarzach porządkowały niewiadome. Pisały, kreśliły, zaznaczały, sprawdzały godziny, układały na kartkach świat, w którym będą funkcjonować od września. Oswajały nieznane.

Edukacja domowa ma w sobie wielki potencjał, wiele możliwości. Dzieci rosną pod okiem matki, w bezpieczeństwie, radości, wolności. Dzień za dniem zakorzeniają się w swojej rodzinie. Dom staje się centrum wszechświata, a wszystko inne ma w nim początek. Z nauką jest łatwo. Nauka przychodzi sama. W domu jest tyle okazji do eksperymentów, do zadań, do dyskusji, do poznawania świata – czy nie o to w tym wszystkim chodzi? Uczymy się więc na spacerze i w kuchni podczas wspólnego pieczenia ciasta. Uczymy się w ogródku i na balkonie, jadąc do cioci i grając wieczorami w Pociągi. W edukacji domowej liczy się wszystko, cały dzień, cały czas, a rozmowa, dialog okazują się najlepszą ze wszystkich metod edukacyjnych i wychowawczych.

Nasz dom tętni życiem. Codziennie się w nim spotykamy, ucząc się, bawiąc, odpoczywając. Ciągle ktoś u nas jest: koleżanki i koledzy córek, pies dziadków, ciocia, babcia, kuzyni, dzieci znajomych i przyjaciół, moi dawni i nowi uczniowie…  Dbam o to, by zapachy z kuchni zwoływały wszystkich do jadalni.

W naszym domu, w naszej edukacji jest teatr, działania społeczne, treningi i zabawy, filmy, wycieczki i wyjazdy. Właściwie nic specjalnego.

Po prostu czas. Na wszystko, co najważniejsze.

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Edukacja domowa | Dodaj komentarz

Teatr

Na chwilę zostałam sama w mazurskim domku. Cisza. W niej oszałamiający śpiew ptaków. Pianie koguta. Lekki szum liści poruszanych wiatrem. Dalekie, bardzo dalekie odgłosy aut. A znad jeziora niesie się głos dzieci.

Co roku na parę dni przyjeżdża kilka dziewcząt. Koleżanki moich córek – tak jak one – mają różne temperamenty, charaktery, potrzeby, doświadczenia. Są w różnym wieku, z różnych rodzin, z różnych domów. Łączy je teatr.

Zaczęło się kiedyś od dziecięcego pragnienia zabawy, tworzenia, ekspresji. Mamo, pomożesz nam? – zapytały wtedy moje córki. Miały niewiele lat i pomysł na bożonarodzeniowe przedstawienie. Pomogłam. Trzeba było stworzyć scenariusz i scenopis, rekwizyty, dekoracje, stroje… Trzeba było przeprowadzić szereg prób i przygotowań. Premiera odbyła się pewnego grudniowego wieczoru. Jadalnia przeszła metamorfozę i stała się zarówno betlejemską grotą jak i współczesnym centrum handlowym. Dziewczyny nauczyły się techniki stop-klatki. Stworzyły dzieło, które na zawsze zapadło nam w pamięć. W salonie ustawiły wszystkie krzesła, jakie znalazły w domu. Zaprosiły gości: rodziców, dziadków, koleżanki i kolegów. Z dziecięcego pomysłu zrodził się projekt, który trwa do dziś.

Po pierwszym przedstawieniu przyszło kolejne, potem następne i następne. Spontaniczna zabawa w teatr przerodziła się w regularne zajęcia. Ktoś podarował nam piękne, stuletnie kukiełki. Ktoś inny zaprosił do Teatru Narodowego. Grono dzieci zafascynowanych przedstawieniami zaczęło się powiększać.

Latem trwają wakacyjne warsztaty teatralne, wśród zielonych drzew, nad dzikim Jeziorem Mielno. Mieszkamy wspólnie w małym, drewnianym domku. Niektórzy muszą spać na podłodze, bo łóżek mało. Posiłki trzeba przygotować samodzielnie. Tak samo wszystko, co potrzebne do inscenizacji. Niewielkim kosztem, bardzo skromnie, amatorsko powstaje kolejne wspólne dzieło dziewczynek z grupy teatralnej KTO.

Ja tylko prowadzę. Spinam działania wielką klamrą jak pranie. Instruuję i pomagam. Słucham pomysłów. Skłaniam do szukania nietuzinkowych rozwiązań. Pobudzam i motywuję. Uczę, jak pracować razem, by odnieść sukces. Towarzyszę w mozolnym procesie szlifowania drobiazgów.

Znów, po raz kolejny, zadziwia mnie dziecięca ciekawość świata, zmysł piękna i artystycznego porządku, kreatywność i inicjatywa. I mimo że przecież wiem wiele o dzieciach, zaskakuje mnie otwartość ich umysłów, zdolność odczytywania symboli, tworzenia nastroju, współdziałania, żywiołowa radość z bycia razem.

Patrzę i dumam nad tym, jak teatr zmienia te dziewczyny. Jak rozkwitają na scenie, jak przełamują nieśmiałość, jak szybko chłoną słowa, ruchy, gesty, uwewnętrzniając je tak, że same stają się odmienione przez sztukę. Jest w tym jakieś niewyobrażalne piękno Bożej mocy, tajemniczej siły, która na chwilę przenosi człowieka w świat inny, lepszy, pełen cudów i metafizycznych doznań.

Mam wrażenie, że to nie ja uczę je teatru, ale one mnie.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Anioł

W bazylice Świętej Trójcy w moim miasteczku po obydwu stronach prezbiterium stoją drewniane figury aniołów. Figury, jak i cała świątynia, reprezentują styl rokoko. Szaty aniołów są fantazyjnie udrapowane, pozłacane, ich loki bujne. Anioły przyklękają na jedno kolano, a rękę unoszą w geście wskazującym niebo. Rzeźby ustawiono przy ścianie, na stopniu prowadzącym do prezbiterium. W całym kościele takich barokowych aniołów jest wiele. Duże i małe, rzeźbione i malowane. Gdzie by nie spojrzeć, wszędzie pulchniutkie i złote anioły. Te dwa jednak, Anioł Prawy i Anioł Lewy, są wyjątkowe. Stoją na schodku, na którym siadają dzieci.

Istnieje niepisana zasada wśród dziecięcej społeczności, że miejsce pod skrzydłem anioła jest miejscem najlepszym. Nic dziwnego. Tylko wtedy anioła można dotknąć palcem. Przesuwać dłonią po jego szacie. Liczyć pióra na skrzydłach. Niektórzy mający mniej niż pięć lat odważają się nawet na bezwstydne przytulenie do anioła lub cmoknięcie go w policzek. Dziecięca eksploracja nie zna granic, a anioły nie protestują nawet wtedy, gdy małe rączki sprawdzają, czy oczy anioła są prawdziwe.

Niektórzy rodzice nie pozwalają na zbytnią poufałość z aniołem. Strofują malucha, próbują usadzić go prosto i grzecznie na miejscu, tłumaczą, zakazują, a w końcu odciągają na bok wśród płaczu, krzyku i dziecięcego żalu. Inni natomiast pobłażliwie akceptują znajomość z aniołem, interweniując dopiero wtedy, gdy zbyt mocno pociągnięty anioł zaczyna się niebezpiecznie chylić ku upadkowi.

Anioły przyciągają uwagę dziecka. Zapraszają do poznania. Wskazują niebo. Niewątpliwie trudnym zadaniem jest wprowadzanie dziecka w świat wiary. Dziecięca religijność, duchowa wrażliwość to coś niezwykłego, pięknego, wymykającego się intelektualnym opisom i analizom. Wychowanie dziecka to troska o niego w każdym wymiarze życia: biologicznym, psychicznym, społecznym, kulturowym i duchowym. Tak jak całe wychowanie jest niczym innym jak jednym, wielkim i ważnym spotkaniem, tak rozwój religijności również musi odbywać się poprzez spotkanie i dialog. Małe dziecko posiada żywe i intensywne przeczucie nieskończoności, naturalną skłonność zachwycania się światem i sobą, chęć niesienia pomocy i współodczuwania z innymi. Jednocześnie uczy się świata całym sobą, jak gąbka chłonąc wszystkie doznania, doświadczenia i słowa. Żeby poznać, nauczyć się, spotkać, dziecko musi doświadczyć, zobaczyć, dotknąć – tak jak dotyka aniołów w Bazylice Świętej Trójcy. Żeby mogło nauczyć się wiary, musi mieć możliwość jej doświadczania na co dzień, tu i teraz, w otoczeniu, w którym żyje, rośnie, bawi się i martwi.

