Kochajmy marzycieli

Myślę sobie, że jednym z gorszych doświadczeń dla idealistów jest zetknięcie się z mentalnością małomiasteczkową. Mentalność ta, opierająca się na subiektywnej, negatywnie zabarwionej interpretacji fragmentów rzeczywistości, uderza w najbardziej intymne, wrażliwe sfery umysłowości i emocjonalności marzycieli. Człowiek małomiasteczkowy posługuje się nieuzasadnioną z logicznego punktu widzenia krytyką, zazwyczaj wykorzystującą argumenty ad personam. Pozamerytoryczne argumenty pozbawione racjonalności nie dają możliwości obrony, zwłaszcza jeśli przedstawiane są niebezpośrednio, niosąc ze sobą ryzyko plotek i zwykłej obmowy. Łatwość wysuwania oskarżeń, niepotwierdzonych i bezpodstawnych, to jeden z wyznaczników mentalności małomiasteczkowej. Bezkrytyczne uleganie spiskowej teorii świata, wytykanie błędów i potknięć, poniżanie – to tylko niektóre z narzędzi, jakim posługuje się człowiek o prowincjonalnej umysłowości. Dawniej kogoś takiego nazywano kołtunem, stosując dosyć niepochlebną analogię do plica polonica. Mentalność o ciasnych horyzontach nie jest w stanie zrozumieć ani przyjąć idealizmu marzycieli, ich kategoryczności i uporu, a także rozgoryczenia. Marzycielstwo i idealizm, które są źródłem wielkich dokonań ludzkości, potrzebują wiary i wsparcia. Musi być przynajmniej jedna osoba, która rzeczywiście uwierzy w marzenie, a w chwili zwątpienia będzie po prostu ratunkiem. Ideały są jak ludzie – nie mogą trwać samotnie, gasną, nikną, bez lustra, jakim jest drugi umysł. Narażone i wystawione na działanie krytyki ograniczonych umysłów, tracą blask, szarzeją i stają się zwyczajnie nieosiągalne. W świetnym filmie „La la land” bohaterka śpiewa „kochajmy marzycieli, choć zdają się bezmyślni; kochajmy serca, które świat łamie i chaos, który po nas zostaje”. Idealiści, mimo siły swych marzeń, są bezbronni wobec bezduszności i małomiasteczkowych przekonań. Kochajmy marzycieli. Szanujmy marzycieli. To oni wzbijają się do gwiazd. To oni zmieniają świat. Kochajmy marzycieli. Szanujmy marzycieli. Oni zawsze tracą więcej. Są zdolni wiele, wiele poświęcić dla ideałów, aż do ostatecznego obnażenia samego siebie. Są wspaniałymi, niezwykłymi artystami życia.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

98 złotych

Mam na koncie 98 złotych.

Jest to dla mnie powodem do histerycznego rozbawienia. Jak to możliwe? – pytam siebie. Jak to możliwe, że ja, trzydziestopięcioletnia kobieta, doktor nauk społecznych, świetny pedagog, dobry nauczyciel, mądra matka, niezły wykładowca, itd., itp. , wiecznie zapracowana, permanentnie zmęczona, nieustannie aktywna i myśląca – jestem cholernie biedna?

Nie, nie jestem rozrzutna. Ubieram się przeciętnie. Nie aspiruję do znanych i podziwianych marek odzieżowych. Wystarczy mi torebka za 49, 90 z podrzędnej Galerii Słoneczna lub bazaru wołomińskiego. Nie noszę Nike ani Pumy. Perfumy? Zdecydowanie tanie. Wakacje? W starym domku na Mazurach. Teatr? Kino? Koncerty? Naprawdę rzadko. Jedzenie byle jakie i na szybko. Raczej fast foody niż restauracja. Wyjazdy zagraniczne? Znikome. Średnio 1 na dwa lata (z wielkimi wyrzeczeniami). Jedyne, do czego muszę się przyznać, to słabość do książek. Tak, te kupuję bez umiaru. Dużo i często. Tym się karmię.

