List do synka

Kochany,

dziś było tak trudno, szalenie ciężko. Ciało, które wzywało do odpoczynku. Do bezruchu. Umysł, który pragnął przystani. I wszystko, co konieczne do zrobienia. A przecież zawsze, co dzień, jest tego zbyt wiele, zbyt dużo, żeby sprostać. I ta przerażająca świadomość, że jest się tutaj tylko na chwilę, jak w teatrze, że niewiele po nas zostanie, że wciąż tak mało radości. Za mało radości.

Tęsknię za Tobą, Adasiu. Liczę dni, w których cię nie przytulałam. Dni, w których cię nie pieściłam, nie całowałam, nie śpiewałam Ci, nie opowiadałam, nie czytałam książeczek. Liczę miesiące. Oczami wyobraźni widzę twoją jasną, zmierzwioną czuprynę, bystre spojrzenie, rączki próbujące dosięgnąć klocka. Jesteś, a przecież Ciebie nie ma.

Nie lubię już odwiedzać Twojego grobu. Wydaje się taki nie Twój, nie mój. Wydaje się odległy, jakby należał do innego świata. Wciąż czuję winę, która na mnie ciąży. Winę wielką, niewybaczalną. I chociaż to nie ja jestem dawcą życia i śmierci, nie mogę pozbyć się tej winy, nie mogę zgodzić się z Bogiem. Już nie rozpaczam. Żyję dalej.

Patrzę na Rachelę z obrazu Peal’a i zastanawiam się nad fenomenem matek: darem jest macierzyństwo czy przekleństwem? A może jednym i drugim? Nie przekonuje mnie stanowisko singli z wyboru, nie przekonują mnie hurraoptymistyczne deklaracje rodziców wielodzietnych. Jak zwykle, prawda leży pewnie pośrodku.

Nie wiem, czy jest dla matki większa strata niż jej dziecko. Czy jest potworniejsze doświadczenie niż udział w jego śmierci?

Tęsknię za Tobą, synku. Za nikim innym tak nie tęsknię, jak właśnie za Tobą.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Drobiazgi. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *