Kariatyda

Moja córka

Kariatyda

ma smukłe dłonie

którymi oplata

nasz dom

jak siecią

 

Zaszufladkowano do kategorii Wiersze | Dodaj komentarz

Szkoła przyszłości

W edukacji domowej obecna sytuacja w kraju niewiele zmieniła. To jeszcze jedna zaleta homeschoolingu. Oprócz odwołania egzaminów klasyfikacyjnych, które moje córki miały zdawać wcześniej, odczuwamy tylko brak możliwości wycieczek i edukacyjnych spacerów. Choć dostępność oferty online dla dzieci rekompensuje nam te niedogodności, a egzaminy i tak zdamy, czy to w marcu czy w czerwcu – nie ma znaczenia. Życie toczy się zatem stałym rytmem. Jest może bardziej slow, bo jazda konna odwołana, teatralne odwołane, a reszta odbywa się przez Skype. Samochód wciąż zatankowany. Kontakty ograniczone do minimum. Czasem tylko trzeba zrobić zakupy, ale staram się rzadko, za to w hurtowych ilościach. Na zapas. Mąż też przerzucił się na homeworking. Cała rodzina w domu. Wbrew temu, co piszą i mówią media, czuję się bezpiecznie ukryta w zaciszu własnego gniazda, z najbliższymi i ich drobnymi sprawami.

Bliska mi jest myśl, że koronawirus okazał się dla ludzkości sprzymierzeńcem. Społeczeństwa krajów szybko rozwijających się dotarły do momentu, w którym tylko radykalna sytuacja mogłaby je zatrzymać i skłonić do refleksji nad własnym funkcjonowaniem.

Z racji zawodu ze szczególnym zainteresowaniem śledzę doniesienia na temat polskich szkół w czasie zarazy. W obecnej sytuacji widzę olbrzymi potencjał dla gruntownych zmian w procesie edukacji dzieci i młodzieży. Doświadczenie kwarantanny warto potraktować jako preludium do szkoły przyszłości. W refleksji na temat współczesnego świata, medycyny i Kościoła nie może zabraknąć debaty nad szkolnictwem. Wszyscy odczuwamy, że szkoła, którą znamy z XX wieku, nie przystaje do wyzwań wieku XXI. Nie wystarczy zmieniać tego systemu, który znamy. Stoimy przed zadaniem wymyślenia szkoły na nowo, a doświadczenia i metody homeschoolingu mogą być w tym wymyślaniu źródłem inspiracji.

Przymusowe przeniesienie edukacji do domów pokazało nam jako społeczeństwu realne problemy współczesnej szkoły. Dzieci i młodzież nie potrafią uczyć się samodzielnie. Mało tego, w ogóle nie przejawiają poczucia odpowiedzialności za własny proces nauczania. Nauczyciele z kolei próbują przenieść znany im sposób edukacji szkolnej do internetu, skupiając się na realizacji programów nauczania, kart pracy i testów. Efektem jest zarzucenie uczniów materiałem encyklopedycznego zasobu wiedzy do tzw. pracy samodzielnej lub domowej. Rodzicom także trudno odnaleźć się w szkolnej kwarantannie. Zmuszeni nagle do przejęcia odpowiedzialności za dzieci w wieku szkolnym i ich zajęcia, czują wewnętrzny sprzeciw i niezgodę. Często nie potrafią pogodzić własnej pracy zdalnej z nauką online przez dziecko. Dodać należy jeszcze kłopoty z zaopatrzeniem żywnościowym, konieczność wykarmienia całej rodziny oraz problemy techniczne – bo dzieci w wieku szkolnym (o! dziwo) nie umieją obsługiwać narzędzi do lekcji przez internet. A to tylko wierzchołek góry lodowej. Poziom społecznego stresu i frustracji rośnie. Rodzice jawnie i publicznie krytykują nauczycieli i dyrektorów szkół. Nauczyciele narzekają na brak zrozumienia i współpracy ze strony rodziców uczniów. Właściwie wygląda na to, że nic się nie zmieniło. Szkoła i panujące w niej relacje przeniosły się tylko do sieci. Szkoda.

