Widziałam lisa. Szedł nieśpiesznie skrajem lasu w sylwestrową noc. Jego oczy rozświetliły się blaskiem samochodowych reflektorów. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie. Przez ułamek sekundy. Jego ciało wydawało się idealnie dopasowane do otoczenia, do szarości mokrej ulicy i ciemności lasu. Oddzielało nas wszystko: szyba, krople deszczu, ludzka świadomość, prędkość jadącego auta. Mimo to widok tego liska, dumnie kroczącego na granicy światów, nabrał dla mnie znaczenia symbolu.
Cieszę się z upływającego czasu. Jak dobrze, że przychodzą końce lat, że można z ulgą powiedzieć: to już minęło; że zbliżamy się do jakiegoś większego kresu, za którym będzie Coś lub Ktoś, zupełnie nie do wyobrażenia i dlatego fascynujące. Nie robię podsumowań ani planów. Nie stawiam sobie celów. Już nie. Przyjmuję to, co było. Czekam na to, co będzie. Tak po prostu, zwyczjanie i lekko.
Zaczynam nowy rok z obrazem lisa, który spokojnie, bez lęku, z błyszczącymi oczami patrzy na mijające go szyby aut. I nieśpiesznym krokiem podąża sobie naprzód.