Uświadomiłam sobie właśnie, że to już tak będzie. Że nie mam co liczyć na „dorobienie się” czegoś w życiu. Że już nic nie uciułam. Że od pierwszego do pierwszego. Że wciąż będzie brakować na wszystkie ważne potrzeby. Że nie zrobię wielkiego remontu i że mieszkanie będzie ciągle niedokończone, nie unowocześnione, nie odmalowane, nie dopieszczone. Że samochód w końcu rozpadnie się któregoś dnia i wtedy przesiądę się do autobusu albo pożyczę rower od mamy. Że Grecję, Hiszpanię i Stany zwiedzę palcem po mapie. Że ciuchy będą z secondhandu, a w ogrodzie nie stanie nigdy piękna altanka. Że nie kupię córkom samochodów ani tym bardziej mieszkania, a na nową drogę życia dam im garść mało przekonujących rad i wskazówek. I że absolutnie nigdy nie nauczę się pracować po to, żeby zarabiać.

Uświadomiłam sobie tę patologiczną swoją ułomność i zadziwiłam się nad strukturą własnej osobowości. Struktura ta bowiem skonstruowana jest wokół archetypu poświęcenia i służby. Skąd taki archetyp? Skąd tak głęboko zakorzenione przekonanie o konieczności służby, o tym, że wartość pracy leży w patriotycznym poczuciu obowiązku działania na rzecz innych, aktywności dla lepszego jutra? Czy to przykład dziadka Mariana, klękającego codziennie rano przed obrazem Matki Bożej w przedpokoju i modlącego się na głos o dobry dzień? Dziadka, który szedł potem do heroicznej pracy w polu, w gospodarstwie z poczuciem prawdziwego powołania? Dziadka, w którym coś mnie zachwycało i przerażało jednocześnie, a czego nie potrafiłam wtedy – jako dziecko – nazwać. Teraz po latach wiem już, że była to po prostu miłość. Miłość do ziemi, do kraju, do żony i dzieci. Taka chłopska, prawdziwa i prosta miłość, która każe służyć innym.

A może to pulsujący we mnie obraz zmęczonej matki, spracowanej, próbującej wciąż od nowa każdego dnia, chwytać umykające nitki rodzinnej wspólnoty? Jej szara z przemęczenia twarz, zbolała i taka smutna. Codzienne wysiłki, by życie stawało się znośniejsze? Tytaniczne poświęcenie, bo po prostu, zwyczajnie TAK TRZEBA.

Może wreszcie doświadczenie hospicjum? Ciszy i trwogi śmierci? Efemeryczności życia, które – jak motyl – niełatwo złapać, a trudno zatrzymać? Wcześnie zdobyte przekonanie o pięknie ludzkiego losu i służbie, która jest esencją życia, która tak naprawdę – jako jedyna – nadaje wartość wszystkiemu? Od której przecież wszystko się zaczyna – wszystko, co dobre i szlachetne.

Może Babcia? Poznana już w dorosłym życiu. Całkowicie zorientowana na innych, najbiedniejszych, wyrzutków. Aż do irytacji, do końca gotowa zawsze pomagać.

Z zadziwieniem porządkuję te najważniejsze wspomnienia, dalekie i bliskie, dawne i świeże. We wszystkich nich ludzie wspaniali, autorytety. Ci, którzy zawsze myśleli o innych i dla nich dokonywali zmian, dla nich mocowali się z rzeczywistością, dla nich – żyli.

A więc to te doświadczenia, które niosłam w sobie od dzieciństwa, doświadczenia, które nie do końca ceniłam i umiałam rozpoznać, stały się fundamentem mojego prometeizmu. Żałosne to i dumne zarazem. Jakoś tak się dziwnie składa na tym naszym świecie, że praca społeczna nie przynosi profitów. Że ci, co mądrzy i dobrzy, niewiele mają na koncie bankowym. A więc należy przyjąć to jako zasadę bytu? Zasadę egzystencji? Nie sprzeciwiać się. Nie unosić się honorem i ambicją. Wstawać uparcie rano. Znosić upokorzenia, wysłuchiwać pretensji, ratować co się da, robić swoje, działać i myśleć,wychowywać siebie i innych na lepszych ludzi. Z nadzieją, że dzięki temu świat się kiedyś zmieni. I będzie, choć odrobinkę, piękniejszy.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Opowiadanie na dziesięciolecie

