Rozpaliłam w kominku. Ciepło ognia ogrzewa mi zmarznięte, obolałe stopy. Ból stawów, mocniejszy niż zwykle, przypomina o materii istnienia, o fizyczności, o tu i teraz. Ignorancja nie wchodzi w grę.
Jestem sama w dużym, przytulnym domu-bibliotece, nieco zakurzonym, przybrudzonym moją niemocą. Nie mam już słów, by opisywać świat – od lat przeżywam żałobę, gorycz niewykorzystanych momentów, straconych złudzeń, niezrealizowanych marzeń. Słowa, jak ptaki, są za wysoko, nieuchwytne, dalekie. Teraz boję się słów. Wypowiedziane znaczą co innego niż pomyślane. Niewypowiedziane budują mur niezrozumienia.
Zostanie po mnie tylko niemy krzyk i mgliste wspomnienie bólu.