Potrzeba do tego mądrych rodziców, uporządkowanych, czuwających nad domową liturgią, nad rytuałem pobożności. Rodziców świadomych tego, że religia jest częścią naszej ludzkiej tożsamości, a godność człowieka to niezbywalny dar Boga Stwórcy. Potrzeba rodziców radosnych i spokojnych, bo tylko tak wprowadzić można dziecko w pokój Boży. Trzeba być czujnym, by uniknąć pułapki pustych gestów i słów, dewocji, przesytu i nadmiaru pobożności, które zniechęcą zamiast zachwycić. Trzeba samemu wciąż szukać kontaktu z Bogiem, by nauczyć dziecko takiej postawy.

Trzeba ciągle, raz za razem podchodzić do anioła z pragnieniem schowania się pod jego złotym skrzydłem.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Małżeństwo

W małżeństwie jestem od siedemnastu lat, a od dwudziestu znam mężczyznę, który jest moim mężem. Szmat czasu. Wiele dni, wiele lat, mnóstwo chwil. Patrzę na świat dokoła, na znajomych, rodzinę i przyjaciół i wszędzie nieudane związki, rozpadające się małżeństwa, kryzysy, rozwody, separacje, zdrady… Pytam sama siebie: jak to możliwe, że trwamy? że miłość trwa, a wspólne życie to wartość, o którą dbamy? Jak to możliwe, że wciąż pragniemy swojej obecności, rozmów, bliskości?

Małżeństwo to niewątpliwie trudna droga. Wyboista i pełna dziur. Ale są też na niej zaskakujące i piękne rzeczy, od których nie można oderwać wzroku. Małżeństwo jest jak budowla wznoszona wspólnymi siłami: cegła po cegle, ściana za ścianą, piętro za piętrem. Budowla coraz wyższa, wspanialsza, która tak naprawdę okazuje się w końcu być mostem do Nieba. Razem budujemy. Razem wznosimy.

Żeby dotrzeć do miejsca, w którym jesteśmy teraz, musieliśmy nauczyć się wiele. Trzeba było stworzyć nowe rytuały, swoje własne wspólne tradycje. Trzeba było uczyć się siebie nawzajem, swoich emocji i uczuć, swoich ciał, swoich lęków i utrapień, swoich radości i smutków, swoich pragnień i potrzeb. Trzeba było wreszcie wiele poświęcić, ogołocić siebie z siebie, oddać jak się oddaje niemożliwe. Wszystko to było jak operacja na otwartym sercu, jakby ktoś wyciągał nam z ciała serce i wkładał nowe, obracając je po wielokroć. Och, jak bolało, gdy uczyliśmy się pokory i zrozumienia; gdy szukaliśmy słów, by wyrazić to, czego wyrazić się nie da; gdy małżeństwo odzierało nas z egoizmu, pychy, zwykłej głupoty. Naprawdę bolało.

I jaka była radość, gdy się udało porozumieć, po wielu próbach wreszcie znaleźć odpowiednie słowa i gesty. Jakie to szczęście, że wystarczy już teraz zwykłe spojrzenie, uśmiech, wyraz twarzy, mruknięcie nawet, by wiedzieć, że miłość trwa i trwać będzie zawsze aż do śmierci. Siedemnaście lat minęło szybko, jak podmuch wiatru, jak burza, po której przychodzi słońce. Jest Dom. Są Dzieci. Jest szara codzienność pełna znoju, kłopotów, zmęczenia. Są czasem sprzeczki i kłótnie (rzadko, bardzo rzadko). I jest nasza miłość zakorzeniona w sakramencie, uświęcona. Łaska, która nie przemija.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | 2 komentarze

Szukanie Prawdy

Mam 37 lat i kiedyś zgubiłam siebie.

Nie umiem sobie przypomnieć, kiedy i gdzie, w którym momencie to się stało. Czy w jasnych i cichych salach hospicjum? Czy może w przedszkolach i szkołach pośród setek dzieci małych, dużych, średnich? W dyrektorskim gabinecie? Na uczelni? W domu? W pośpiechu, zabieganiu, obowiązkach? A może było tak, że przez lata traciłam po kawałeczku siebie, wszędzie zostawiając ślady swojego istnienia? Raz za razem aż nic już nie zostało.

I dopiero w tej pustce ogołocenia, w milczeniu serca, w niebycie pamięci zaczęłam szukać Prawdy o sobie samej. Nie wiem jeszcze, kim jestem ani kim chciałabym być. Depresja – mój cień – przesłania mi widok, wykrzywia perspektywę, prowadzi na manowce. Jest w tobie tylko starość, zmęczenie życiem – zdaje się szeptać mi do ucha w bezsenne noce – jest w tobie tylko starość. Jak czarne ptaszysko.