Brakuje mi gdzieś w tych publicznych żalach na fb i forach realistycznego spojrzenia na potencjał zmian, z jakim mamy obecnie do czynienia. Edukacja wreszcie może być nowoczesna! Wreszcie uczniowie mogą uczyć się w przestrzeni domowej, na kanapie, wyjęci z ciasnych, nieprzyjemnych i brudnych ławek, z sal szkolnych jak sale fabryczne. Wreszcie mają możliwość wykorzystywania w praktyce technologii komputerowych, a nie tylko uczenia się o nich. Wreszcie mogą zostać włączeni w proces decyzyjny dotyczący ich samych. Mogą w praktyce i poprzez własne doświadczenie uczyć się, czym jest poczucie sprawczości i kontroli nad sobą. Bardzo żałuję, że tylko nieliczni nauczyciele i nieliczni rodzice dostrzegli te możliwości. Oczywiście, że zmiany te nie są łatwe i nie zadzieją się ot, tak po prostu. Do tego potrzeba wspólnej pracy. A wszyscy się tej pracy boją: i nauczyciele i rodzice i uczniowie, bo nie wiedzą, do czego ich doprowadzi, przed jakimi zmianami przyjdzie im stanąć. To dlatego chyba tyle narzekania wokół kwestii szkolnictwa.

Rzeczywiście umiemy narzekać i wylewać na siebie nawzajem obelgi i oskarżenia. Tymczasem szkoła przyszłości nie stanie się nagle w wyniku magicznego pstryknięcia palcami ministra edukacji. Szkoła przyszłości zaczyna się dzisiaj, teraz – w obliczu światowej epidemii choroby, o której do niedawna nikt jeszcze nie słyszał. Szkoła przyszłości zaczyna się od dostrzeżenia potencjału. To, co z nim zrobimy, jak go wykorzystamy i rozwiniemy, zależy od nas wszystkich: rodziców, nauczycieli, uczniów i polityków. Warto mieć to na uwadze, gdy kwarantanna wreszcie się skończy.

Zaszufladkowano do kategorii Edukacja domowa | 2 komentarze

Uważność

W procesie terapii, uzdrawiania umysłu i ciała, podstawą jest uważność. Tego uczymy się mozolnie, kroczek po kroczku. Najpierw z uwagą słuchać opowieści innych, kawałków ich życia, fragmentów doświadczeń, opisu uczuć. Na początku wydaje się to łatwe. Ot, takie tam zwierzenia ludzi zagubionych w świecie. Wydaje się nam, że jesteśmy inni, lepsi, że bardziej siebie znamy, panujemy nad swoim światem. Ocenianie innych przychodzi nam tak łatwo. Dawanie rad jest takie proste. Rozwiązywanie cudzych problemów – banalne i oczywiste. Słuchamy, jak siedzący obok nas próbują wypowiedzieć własną pustkę. Jesteśmy widzami w teatrze świata. Słuchamy, ale przecież nie słyszymy.

Potrzeba naprawdę wiele tygodni, miesięcy, aby nauczyć się uważnie słuchać cudzej opowieści o życiu. Aby pod warstwą nieudolnych słów zobaczyć niewysłowione pokłady cierpienia, bólu, wstydu, udręki. Wtedy właśnie, jak w antycznej tragedii, dociera do nas ten ogromny ładunek współczucia i lęku. Nasze terapeutyczne katharsis trwa.