Pewnego razu w Warszawie była sobie pani. Pani miała na imię Anna, ale wszyscy, którzy ją znali, nazywali ją Anula. Nazywali ją tak oczywiście z sympatii, chociaż wydać się to może dość dziwaczne. No bo dlaczego nie mówili Ania albo Anusia albo Aneczka tylko akurat Anula? W każdym razie pani Annie wcale to nie przeszkadzało. Ba, sprawiało jej to nawet przyjemność, gdy jej koleżanka pani Kasia wołała na ulicy: „Anuuuula! Anuuuuuuula! gdzie ty tak pędzisz na miłość Boską?!” Bowiem cechą pani Anny był ciągły pośpiech. Ludzie na ogół mają różne cechy: jedni są gadatliwi, inni małomówni, jeszcze inni weseli albo uczynni; niektórzy są pomysłowi lub spokojni. Są też na świecie ludzie, którzy robią wszystko powoli w odróżnieniu od tych, co się wiecznie śpieszą. Otóż pani Anula zdecydowanie należała do tych ostatnich. Zdziwilibyście się, że można tak szybko obierać ziemniaki albo jabłka na szarlotkę. Na pewno nie przypuszczalibyście nawet, że można rozwiesić pranie z szybkością błyskawicy, a zakupy zrobić tak prędko jak motorówka. Pani Anula wszystko to potrafiła i często, właściwie zawsze, korzystała ze swoich umiejętności. Uważała, że pośpiech jest jej dobrym towarzyszem. „O ile lepiej jest robić wszystko szybko niż ślimaczyć się jak ślimak!” – mawiała, gdy ktoś proponował jej, żeby trochę zwolniła.

Pani Anula, oprócz tego, że ciągle się spieszyła, bardzo ładnie się uśmiechała. Robiły jej się wtedy takie dołeczki w policzkach. Każdy, kto spojrzał na uśmiech pani Anuli, natychmiast się rozpromieniał. Pani Anula miała poza tym oczy czarne jak węgielki i ciemne włosy. Była brunetką. Kiedyś włosy pani Anuli sięgały jej aż do pupy i codziennie rano musiała je zaplatać w warkocz. Aż pewnego dnia pani Anula przechodziła obok salonu fryzjerskiego, który nazywał się KOKARDKA. Weszła do środka, a miła pani fryzjerka szybko obcięła pani Anuli włosy i od tamtego dnia pani Anula miała włosy krótkie, ale nie było jej smutno z tego powodu. Na początku nawet śmiała się, że wygląda trochę jak chłopak. Chociaż to wcale nie była prawda, bo pani Anula zawsze chodziła w spódnicach. Albo w sukienkach. Nigdy więc nie wyglądała jak chłopak, nawet jeśli jej włosy były krótkie. W ogóle pani Anula nie była ani wysoka ani niska, nie była ani gruba ani chuda. Ot, taka w sam raz.

Pani Anna miała męża, który nazywał się Piotr i którego bardzo kochała. Razem ze swoim mężem mieszkała w bloku. Ludzie zazwyczaj nie przepadają za blokami, bo wszystko im w nich przeszkadza i skłania do narzekania. Pani Anna jednak nie lubiła narzekać, a poza tym uwielbiała mieszkać tam, gdzie mieszkała. I jeszcze lubiła lody truskawkowe i jazdę tramwajem, który tak śmiesznie kołysał się na boki. Ale najbardziej pani Anula lubiła książki. Wszystkie. Wesołe i smutne. Długie i krótkie. Małe i duże. Zaprzyjaźniała się z nimi na śmierć i życie. I potem musiała, po prostu musiała przywozić je do przedszkola i czytać dzieciom. Bo pani Anula pracowała w przedszkolu. Była panią dzieci z grupy Koników, starszaków. Świetnie się razem bawili: a to w marynarzy, a to w aktorów, a to w rycerzy albo zwierzęta na sawannie.

I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie jedno malutkie zmartwienie, które rozgościło się w sercu pani Anuli. I w sercu jej męża, pana Piotra. Otóż czekali oni już długo na dziecko. Czekali cierpliwie, aż przyszedł do nich smutek. Ale i wtedy nie poddawali się rozpaczy. Przypominali sobie opowieść o Sarze i Abrahamie, a opowieść ta dodawała im otuchy. Była to piękna opowieść o tym, jak Pan Bóg obdarował Sarę i jej męża Abrahama dzieckiem, mimo że obydwoje byli już starzy. Pani Anula wierzyła więc z całych sił, że i jej Pan Bóg ofiaruje dziecko. Czas mijał szybko. Aż nagle pewnego letniego dnia pani Anula poczuła, że w jej brzuchu, tuż pod sercem, jest maleńkie dziecko, tak małe jak ziarenko, jak kropelka. I odtańczyła szalony taniec radości. A potem razem z panem Piotrem pobiegła czym prędzej do kościoła, aby podziękować Panu Bogu za dar. Pamiętała przecież, że zawsze należy podziękować za prezent.

Maluszek w brzuchu pani Anuli rósł sobie spokojnie, a jego mama i tata dbali o to, by niczego mu nie brakowało. Pani Anula jadła dużo warzyw i owoców, bo mają przecież mnóstwo witamin i dlatego są bardzo zdrowe. Opowiadała maluchowi bajki na dobranoc i śpiewała mu kołysanki. Często chodziła na spacery, żeby pooddychać świeżym powietrzem. Niczym się nie martwiła i nawet przestała tak się śpieszyć, chociaż nie przyszło jej to z łatwością. Dzieci w przedszkolu starały się bawić trochę ciszej, bo nie chciały przestraszyć maluszka, który mieszkał w brzuchu pani Anuli.

Pewnego dnia, a był to mroźny styczniowy dzień, pani Anula poczuła, że dziecko chce już wyjść na świat. Pogłaskała czule brzuch i przemówiła do brzdąca: „Ależ kochanie, jeszcze nie czas. Pomyliło ci się trochę. Uspokój się i nie wierć, bo mnie strasznie kopiesz.” Maluch jednak wcale nie słuchał swojej mamy. Pani Anula więc czym prędzej pojechała do szpitala, żeby pan doktor sprawdził, o co chodzi temu urwisowi. Pan doktor był miłym, starszym panem, który ładnie wyglądał w białym fartuchu. Obejrzał brzuch pani Anuli, zacmokał – bo lekarze chętnie cmokają – i kazał pani Anuli wypić strasznie niedobry syrop. Aż się skrzywiła, bo taki był gorzki. A potem przygotował dla pani Anny łóżko, które było całe białe i kazał zostać w szpitalu na noc. Pani Anula ze zmartwienia nie mogła zasnąć. Modliła się cichutko do Maryi, opiekunki wszystkich matek i przypominała sobie historię o tym, jak anioł Gabriel przyszedł kiedyś dawno temu do ubogiej dziewczyny i powiedział jej, że zostanie mamą Jezusa. Anioł był cudowny, cały w bieli, jak to szpitalne łóżko. I był taki dobry jak ten pan doktor, który zajął się panią Anulą. Gdy pani Anula zasypiała, wydawało jej się, że ktoś szepnął jej do ucha: „Nie martw się, wszystko będzie dobrze…” Pani Anuli zdawało się nawet, że dojrzała skrzydła anioła…