Na szczęście mam nowe, białe, duże lustro. Przeglądam się w nim cała. Tak spostrzegłam, że zmarszczki wokół oczu są delikatne, zęby nadal białe, a skóra i ciało jędrne. Tak poznałam kawałek Prawdy.

Upraszczam życie, żeby w prostocie odnaleźć to, co dawno zgubione pośród zawiłych ścieżek świata. Porządkuję przestrzeń, wyrzucam latami nagromadzone, niepotrzebne rzeczy, oczyszczam ściany i nakładam na nie nowe kolory. Dbam o siebie i mówię sobie miłe słowa.

Na wszelki wypadek codziennie wieczorem kładę rękę na sercu, by usłyszeć jego bicie. To dla mnie dowód, że wciąż jestem.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Cmentarz

Wieczorem pojechałam na cmentarz. Kupiłam świecę z porcelanowym białym aniołem i fioletowe kwiaty w czarnej donicy. Bałam się, że za chwilę spadnie deszcz, bo niebo przybrało kolor brudnych snów. Grób mojego synka jest niepozorny. Zielono-błękitny kamień. Szara płyta z wykutym napisem. Urodzony i zmarły. Dokoła białe, drobne kamyki. Znicze z wypalonymi świeczkami. Tylko tyle.

Najpierw przyjeżdżałam codziennie tulić swój ból i nieziszczoną miłość. Łkałam nad białymi kamykami i zapisywałam chwile, które się nigdy nie wydarzą. Potem przestałam odwiedzać cmentarz. Grób Adasia był skargą, wyrzutem sumienia, oskarżeniem, że za mało kocham, za mało kochałam. Dręczyło mnie to dziecko, jego niewielkie ciałko, nóżki, których dotykałam w czasie porodu, życie, które się nie przeżyło, nie wydarzyło. Projektowałam wydarzenia z jego udziałem, wymyślałam jego włosy, buzię, głos. Śniłam mojego synka, a po przebudzeniu płakałam, złorzecząc okrutnemu światu i Bogu, który nas opuścił.

Wreszcie, w piątą rocznicę śmierci synka, wieczorem pojechałam na cmentarz. Uprzątnęłam stare lampki i uschnięte kwiaty. Zapaliłam świeczki. Ustawiłam nowe doniczki.

Dosyć już – powiedziałam, nie wiem właściwie do kogo, do siebie samej czy do dziecka złożonego w zielono-błękitnym grobie – dosyć.

Po powrocie do domu, w nocy, szlochałam w ramionach męża. Potem spałam spokojnie i długo w naszym pokoju na poddaszu. A Adaś, mój syn, wrócił wreszcie przed oblicze Boga.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

W lustrze

Piątek duszny, niespokojny, chybotliwy. Przeczucie jakiegoś braku, niedopełnienia, niedosytu. Ubrana w sportową spódnicę koloru myszy i pasiastą bluzkę zakładam niebieskie trampki. Dlaczego trampki? Teraz do wszystkiego nosi się trampki. Taka moda. Taki styl. W dramatycznym geście buntu zrzucam buty. Zakładam czarne sandały. Patrzę na siebie w lustrze. Zawsze niezadowolenie ze swojego wyglądu, ubioru, makijażu. Niezadowolenie ze swojego odbicia. Niezadowolenie z siebie. Nosimy tę niezgodę na własne istnienie jak karę, jak pokutę za grzechy pierwszych naszych rodziców. Wpisane w dusze pragnienie ideału każe nam ciągle szukać, próbować, mocować się z tym, co tu i teraz, wytyczać nowe cele, drogi, łapać szanse, dostrzegać możliwości.

Patrzę na siebie w lustrze jak na obcą kobietę. Z początku nie było łatwo wyobcować się z siebie samej. Powtarzalność tego aktu stała się z czasem ćwiczeniem koncentracji na obrazie. Taka codzienna praca domowa. Zaczyna się zawsze tak samo. Najpierw fala niezadowolenia. Ocena krytyczna. Głęboki wdech. Zamknięcie oczu. Wydech. Oczy otwarte. Bądź dla siebie obca. Patrz w lustro jak w portret nieznajomej. A samo lustro jest śliczne. Wysokie, w białej ramie, lekko pochylone do tyłu, ze zgrabnymi wieszakami na biżuterię, na których zawiesiłam drewniane marionetki – Wojtusia i Małgosię. Marionetkami bawię się czasem z dziećmi. Nieporadnie trzymają za sznurki. Skupione, z zagryzionymi wargami mówią do drewnianych lalek jak do najbliższych. Delikatnie, żeby ich nie zniszczyć, nie skrzywdzić, wykonują na pół śmieszne gesty, manewrują krzyżakiem, wzdychają z przejęcia. Od marionetek uczą się dreptania, stawiania kroków, poruszania palcami.