Człowiek przestaje oceniać innych, bo po tych wielu miesiącach dostrzega wreszcie, że nikomu nie jest to do niczego potrzebne – ani innym, ani jemu samemu. Człowiek przestaje dawać innym rady i rozwiązania ich problemów, bo rozumie wreszcie,  że każdy sam musi przeżyć swoje życie i podjąć swoje decyzje. Człowiek staje się łagodny i dobry dla innych. Wie już wreszcie, że wszyscy cierpią. Słuchając uważnie innych, orientuje się, że zaczyna także słuchać samego siebie. Wtedy z widza staje się aktorem własnego życia. I wreszcie może usłyszeć samego siebie. A kiedy to zrobi, zrobi to z uważnością, o jaką nigdy by siebie nie posądzał. Będzie odtąd świadomy swoich gestów i ruchów, emocji i zachowań. Będzie chciał o nie dbać. Będzie potrzebował sam zaopiekować się sobą.

Po kolejnych kilku miesiącach w procesie terapeutycznym przychodzi zrozumienie dla zmiany. Potrzeba zmiany najpierw przynosi strach, potem zaskoczenie, radość, na końcu ulgę i dumę i lekkość. Zmiany mogą być wielkie lub małe. Nieważne. Ważne, że są, że się pojawiają, bo to znaczy, że życie trwa. To znaczy, że jesteśmy. To znaczy, że wciąż możemy tworzyć swoją własną opowieść. I sami sobie bić brawa z zachwytu.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Święto

Pochmurno. Za oknem migają reflektory przejeżdżających aut. Na stole mruga świeczka. Naprzeciw kominka mała, wesoła choinka udekorowana przez Gabrysię błyszczącymi jednorożcami. Z radia płyną cichutko kolędy. Jestem sama w moim przytulnym domu.

Dziewczynki poszły do babci. Mąż w pracy. Cudownie mi w swoim własnym towarzystwie w ten świąteczny czas, w którym wszystko się zmienia. Aż w końcu przychodzi moment, gdy już się nie wie, co nas tak martwiło, straszyło, goniło. Moment, gdy oddycha się spokojem. Nadzieja przychodzi do mnie zawsze nieoczekiwanie, jakby przypadkiem, ale za każdym razem sprawia, że uśmiecham się do życia, a ono staje się wtedy świętem. Coraz częściej myślę, że to jest właśnie sposób – traktować wszystko, świat cały, życie, siebie – jak wielkie święto. Chce się wtedy być pięknym, dobrym, życzliwym i wdzięcznym, a radość jakoś tak łatwiej przytrzymać, zatrzymać, oswoić na dłużej. Łatwiej zadbać o siebie, gdy ma się przed nosem perspektywę świąt. A więc zakładam elegancką sukienkę, kolczyki i buty. Układam włosy. Starannie robię makijaż. Przygotowuję sobie pyszną herbatę w odświętnej filiżance. Odsuwam od siebie ciemne myśli – to nie jest czas dla nich, bo w święto można oderwać się od tego, co boli i tego, co trudne. Jest inaczej. To nic, że kolejny rok, kolejne smutki i strachy. To nic, że poniedziałek. Naprawdę jest inaczej.

Nawet ta moja samotność jest inna. Taka świąteczna. Przytulna. Dobra.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Nauczyciel

Parę lat temu na jednym ze spotkań Domowego Kościoła padło pytanie: Kim dla mnie jest Jezus? Pytanie właściwie proste, można by rzec – banalne i wyświechtane. Z Kościołem Domowym dosyć szybko się rozstałam, nie znajdując w tej grupie miejsca dla siebie i swojego małżeństwa. Pytanie natomiast o Jezusa zostało ze mną i jest i trwa nadal w moim życiu. Często do niego wracam, bo jest to pytanie, które konstytuuje moje rozumienie wiary.

Pamiętam do dziś to mocne, silne wrażenie, jakie wywarło na mnie pytanie postawione przez animatorów kręgu. Inni chętnie i obficie odpowiadali, mądrze i duchowo, a ja poczułam się zupełnie bezradna, jakby pytanie to dotyczyło czegoś najważniejszego, najpilniej strzeżonego skarbu mojej duszy. Nigdy wcześniej i nigdy później nie doświadczyłam takiego poczucia bezradności i ogołocenia wewnętrznego. Pytanie o to, kim jest dla mnie Jezus, okazało się być pytaniem o to, kim tak naprawdę jestem ja sama.