Kiedy obudziła się rano, zobaczyła miłego pana doktora, który miał zatroskaną twarz. „Maluszek w pani brzuchu jest bardzo chory” – powiedział smutno pan doktor – „i dlatego chce już się urodzić, żebyśmy mogli mu pomóc”. Chwilę później dziecko, które mieszkało w brzuchu pani Anuli, urodziło się, a pan doktor natychmiast włożył je do dziwnego łóżeczka z przezroczystym kloszem, które nazywa się inkubator. Pani Anula nazwała dziecko, a była to dziewczynka, Łucją, (na pamiątkę małej Łucji, która kiedyś dawno temu rozmawiała z Maryją). Córeczka pani Anuli była maleńka jak dłoń. Nikt nie wiedział, czy wyzdrowieje, dlatego pani pielęgniarka szybciutko ochrzciła Łucję w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Dziewczynka miała chorą główkę, serduszko i brzuszek. Musiała nawet mieć kilka operacji. Leżała tylko w inkubatorze, gdzie było jej cieplutko i słuchała, jak pani Anula śpiewała jej kołysanki. Pani Anula codziennie siadała przy łóżeczku swojej córeczki i patrzyła, jak słabiutko chwieje się płomyczek jej życia, który mieszkał w serduszku małej Łucji. Przeczytała jej sto książek, zaśpiewała tysiąc piosenek i opowiedziała wszystkie historie, które znała. Minęła zima, a potem wiosna i nadchodziło już lato, a pani Anula wciąż czuwała przy łóżeczku Łucji. Dzieci z przedszkola modliły się wspólnie o zdrowie dla dziewczynki i rysowały dla niej laurki, które pani Anula zbierała do specjalnego, niebieskiego pudełka. „Jak Łucja wyzdrowieje i wróci wreszcie do domu, to będzie mogła patrzeć na te wszystkie kolorowe kartki od dzieci i cieszyć się z ich piękna” – myślała pani Anula. Tymczasem płomyczek w serduszku dziewczynki gasł, aż był już taki słaby, że ledwo go było widać. Pani Anula zapłakała, a wtedy przyszedł anioł i okrył łóżeczko Łucji swoimi lśniącymi skrzydłami. Płomyczek życia rozjarzył się w sercu dziewczynki. Długo jeszcze trwało, zanim pan doktor pozwolił pani Anuli i panu Piotrowi zabrać Łucję do ich domu w bloku. Dziewczynka powolutku rosła. Musiała najpierw nauczyć się oddychać, bo tego nie umiała. Potem jeszcze trzeba było nauczyć ją, jak się pije mleko z butelki. Często odwiedzał ją pan doktor, a miła pani rehabilitantka ćwiczyła z Łucją codziennie, żeby jej ręce i nogi mogły się poruszać.

A pani Anula pewnego dnia ze zdziwieniem odkryła, że przestała się śpieszyć.

 

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Serce

A więc serce. Od jakiegoś czasu ignorowane sygnały płynące ze zmęczonego ciała i – jeszcze bardziej zmęczonego – umysłu. Ta pyszna myśl, że jest się niepokonanym. Że musi się być ponad ograniczeniami własnej fizyczności. Że panuje się nad umysłem i emocjami. Jednym słowem – że jest się w pełni dojrzałym i odpowiedzialnym człowiekiem, zdolnym do codziennego poświęcania własnego zdrowia w imię… W imię czego?

Zastanawiam się nad mechanizmem poświęcenia. Czy rzeczywiście jest ono świadomym przedsięwzięciem, czy może – aktem nie do końca naszej woli, ale wynikłym ze splotu okoliczności, oczekiwań społecznych, poczucia odpowiedzialności, konieczności wykonywania obowiązków? Trzeba do poświęcenia jakiejś głupoty – głupoty erazmowej, rodem z XVI wieku. Trzeba do poświęcenia specyficznego charakteru i usposobienia: jakiegoś rodzaju niezrównoważenia, tajonej gwałtowności, nieodpowiedzialnego kierowania się emocjami, i – przede wszystkim – pogardy dla zwyczajności. Poświęcenie rodzi się chyba z wielkiej potrzeby spełniania misji, z marzycielstwa, z idealizmu większego niż my sami. Z umiejętności patrzenia dalej i wyżej niż przeciętność. Z serca ogromnego, którym chciałoby się objąć świat nie tylko tu i teraz, ale również potem. Tylko że serce jest za słabe, żeby temu sprostać.

 

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

List do synka

Kochany,

dziś było tak trudno, szalenie ciężko. Ciało, które wzywało do odpoczynku. Do bezruchu. Umysł, który pragnął przystani. I wszystko, co konieczne do zrobienia. A przecież zawsze, co dzień, jest tego zbyt wiele, zbyt dużo, żeby sprostać. I ta przerażająca świadomość, że jest się tutaj tylko na chwilę, jak w teatrze, że niewiele po nas zostanie, że wciąż tak mało radości. Za mało radości.

Tęsknię za Tobą, Adasiu. Liczę dni, w których cię nie przytulałam. Dni, w których cię nie pieściłam, nie całowałam, nie śpiewałam Ci, nie opowiadałam, nie czytałam książeczek. Liczę miesiące. Oczami wyobraźni widzę twoją jasną, zmierzwioną czuprynę, bystre spojrzenie, rączki próbujące dosięgnąć klocka. Jesteś, a przecież Ciebie nie ma.

Nie lubię już odwiedzać Twojego grobu. Wydaje się taki nie Twój, nie mój. Wydaje się odległy, jakby należał do innego świata. Wciąż czuję winę, która na mnie ciąży. Winę wielką, niewybaczalną. I chociaż to nie ja jestem dawcą życia i śmierci, nie mogę pozbyć się tej winy, nie mogę zgodzić się z Bogiem. Już nie rozpaczam. Żyję dalej.

Patrzę na Rachelę z obrazu Peal’a i zastanawiam się nad fenomenem matek: darem jest macierzyństwo czy przekleństwem? A może jednym i drugim? Nie przekonuje mnie stanowisko singli z wyboru, nie przekonują mnie hurraoptymistyczne deklaracje rodziców wielodzietnych. Jak zwykle, prawda leży pewnie pośrodku.

Nie wiem, czy jest dla matki większa strata niż jej dziecko. Czy jest potworniejsze doświadczenie niż udział w jego śmierci?

Tęsknię za Tobą, synku. Za nikim innym tak nie tęsknię, jak właśnie za Tobą.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Jeden komentarz

Breakout

W sztuce Wojciecha Tomczyka zaintrygował mnie obraz współczesnego młodego człowieka. Oczywiście fascynujące będzie w tej sztuce szukanie odniesień do wielkich literackich motywów, czy to z Szekspira, Czechowa czy Słowackiego. Ogromnie wciągająca jest zresztą obecna w sztuce gra z konwencjami teatralnego przekazu. Wydaje się jednak, że w sposób całkowicie subtelny autor rysuje charakterystykę młodego pokolenia Polaków, przeciwstawiając się poniekąd obiegowym opiniom o tych ostatnich. Wbrew tym opiniom, młodzi bohaterowie w sztuce Tomczyka, wydają się na pierwszy rzut oka o wiele bardziej dojrzali niż główny bohater. Opanowani, spokojni, odnoszący się do świata z dystansem nielicującym zupełnie z ich młodym wiekiem. Uporządkowani, z wyraźnie i bardzo konkretnie postawionymi celami i zadaniami do zrealizowania. Działający metodycznie, z podziwu godną przenikliwością. Są to młodzi ludzie, o dziwo, bardzo dobrze wykształceni. Orientujący się doskonale w takich chociażby dziedzinach jak literatura czy prawo. Możemy podejrzewać, że orientacja ich jest fragmentaryczna, niepełna – a jednak imponuje łatwość, z jaką młoda osoba porusza się w kontekście kulturowym, łatwość, z jaką zajmuje pozycję partnera w dyskusji o granicach sztuki. Również, wbrew obiegowym opiniom, jest to osoba, która doskonale wykorzystuje wszelkiego rodzaju sprzęt multimedialny jako narzędzie do własnych działań, również do działań na rzecz lokalnej społeczności.

O czym marzy współczesna młoda osoba żyjąca na prowincji? Ano o sukcesie, który pojmuje jako szybkie i łatwe wzbogacenie się oraz życie w wielkim mieście. Dla tego celu gotowa jest poświęcić naprawdę wiele. Przynajmniej tak uważa. Pojęcie sukcesu konstruuje sobie na podstawie wszechobecnych medialnych przekazów, z którymi obcuje na co dzień, z których czerpie dużą część swojej wiedzy na temat rzeczywistości. Zarysowuje się więc tutaj olbrzymi dysonans między bogatym zasobem intelektualnym, między potencjałem umysłowym młodego człowieka a jego niską zdolnością do krytycznej selekcji informacji, do oddzielania prawdy od fikcji, realiów życia od rzeczywistości wirtualnej. Idąc dalej, uderzający jest rozdźwięk między dobrze prezentującą się umiejętnością rozmowy, bystrych ripost a zagubieniem w sferze aksjologicznej, gotowością sprzedania duszy za cenę wyimaginowanego sukcesu. I wreszcie to, co zarysowuje się wyraźnie w charakterystyce młodej osoby – strach przed odpowiedzialnością i wysiłkiem. Czego się boi współczesna młodzież? Pracy, konieczności wstawania o określonej porze każdego dnia, ograniczenia swojej wolności przez trud i wysiłek codzienności. Rutyny. Podporządkowania. Boi się życia. Pod maską elokwencji kryje się pustka moralna i strach ubrane w liberalne uwielbienie dla własnej autonomii i indywidualizmu.

A jednak najważniejsza potrzeba młodego człowieka zawsze pozostaje taka sama – potrzebuje on Mistrza i Opiekuna, który wskaże mu, co jest ważne, dobre i właściwe, który nada kierunek jego życiu, który – jak Mechanik – z ojcowską miłością naprawi głupie błędy.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Granica

Nie umiem znaleźć granicy, linii demarkacyjnej pomiędzy tym, co można nazwać aspiracjami, a tym, co powszechnie określa się mianem chorej ambicji. Pytam żyjących, znajomych, przyjaciół, współpracowników – jak żyć? Zadaję to fundamentalne pytanie, z jękiem żałości i rezygnacji, choć przecież przeczuwam, jaka będzie odpowiedź. Pytam umarłych mistrzów, szukam w starych księgach choćby wskazówki, żeby rozwikłać tę egzystencjalną zagadkę.

Przeżywam dzień za dniem, gubiąc się w domysłach, szukając rozwiązania, złotego środka. Gdzie jest granica poświęcenia? Gdzie się zaczyna niezdrowe pragnienie sukcesu i społecznego aplauzu? Jak pogodzić tzw. obowiązki stanu z potrzebą działalności społecznej, naukowej, zawodowej? W jaki sposób realizować wezwania ośmiu błogosławieństw, jednocześnie dbając o rozwój swój i najbliższych? Jednym słowem: jak osiągnąć spokój, spełnienie i szczęście?

Co jakiś czas przeżywam chwile rozterek wewnętrznych, kryzysów, zniechęceń, szarpaniny wewnętrznej spowodowanej irracjonalną, niewytłumaczalną Koniecznością wypełnienia obowiązków zawodowych, rodzinnych, towarzyskich. Skąd się ta Konieczność bierze? Być może z wychowania, z zasad wpojonych przez rodziców, z tych imperatywów kategorycznych – nie posiadających żadnych wytłumaczeń archetypów postępowania. Może z Dekalogu przetworzonego na tysiące drobiazgowych zasad życia konstytuujących naszą codzienność. A może trzeba sięgnąć jeszcze dalej, do źródła pierworodnego grzechu i uznać tę wszędobylską Konieczność jako konsekwencję upadku pierwszych ludzi? Byłaby wtedy ona synonimem „trudu i potu czoła”, z jakimi człowiek ma borykać się aż do śmierci. Myślę często o tej Konieczności z lękiem, że nie sposób ją oswoić, a przez to – że nie sposób dotknąć granicy między zdrowymi potrzebami a tymi destrukcyjnymi. Łatwo dostrzec różnicę między nimi, gdy są spektakularne, biegunowe, potężne i jednoznaczne. Tak, tu nikt nie będzie miał wątpliwości: chciwość jest odrażająca, powiemy, a hojność – godna naśladowania. Ale trudno nam będzie wskazać moment, ten konkretny, jeden moment, w którym pragnienie zaspokojenia potrzeb swoich i swoich najbliższych zamienia się w  pęd i pogoń za mamoną. Granica jest niedostrzegalna, ale jestem przekonana, że musi być. Jak ją zobaczyć? Jak jej nie przeoczyć? Oto jest pytanie.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Alethofobia

Alethofobia to postawa lęku przed prawdą transcendentną. Postawa, która głosi, że nie ma jedynej, uniwersalnej prawdy. Każdy człowiek, każdy czas ma wolność posiadania, konstruowania, wyznawania własnej prawdy, a zaprzeczanie jej, krytykowanie, negowanie to nic innego jak przejaw nietolerancji. Nietolerancji, z którą oczywiście należy walczyć wszelkimi sposobami.