A więc białe lustro z marionetkami pod dachowym oknem w sypialni. Moje odbicie w lustrze. Ja, obca, obserwator. Bez emocji. Brązowe włosy, niesforne jak burza, jak wzburzone morze, fale, loki, promyki słońca na nich. Są naprawdę piękne. Dalej zgrabne czoło, małe niebieskie oczy podkreślone złotym cieniem, ostry nos, orli, rzymski, pulchne policzki, wąskie, smutne usta, nierówne zęby. Ładny uśmiech. Reszta trochę za obfita, ale przecież zupełnie w porządku. Do przyjęcia. Kobieta z portretu nie odstrasza, może nawet lekko przyciąga. Chciałabym ją poznać – myślę – posłuchać jej opowieści.

I tak krok po kroku, dzień po dniu, zaprzyjaźniam się sama ze sobą metodą wyobcowania. Uśmiecham się do siebie jak do kogoś zupełnie innego. W lustrze ciekawa osoba, nietuzinkowa kobieta. We mnie dziewczynka z sercem pełnym strachów.

 

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Pajęczyna

Schowałam się w swoim dużym domu. Drzwi zamknęłam na klucz. Wytarłam kurz na bibliotecznych półkach. Wytrzepałam dywany i umyłam podłogę. Starannie wyszorowałam łazienkę, najpierw na dole, potem drugą – na poddaszu. Wyprałam brudne ubrania, pościel, ręczniki. Równiutko ułożyłam czyste rzeczy w garderobie. Wyrzuciłam to, co niepotrzebne i kupiłam kwiaty. Posadzę je w skrzynkach na balkonie, gdy nadejdzie czas.

Teraz zbieram porozrzucane chwile jak kolorowe kamyczki. Układam całość z popękanych minut, godzin, dni, tygodni. Ukryta w ciszy opuszczonego, posprzątanego domu słucham siebie, słabego głosu gdzieś z dna ciemnej studni. Dom bez dzieci jest mi przychylny, zdaje się rozumieć moją samotność, mruczy jak kot, niczego nie wymaga, niczego nie oczekuje. Chowam się w nim jak w pustelni. Piję czarną herbatę z dużego kubka w motyle. Czytam. Piszę. Patrzę. Nasłuchuję. Modlę się do Boga, którego tak często gubię w gęstwinie poplątanych chwil. Modlę się nieśmiało, powoli, słowami niewypowiedzianymi do końca. Modlę się ciszą, która oplata mnie jak pajęczyna.

 

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | 1 komentarz

Zapach aksamitek

Ból kręgosłupa nie pozwala mi zasnąć. Ostrożnie układam się w pustym łóżku. Kolorowa pościel wcale nie chroni przed bezsennością. Jest jak ironiczny uśmiech nocy, królowej snów. Wabi obrazami i ucieka prędko, bezlitosna i obca jak nie swoje niebo.

Jestem sama w wielkim, jasnym domu przy ulicy i płocie obrośniętym bluszczem. Dzieci wyjechały. Piotra nie ma. Są tylko moje lęki, demony bólu i potłuczone pragnienia jak szklanki.

Zostawiłam zapalone światło na schodach. Światło rozprasza mrok. Przegania złych ludzi.

Moje palce pachną jeszcze aromatem pomarańczowych aksamitek, które wieczorem przyniosłam w kartonie do domu.

Żeby oszukać ciało rozrywane falami bólu, czytam Szostaka. Duszną opowieść o dziwnej i wielkiej rodzinie żyjącej w schulzowskim labiryncie korytarzy, dróg i uliczek, w magicznym mieście Kraków, w którym po ulicach pływa się gondolą, a nocami obserwuje sny kuzynów i ich nagie ciała zespolone z pościelą. Wnikam w ten świat, pełen Witkacego i Wyspiańskiego, muzyki i strachu, niemocy i nonsensu jakbym to ja szukała bliskich, ratunku w miłości, wyzwolenia w rebelii.

I tylko zapach aksamitek sprowadza mnie z powrotem do brązowej sypialni na poddaszu.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | 2 komentarze