Przez tych kilka lat szukałam odpowiedzi, próbując poznać i zrozumieć katolicyzm. Liczne lektury duchowe, jakieś konferencje, rekolekcje, modlitwa rodzinna i indywidualna – wszystko to sprawiało, że świat i wiara wcale nie stawały się prostsze. Wręcz przeciwnie. Aż przyszedł czas choroby, mroku, jakiejś wewnętrznej pustki, znużenia sobą i wszystkim. I właśnie wtedy, gdy przestałam szukać, gdy się zatrzymałam w swojej beznadziei, przyszła odpowiedź. Kim jest Jezus dla mnie, w moim życiu? Tak, oczywiście, że jest Synem Bożym, Zbawicielem świata. To jasne, wyuczone przez wiele lat katechezy, powtarzane potem własnym dzieciom. Ale to tylko formułka, definicja, wiedza.

Prawdziwym przeżyciem, osobistą moją odpowiedzią jest doświadczenie całego dotychczasowego życia. Z perspektywy dojrzałej (chyba) osoby. Takie doświadczenie, że Jezus to najlepszy, najwspanialszy Nauczyciel ze wszystkich, których spotkałam na swojej drodze. Gdy zrozumiałam, że jest to sedno wszystkich moich poszukiwań i wszystkich moich odpowiedzi, uśmiałam się sama z siebie. Przecież to takie proste! Takie oczywiste! Bliskość Jezusa jako człowieka-Boga polega na tym, że można się z Nim utożsamić, że można się od Niego zwyczajnie, po prostu uczyć. A skoro ja jestem nauczycielem, to On jest  moim Mistrzem.

Czy można mówić o myśli pedagogicznej Jezusa z Nazaretu? Gdybym zaryzykowała i podjęła taki temat, na co zwróciłabym uwagę? Na pewno na Jego wielki talent pedagogiczno-psychologiczny, umiejętność odczytywania ludzkich emocji, motywów postępowania, lęków. Koniecznie trzeba by było powiedzieć o wielkiej wrażliwości i empatii w obcowaniu z ludźmi. O łagodnej stanowczości. Konsekwencji w działaniu. Wychowywaniu poprzez świadectwo własnego życia – tak ważne dla młodych ludzi w każdej epoce. A przecież jeszcze indywidualizacja nauczania, edukacja włączająca, nauczanie w działaniu i poprzez doświadczenia zmysłowe. Metoda dialogu doprowadzona do perfekcji, umiejętność słuchania i uczenie przez storytelling – odwieczną, ulubioną metodę ludzkości na przekazywanie wiedzy o świecie. Do tego wspólne wędrowanie, ucznie w drodze, bycie w drodze, pielgrzymowanie uczącego z nauczanym. Edukacja leśna, edukacja domowa, edukacja masowa i indywidualna, koedukacja i edukacja zróżnicowana – wszystko tu jest. Idealne w swojej prostocie. Gdybym zaryzykowała i podjęła temat myśli pedagogicznej Jezusa z Nazaretu, opowiedziałabym o wspaniałym, cudownym Nauczycielu i o wychowaniu, o którym marzy każdy z nas.

Zaszufladkowano do kategorii Edukacja domowa | Dodaj komentarz

Mama w domu

Doświadczenie bycia w domu jest moim udziałem już prawie od pół roku. Długo miałam wrażenie jakiejś niestosowności takiej sytuacji. Znajomi pytali: Co u ciebie? Co porabiasz w tym roku? Gdzie pracujesz? Jeszcze do niedawna bez namysłu machałam ręką i mówiłam: Aaa, nic nie robię, jestem w domu z dziećmi. I uśmiechałam się jakoś tak przepraszająco, z poczuciem winy, szybko zmieniając temat. Gdy w odpowiedzi słyszałam niedowierzanie (Jak to? Ty? Zrezygnowałaś z pracy?), zaczynałam zastanawiać się, czy przypadkiem nie przypominam ufoludka z odległej planety.