Jak pisze Maciej Zięba, alethofobia – stawiając sobie za cel walkę z religią chrześcijańską (źródłem niebezpiecznych ideologii, jak twierdzi) – sama de facto staje się ideologią, gdyż po pierwsze wyznaje prostą zasadę „nie ma żadnej prawdy jedynej-transcendentnej”, po drugie: zgodnie z tą zasadą chce zbudować nowy porządek społeczny i nowego „wyzwolonego” człowieka; po trzecie: dopuszcza środki przemocowe i agresywne w budowaniu tego nowego świata, chcąc zniszczyć i zdeptać wszystko, co do tego świata nie może pasować.

Alethofobia nie ma żadnego, ścisłego centrum. Nie ma grupy zarządzającej. Jest, powiedzmy sobie, wielodziedzinową postawą obecną w dyskursie publicznym. Jest dzieckiem postmodernistycznego liberalizmu i owocem kreowanej obecnie „nowej antropologii”, która podpierając się badaniami wśród różnych kultur w różnych częściach świata twierdzi, że nie tylko role społeczne, obyczajowość i moralność są organizowane na zasadzie kontraktu społecznego, ale również i przede wszystkim – prawda transcendentna.

Prawda więc jest relatywna. Człowiek nie musi podporządkowywać się prawdzie uniwersalnej, danej. Nie musi jej poszukiwać ani do niej dążyć. To prawda ma się podporządkować człowiekowi i służyć jego celom w zależności od okoliczności.

Kult człowieka jako indywiduum kreującego świat wartości to największe osiągnięcie alethofobii. Największe i najbardziej niebezpieczne.

Alethofobia dotarła już w dziedziny pedagogiczne. Tu, na polu edukacji i wychowania, widać wyraźnie jej konflikt z personalistyczną wizją człowieka jako osoby pozostającej w relacji z sacrum, żyjącej w świecie profanum, poszukującej aksjologicznych, niezależnych pewników i działającej dla dobra ogólnego. Prawda, dobro i piękno odchodzą do lamusa na rzecz indywidualizmu, wartości „ja”, relatywizmu i utylitaryzmu. Czas bić na alarm. Bo jeśli zaniknie w nas nagląca potrzeba poszukiwania uniwersalnej prawdy, to co nam pozostanie? Tylko płacz i zgrzytanie zębów po krótkiej chwili szalonego tańca.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

dopiero

Dopiero piątego dnia przestaję się śpieszyć.

Siedzę, wpatrując się w bezkres. Szumią fale. Umysł zwalnia.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

?

W podróżowaniu jest coś szlachetnego. Coś , co sprawia, że człowiek staje się lepszy, pełniejszy, bardziej wartościowy. Podróżowanie uczy cierpliwości. Umiejętność czekania na coś jest nieodzownym elementem dojrzałości. Czekając, wyznajemy, że jesteśmy zależni od innych ludzi, od okoliczności, od wydarzeń.  Zgoda na tę zależność to nic innego jak pokora.

Podróżowanie, takie prawdziwe , z plecakiem na plecach, przesiadkami, maszerowaniem pozwala sprawdzać samego siebie w niewygodzie i zmęczeniu.

Najwięksi wychowawcy ludzkości podróżowali. Wędrówka była okazją do przekazywania mądrości, do nauczania, do kształtowania właściwych postaw. Była okazją do spotkania i dialogu.

Nie wiem, z czego wynika ogromny trud tej podróży – z obecności dzieci czy mojego wewnętrznego rozproszenia, chaosu mentalnego, emocjonalnej słabości?

Zaszufladkowano do kategorii W drodze | Dodaj komentarz