Musiałam przewartościować swoje życie, pragnienia, cele. Właściwie wciąż to robię, bo jak zacznie się zmianę, która ma być gruntowna, to tak jakby poruszyło się wierzchołek góry lodowej. A z tej góry sypie się i sypie kawałkami lód.

Od jakiegoś czasu na zapytania znajomych lub rodziny odpowiadam, że jestem w domu, że pracuję z dziećmi. I że codziennie robię mnóstwo rzeczy. Bo tak rzeczywiście jest: edukacja domowa, gotowanie, obowiązki codzienne, do tego pisanie, czytanie i rysowanie, kursy maturalne i psychoterapia. Rezygnacja z pracy zawodowej pozwoliła mi przede wszystkim wejść w uzdrawiający proces psychoterapii, zająć się samą sobą, poczuć się wreszcie dojrzałą, mądrą i piękną kobietą – czego paradoksalnie nigdy nie dały mi sukcesy w pracy. Zrozumiałam, że tylko kobieta, która docenia samą siebie, która o siebie dba, która sama ze sobą rozmawia i która po prostu jest dla siebie dobra – może być matką dobrą, wyrozumiałą i mądrą. To nie żadne poświęcenie dla dzieci i męża kazało mi się zatrzymać, stanąć, zastanowić nad swoim życiem i dokonać takiego wyboru. Nie. Ja po prostu odkryłam wreszcie, co jest moim największym i najwspanialszym dziełem.  Jest nim Dom.

Nie tak szybko dochodziłam do poczucia dumy z bycia mamą w domu. Nawyki z przeszłości wciąż wracały: pośpiech, skrupulatne planowanie, przesadny aktywizm i efektywność jako miara własnej wartości. Ale powolutku, krok za krokiem, budowałam nową siebie w przestrzeni Domu. Wiele trzeba było zmienić. Na wiele sobie samej pozwolić: na długie poranki w łóżku, na słabość, na spontaniczność, spacery o dowolnej porze dnia, nieśpieszne zakupy, wygłupy z dziećmi. Wiele też trzeba było zaakceptować: depresję i jej skutki, płacz i strach, brak pieniędzy, osłabienie, stałą obecność dzieci, tęsknotę za mężem.

Jasne, że zdarzają się dni słabsze i gorsze, gdy zamykam się w sypialni z serialami Netlifxa i udaję, że mnie nie ma. Jasne, że choroba często daje o sobie znać, a psychoterapia wyczerpuje bardziej niż praca w kamieniołomach. Jestem jednak silniejsza każdym przeżytym dniem, a mój Dom to ciepłe, przytulne miejsce pełne książek i rozmów. Uwielbiam być mamą w domu.

Zaszufladkowano do kategorii Edukacja domowa | Dodaj komentarz

Jak drzewo

Dostosowuję się do jesieni. Upodabniam do drzewa, które zrzuca barwne, krzyczące liście i zostaje wreszcie samo – takie proste, prawdziwe, szczere, ogołocone z ozdobników i owoców swojego istnienia. Wreszcie takie, jakie jest naprawdę. Bez kamuflażu barw. I okazuje się, że w tej swojej nagości drzewo zachowuje własne piękno, inny rodzaj piękna. To taka szorstka uroda, smutek gałęzi, które nie mają już niczego do trzymania, spokój osiągniętego celu, spełnienie i cisza. To takie zapadanie się w ciszę, w brązową ziemię, która daje obietnicę powrotu do własnego jestestwa.

Moje korzenie mocno już wrosły w pulchną glebę Domu.

 

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Zmagania z macierzyństwem

Spotykam od czasu do czasu stare znajome. W pociągu, w sklepie, na spacerze. W kilkunastominutowej rozmowie próbują opowiedzieć swoje życia. Zmagania z macierzyństwem. Zawsze, ilekroć uczestniczę w tych spotkaniach, przede wszystkim słucham z uwagą. Mówię niewiele. Potem dziękuję Bogu, że jestem już na kolejnym etapie życia. Że mam już duże dzieci.

Większość moich koleżanek zakładało rodziny w czasie, w którym ja miałam już kilkuletnie brzdące, za sobą urlopy macierzyńskie, nieprzespane noce, karmienie piersią, szukanie pracy jako młoda matka… Słucham teraz moich rówieśniczek, prawie czterdziestoletnich kobiet, które – jako matki przedszkolaków – próbują na nowo układać sobie życie. Mogę tylko ze szczerym współczuciem kiwać głową i przyznać: tak, cholernie trudno jest być matką małych dzieci w naszej Polsce. 

Często trafiam w Internecie na egzaltowane wpisy o tym, jak wspaniale jest być matką, jak macierzyństwo rozwija i dodaje skrzydeł. Podejrzewam, czytając takie hasła, że napisał je ktoś, kto nigdy nie miał małych dzieci; ktoś, kto nigdy nie próbował łączyć wychowywania i opieki nad maluchami z pracą zawodową i rozwojem osobistym.

W naszym kraju jest tak, że – aby zapewnić sobie godne warunki życia (nie luksusowe, ale po prostu zwyczajnie godne) – muszą zazwyczaj pracować obydwoje rodzice. Trudne, jeśli nie niemożliwe, jest utrzymanie rodziny z jednej – powiedzmy urzędniczej – pensji. Zatem chcąc-nie chcąc młode matki zostawiają kilkumiesięczne dzieci w żłobkach, pod opieką niani lub babci i wyruszają do pracy, w której spędzają osiem godzin. Razem z dojazdem i zakupami robionymi po drodze czas ich nieobecności w domu wydłuża się do godzin dziesięciu. Tymczasem pedagogika mówi nam, że pierwsze lata życia dziecka mają niebagatelne znaczenie dla jego całego późniejszego życia i  że potrzeba matki jest tak wielka w tym okresie, że stanowi wytyczne do dalszego rozwoju emocjonalno-społecznego dziecka. (My, matki wiemy o tym instynktownie. To dlatego nasze serca rozdzierają się, gdy trzeba zostawić niemowlaka na cały dzień.)

Wysłuchuję więc moich koleżanek z trwogą i wdzięcznością, przeżywając podczas tych spotkań swoiste katharsis. Słucham o udręce nieprzespanych nocy, o chaosie organizacyjnym, absurdach edukacji przedszkolnej, wyczerpaniu fizycznym i psychicznym, tłumionej złości, lęku przed zwolnieniami lekarskimi z powodu chorego dziecka, trudnościach z opiekunkami, permanentnym zmęczeniu, braku czasu, chronicznym niepokoju i chęci udowodnienia sobie i innym, że przecież dam radę. Patrzę z litością na te dojrzałe kobiety, które zdążyły już zwiedzić prawie cały świat. Teraz zaś nocami płaczą z wyczerpania. I twierdzą, że nie są dobrymi matkami.

Utożsamiam się z nimi jako dawna ja, sprzed paru lat, targana destrukcyjnym poczuciem winy, że nie jestem szczęśliwa jako matka i żona. Z pierwszego okresu życia moich córek pamiętam właśnie strach, zmęczenie i wieczny pośpiech. Tkwiące gdzieś w tyle głowy przekonanie, że powinnam przecież wychowywać i uczyć swoje własne dzieci, a nie te cudze. Teraz z perspektywy czasu wiem, że inaczej być nie mogło, że te doświadczenia wczesnego macierzyństwa, niedosyt, tłumione podszepty intuicji i instynktu stały się fundamentem moich obecnych wyborów, edukacji domowej, rezygnacji z pracy, szukania siebie samej w chaosie wszechświata. Jednocześnie napawa mnie wielkim smutkiem fakt, że w naszym kraju nie szanuje się matek; że wartość kobiety liczy się jej pozycją zawodową lub stopniem naukowym i sukcesami zewnętrznymi. Tak, wiem, poniekąd same to sobie zrobiłyśmy, my – kobiety feministki. I nie dziwi mnie już to, że tak wiele z nas choruje na depresję.

 

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Czas

Czas zwolnił.

W uporządkowanej przestrzeni Domu odnajduję życie i siebie – zagubioną dotąd w pędzie świata. Od kilku miesięcy nie pracuję. Nie uczę się. Nie zabiegam o uznanie i pieniądze. Nie przesadzam z samodyscypliną. Nie wymagam od siebie zbyt wiele. Po prostu jestem dla siebie dobra.

Nigdy do tej pory nie miałam tyle czasu.

Zawsze w biegu, w napięciu, w stresie kolejnych zadań, wyzwań, aspiracji, zdobywania sukcesów. Zawsze nerwowa i potwornie, kolosalnie zmęczona. Udręczenie życiem, ból fizyczny i psychiczny, emocje i potrzeby spychane na dno samej siebie – aż do zniewolenia pracą, działaniem, pędem.

Wreszcie doceniam czas.

W zwyczajnej codzienności odnajduję ukryte, zapomniane sensy. Zmywanie naczyń przeradza się w medytację. Składanie prania w dziękczynienie. Przedpołudnie z dziećmi w modlitwę radości. Samotne chwile w ciszy w rozmowę z sobą samą. Wypełnia mnie spokój.

Czas działa na moją korzyść.

Czuję, jak mnie uzdrawia. Spowolnienie pozwala wreszcie ucieszyć się codziennością, przeżywać i smakować banalne tu i teraz, poznawać siebie. Zaczynam nawet podejrzewać, że do szczęścia wcale nie trzeba wiele. Wystarczy trochę czasu, ciepły koc, gorąca herbata z pomarańczą i sms od męża.

Takie zwyczajne słowa. O miłości.

 

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Szpilki

Kupiłam sobie szpilki. Piękne. Czarne. Z wysokim obcasem. Pierwsze w  życiu, mimo że za chwilę przekroczę czwartą dekadę życia.

To zdumiewające. Potrzebowałam kilku miesięcy terapii, żeby pozwolić sobie na szaleństwo kupienia szpilek. Trudność życia z syndromem DDA polega na tym, że człowiek wciąż wewnętrznie się kuli, chowa w sobie, udaje, że go nie ma, że nie ma jego uczuć, emocji, lęków i potrzeb. Można tak długo trwać, jakby się było za szklaną taflą lub pod peleryną-niewidką. Można tak długo żyć w przekonaniu, że tylko sukces przyniesie ulgę, satysfakcję, to nieosiągalne poczucie własnej wartości. Kolekcjonuje się więc kolejne sukcesy i porażki, szuka wciąż nowych wyzwań i zadań. Człowiek spala się w biegu napędzanym własną rozpaczą i strachem. Zawsze z nieodłącznym cieniem niekompetencji i poczucia niższości niczym Upiór z Mickiewiczowskich „Dziadów”.

Życie moje całe wydaje mi się być jak dramat romantyczny. Pełne chaosu, niewypowiedzianych gwałtownych uczuć szalejących w duszy niczym tsunami, pustoszących wewnętrzny świat. Pamięć moja to skrawki, urywki tego, o czym nie chce się pamiętać, demony strachu trzymane na niepewnej uwięzi. W dziurach pamięci szukam pomału prawdy o sobie samej. Przywołuję duchy. Karmię je. Co dzień zmagam się z Bogiem. Moja Wielka Improwizacja wciąż trwa.

Ale to nic. Po kilku miesiącach terapii DDA budzi się powoli nadzieja. Na to, że kiedyś wreszcie poznam siebie, tak do końca. Zaczynam od małych rzeczy o wielkim znaczeniu. Na początek szpilki. Piękne. Czarne. Z wysokim obcasem.

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz