Sprzątam

Sprzątam.

Pochłonęło mnie porządkowanie, jakbym – czyszcząc świat wokół – oczyszczała własny umysł. Z ulgą i pasją wyrzucam niepotrzebne rzeczy, kuchenne przybory, zniszczone garnki, zardzewiałe blachy, stare słoiki, brzydkie szklanki i nieużywane miski. Szoruję, przestawiam, układam. Przy okazji unowocześniam i odświeżam. Wraca poczucie sprawczości i kontroli nad przestrzenią. Wraca cudowna schludność i radość z czystości.

Pomalowałam meble w ogrodzie i drzwi wejściowe. Teraz kolej na balustradę. Dobrze jest czuć, że potrafi się coś zrobić, coś naprawić, a nawet – coś zbudować. Choćby niewielką altankę w ogródku.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Lęk

Lęk wraca do mnie wieczorem, gdy już ciemno i cicho. Dzieci śpią. Dom śpi. Nie umiem wtedy nazwać tego, co się dzieje. Czuję znużenie sobą, dniem, codziennością. Zmęczenie odbiera mi jasność umysłu. Nie chcę pamiętać, planować, myśleć, słuchać ani mówić. Nie mam siły bronić się przed mrokiem. Depresja znów, po raz kolejny wygrywa.

Jak to jest żyć z lękiem czającym się w zakamarkach umysłu? Czasem wydaje mi się, że trzymam mój strach na wodzy, że nad nim panuję, że znam go dobrze, że mogę z nim żyć. Za dnia jest jasno. I zawsze tyle spraw, tyle drobiazgów, w których można się ukryć, schować jak pod wielkim, ciepłym kocem. Lubię dni wypełnione po brzegi zwyczajnością. Dni proste, bez pośpiechu, spędzane w dużym domu z książkami.

Niewiele się dzieje w tej mojej codzienności, a przecież tak dużo. Przecież tworzą się jakieś nowe światy, osobowości, coś powstaje, coś gdzieś zmierza. Poranki z zapachem śniadania i zielonej herbaty, z głosami dzieci, z ich entuzjazmem. Moja modlitwa nie do końca świadoma. Spojrzenia w lustro. Krzątanina. Zaplatanie warkoczy. Samochód do mechanika. Przy okazji spacer i plac zabaw. I lody. Obowiązkowo lody w słodkich waflach. Zakupy. Szczepienie przedostatnie w życiu Łucji. Obiad. Sprzątanie. Pranie. Książka. Rozmowa o karze śmierci i moralnych dylematach. Romantyczny, smutny film o miłości. Łzy niby nad bohaterami, a przecież tak naprawdę nad samą sobą.

Aż nadchodzi wieczór, a w pustej sypialni rozlewa się lęk jak czerwone wino.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Chronos

Tuż przed czterdziestką do człowieka dociera, że czas nie jest już naszym sprzymierzeńcem.

Pamiętam, jak drażniły mnie jako dziecko stwierdzenia mojej mamy, ciotek, pociotek i ich koleżanek i przyjaciółek, że „ten czas szybko leci” albo „ale te dzieci urosły!” Zostawało wtedy we mnie jakieś poczucie winy, jakbym stała nie po tej stronie czasu, po której były one – dorosłe, dojrzałe kobiety-matki. Miałam wrażenie, że czas i ja to para dobrych przyjaciół, sprzymierzeńców w jakimś bliżej nieokreślonym zadaniu, w misji rodem z amerykańskich filmów akcji. Zakorzeniał się we mnie wstyd, że jestem „taka młoda”, że „przede mną całe życie”, że „potencjał do wykorzystania”…

Wracam do tych wspomnień, ilekroć sama palnę coś w stylu „starość nie radość” albo usłyszę z ust dawno niewidzianych osób achy i ochy nad moimi dziećmi i ich wzrostem. Kiedy stałam się tą dojrzałą, dorosłą kobietą? Kiedy przeszłam na drugą stronę czasu? Kiedy, do licha, przeleciała mi młodość?!

Tuż przed czterdziestką poczułam z całą świadomością, że czas nie tylko leci, ale goni jak szalony, jak idiota bez rozumu, bez chwili wytchnienia. Srebrne włosy, pierwsze zmarszczki, waga, która za nic w świecie nie chce spaść, coraz gorsza kondycja, problemy ze zdrowiem… Naprawdę, to już tak szybko? Ta starość? Naprawdę mam już za sobą tę lepszą część życia, a teraz będzie tylko gorzej?

Nie chcę w to uwierzyć. Odkopuję w sobie dziewczynkę, którą byłam kiedyś, dawno, w innym chyba życiu. Podchodzę do niej powoli jak do dzikiego, wylęknionego zwierzątka. Oswajam. Poznaję. Zachwycam się nią, sobą-dzieckiem. Pytam, czego potrzebuje, a ona zawsze odpowiada: miłości, czułości, uwagi. A więc przytulam w myślach, w sercu siebie – dziewczynkę i wychodzę na dwór. Puszczam latawiec, kąpię się w rzece w ubraniu albo w t-shircie i majtkach, zrywam kwiaty, kupuję sobie ładne rzeczy, jeżdżę na wycieczki na koniec świata, czyli nad Liwiec, jem chipsy (ale nie za często) i naleśniki z czekoladą, sprzątam wtedy, gdy mi się chce, patrzę w niebo, na chmury, wygłupiam się i tańczę. Wtedy dociera do mnie, że czas wcale nie jest moim wrogiem. Nigdy nim nie był. Jest czułym opiekunem, dobrym nauczycielem, który pozwala zrozumieć.

Lubię taką rzeźbę, która przedstawia Chronosa. Posąg stoi w Zamku Królewskim, w Sali Rycerskiej. Chronos to silny mężczyzna, duży – właściwie starzec z długą brodą i łysiną,  przepasany tylko szeroką wstęgą materiału. Z pochyloną głową dźwiga na barkach ogromny ciężar – niebieską kulę. Mięśnie ma napięte do granic wytrzymałości, nogi mocno i twardo stoją na ziemi. Jak długo niesie już ten bagaż? Patrzę na ten posąg i zawsze wypełnia mnie współczucie dla mężczyzny tak bardzo obarczonego absurdalnym ciężarem. Żal mi go. Do oczu napływają łzy. Wiem, że Chronos to dawny, trochę zapomniany grecki bóg czasu. Przez niektórych uważany za stwórcę wszechrzeczy. Czasem Grecy nazywali go Ojcem Czasem, bo podobno wszystko widział, ujawniał i wyrównywał. Nic nie mogło być dla niego zakryte. Prędzej lub później dobry, mądry i sprawiedliwy czas dawał każdemu to, na co zasługiwał.

Lubię myśleć, że kula, którą niesie Chronos Monaldiego, to nie jest wcale metafora ludzkiego świata tylko symbol doświadczeń i wiedzy każdego człowieka. I że to każdy z nas ostatecznie będzie kiedyś takim starcem, mądrym i dobrym, który – przygarbiony z powodu ciężaru własnego jestestwa – będzie stał twardo na własnych nogach. Uparty i bezbronny jak dziecko. Aż do końca.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Tata

Dopiero niedawno, od kilku lat ośmieliłam się nazywać Boga – Tatą i poczuć się bezpiecznie pod Jego opieką. Bóg był zawsze dla mnie istotą nieosiągalną, dumną i odległą, przerażająco wszechmocną. Karzącą surowo za najdrobniejsze przewinienia. Był Kimś, kto rządzi. Kimś, kogo należy się bać.

Strach ten wynikał przede wszystkim z mojej własnej duchowej niedojrzałości, którą utrzymywały nieumiejętnie prowadzone lekcje religii w kolejnych szkołach. Lekcje te, oparte głównie na typowo scholarycznej nauce prawd wiary prowadzonej przez antypatycznych katechetów, skutecznie zniechęcały do pogłębiania własnego życia religijnego. Nic dziwnego więc, że jako młoda, nastoletnia osoba nie potrafiłam zobaczyć w Bogu ojca, który jest troskliwym opiekunem i kochającym tatą.

Jeśli dołączy się do tego pustkę duchową rodzinnego domu, religię praktykowaną od czasu do czasu w obrzędach prowincjonalnego kościoła parafialnego, a także paraliżujący lęk przed własnym ojcem, nieprzewidywalnym i surowym – oczywiste będzie, że żaden inny obraz Boga nie mógł powstać w moim umyśle. Te zranienia, smutne, będące źródłem dogłębnego bólu egzystencjalnego i psychicznego – a w konsekwencji także fizycznej słabości ciała – paradoksalnie stały się początkiem szukania innego Boga. Szukania Dobrego Ojca.

Moje poszukiwania trwały wiele, wiele lat i trwają nadal. Powolutku, krok po kroczku, poznawałam Boga pełnego troski, miłości i łagodności, w którym znajdowałam pociechę i ukojenie. Krok po kroczku, poprzez ludzi, których spotykałam, wydarzenia, które przeżywałam, lektury, które czytałam, choroby i nieszczęścia, które stały się moim udziałem – zbliżałam się do otwartych, ciepłych i kochających ramion Boga- Taty.

Pewnie byłoby łatwiej i szybciej i o wiele prościej, gdyby moje dzieciństwo naznaczone było obecnością dobrego ojca i poczuciem bezpieczeństwa płynącym z jego siły. Może byłabym bardziej otwarta. Miałabym naturalną zdolność do kochania i przebaczania. Nie stało się tak jednak i dzisiaj już nikogo nie winię. Moja droga do Boga-Ojca była zawiła, trudna i okrężna, ale przecież mimo to – w ostatecznym rachunku mogę powiedzieć, że była dobra i że nadal prowadzi mnie do najlepszego Taty pod słońcem.

Przyglądam się czasem mojej rodzinie, mężowi, który jest wspaniałym i dobrym ojcem dla naszych córek i dziękuję wtedy Bogu z całego serca. Naprawdę, mam za co.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Ogromne łzy

Dni mijają leniwie. Zlewają się ze sobą, tworząc mieszaninę jednorodną. Trudno na pierwszy rzut oka oddzielić je od siebie. Żyjemy jakby w zwolnionym tempie. Mamy czas. Poniekąd to efekt wszędobylskiej pandemii. Poniekąd zasługa edukacji domowej i zbliżającego się lata.

Właściwie niczego nam nie brakuje, a mimo to rano trudno wstać z łóżka. Smutek i strach oplata mnie jak gęsta, lepka pajęczyna. Każdy ruch, każde działanie to jak praca w kamieniołomie. Praktykowanie wdzięczności – jak zadanie na szóstkę.

„I nawet jak jest dobrze, to jest ciężko” – powiedział wczoraj Piotr. Było późno i padał deszcz. Jak ogromne łzy.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Dodaj komentarz

Kwoka

A ja, jak ta kwoka, najlepiej się czuję, gdy mam wszystkich bliskich przy sobie. Niecodzienne to zjawisko. Piotr w domu, dzieci w domu, nawet licealista Franek. A dom jakby ucichł, wyspokojniał, zamyślił się, bo jakoś mało zajęć, mało ludzi przewijających się przez salon i kuchnię, mało ruchu. Nigdzie się nie trzeba śpieszyć. Zajęcia odwołane lub przeniesione do rzeczywistości online. Edukacja domowa nas rozpieściła – bycie w domu wcale nie wydaje się wyrzeczeniem, poświęceniem, katorgą. Jest czymś normalnym i dobrym.

Koronawirus okazał się dla nas łaskawy. Nie mogę oprzeć się myśli, że nasz szalony, rozpędzony świat potrzebuje odpoczynku. Właśnie teraz. Spędzamy ten czas na spokojnym życiu, nauce i pracy. Gramy w planszówki. Czytamy książki. Oglądamy filmy i seriale. Spacerujemy. Dużo, dużo rozmawiamy.

Trochę się zmienia nasz świat. Trochę i my się zmieniamy. Ponieważ jest teraz czas, to gotujemy staranniej i mądrzej. Ponieważ zrobienie zakupów staje się coraz trudniejsze, robimy je w sposób bardziej przemyślany i zaplanowany. Mniej wydajemy. Bardziej zapuszczamy korzenie. Doceniamy ogródek i zielony kącik w salonie. Dbamy o nasze rośliny. Podlewamy i sadzimy. Wykorzystujemy zasoby domu i internetu. Jest tak dobrze, tak wspaniale, tak rodzinnie, że aż zapiera dech w piersiach.

Homeschooling toczy się swoim własnym rytmem. Łucja poznaje tajemnice chemii i pisze powieść o dzielnym wojowniku w krainie magii i snów. Czasami w ogródku strzela z łuku. Gabriela z kokardą na głowie tańczy, skacze, śpiewa i tworzy. Dziewczyny eksperymentują w kuchni coraz częściej, coraz odważniej, coraz pewniej. Franek brzdąka na gitarze. Ja zanurzam się w wiedzę z dziedziny ziołolecznictwa.

Nad naszym domem powoli zapada zmrok.

Zaszufladkowano do kategorii Edukacja domowa | 2 komentarze

Bezsenne noce

W bezsenne noce wędruję powoli

by nie zbudzić twojego ciężkiego oddechu

Okłamuję cię szelestem kołdry

i poduszką na której drżą anioły

Zaszufladkowano do kategorii Wiersze | Dodaj komentarz

Kariatyda

Moja córka

Kariatyda

ma smukłe dłonie

którymi oplata

nasz dom

jak siecią

 

Zaszufladkowano do kategorii Wiersze | Dodaj komentarz

Szkoła przyszłości

W edukacji domowej obecna sytuacja w kraju niewiele zmieniła. To jeszcze jedna zaleta homeschoolingu. Oprócz odwołania egzaminów klasyfikacyjnych, które moje córki miały zdawać wcześniej, odczuwamy tylko brak możliwości wycieczek i edukacyjnych spacerów. Choć dostępność oferty online dla dzieci rekompensuje nam te niedogodności, a egzaminy i tak zdamy, czy to w marcu czy w czerwcu – nie ma znaczenia. Życie toczy się zatem stałym rytmem. Jest może bardziej slow, bo jazda konna odwołana, teatralne odwołane, a reszta odbywa się przez Skype. Samochód wciąż zatankowany. Kontakty ograniczone do minimum. Czasem tylko trzeba zrobić zakupy, ale staram się rzadko, za to w hurtowych ilościach. Na zapas. Mąż też przerzucił się na homeworking. Cała rodzina w domu. Wbrew temu, co piszą i mówią media, czuję się bezpiecznie ukryta w zaciszu własnego gniazda, z najbliższymi i ich drobnymi sprawami.

Bliska mi jest myśl, że koronawirus okazał się dla ludzkości sprzymierzeńcem. Społeczeństwa krajów szybko rozwijających się dotarły do momentu, w którym tylko radykalna sytuacja mogłaby je zatrzymać i skłonić do refleksji nad własnym funkcjonowaniem.

Z racji zawodu ze szczególnym zainteresowaniem śledzę doniesienia na temat polskich szkół w czasie zarazy. W obecnej sytuacji widzę olbrzymi potencjał dla gruntownych zmian w procesie edukacji dzieci i młodzieży. Doświadczenie kwarantanny warto potraktować jako preludium do szkoły przyszłości. W refleksji na temat współczesnego świata, medycyny i Kościoła nie może zabraknąć debaty nad szkolnictwem. Wszyscy odczuwamy, że szkoła, którą znamy z XX wieku, nie przystaje do wyzwań wieku XXI. Nie wystarczy zmieniać tego systemu, który znamy. Stoimy przed zadaniem wymyślenia szkoły na nowo, a doświadczenia i metody homeschoolingu mogą być w tym wymyślaniu źródłem inspiracji.

Przymusowe przeniesienie edukacji do domów pokazało nam jako społeczeństwu realne problemy współczesnej szkoły. Dzieci i młodzież nie potrafią uczyć się samodzielnie. Mało tego, w ogóle nie przejawiają poczucia odpowiedzialności za własny proces nauczania. Nauczyciele z kolei próbują przenieść znany im sposób edukacji szkolnej do internetu, skupiając się na realizacji programów nauczania, kart pracy i testów. Efektem jest zarzucenie uczniów materiałem encyklopedycznego zasobu wiedzy do tzw. pracy samodzielnej lub domowej. Rodzicom także trudno odnaleźć się w szkolnej kwarantannie. Zmuszeni nagle do przejęcia odpowiedzialności za dzieci w wieku szkolnym i ich zajęcia, czują wewnętrzny sprzeciw i niezgodę. Często nie potrafią pogodzić własnej pracy zdalnej z nauką online przez dziecko. Dodać należy jeszcze kłopoty z zaopatrzeniem żywnościowym, konieczność wykarmienia całej rodziny oraz problemy techniczne – bo dzieci w wieku szkolnym (o! dziwo) nie umieją obsługiwać narzędzi do lekcji przez internet. A to tylko wierzchołek góry lodowej. Poziom społecznego stresu i frustracji rośnie. Rodzice jawnie i publicznie krytykują nauczycieli i dyrektorów szkół. Nauczyciele narzekają na brak zrozumienia i współpracy ze strony rodziców uczniów. Właściwie wygląda na to, że nic się nie zmieniło. Szkoła i panujące w niej relacje przeniosły się tylko do sieci. Szkoda.

Brakuje mi gdzieś w tych publicznych żalach na fb i forach realistycznego spojrzenia na potencjał zmian, z jakim mamy obecnie do czynienia. Edukacja wreszcie może być nowoczesna! Wreszcie uczniowie mogą uczyć się w przestrzeni domowej, na kanapie, wyjęci z ciasnych, nieprzyjemnych i brudnych ławek, z sal szkolnych jak sale fabryczne. Wreszcie mają możliwość wykorzystywania w praktyce technologii komputerowych, a nie tylko uczenia się o nich. Wreszcie mogą zostać włączeni w proces decyzyjny dotyczący ich samych. Mogą w praktyce i poprzez własne doświadczenie uczyć się, czym jest poczucie sprawczości i kontroli nad sobą. Bardzo żałuję, że tylko nieliczni nauczyciele i nieliczni rodzice dostrzegli te możliwości. Oczywiście, że zmiany te nie są łatwe i nie zadzieją się ot, tak po prostu. Do tego potrzeba wspólnej pracy. A wszyscy się tej pracy boją: i nauczyciele i rodzice i uczniowie, bo nie wiedzą, do czego ich doprowadzi, przed jakimi zmianami przyjdzie im stanąć. To dlatego chyba tyle narzekania wokół kwestii szkolnictwa.

Rzeczywiście umiemy narzekać i wylewać na siebie nawzajem obelgi i oskarżenia. Tymczasem szkoła przyszłości nie stanie się nagle w wyniku magicznego pstryknięcia palcami ministra edukacji. Szkoła przyszłości zaczyna się dzisiaj, teraz – w obliczu światowej epidemii choroby, o której do niedawna nikt jeszcze nie słyszał. Szkoła przyszłości zaczyna się od dostrzeżenia potencjału. To, co z nim zrobimy, jak go wykorzystamy i rozwiniemy, zależy od nas wszystkich: rodziców, nauczycieli, uczniów i polityków. Warto mieć to na uwadze, gdy kwarantanna wreszcie się skończy.

Zaszufladkowano do kategorii Edukacja domowa | 2 komentarze

Uważność

W procesie terapii, uzdrawiania umysłu i ciała, podstawą jest uważność. Tego uczymy się mozolnie, kroczek po kroczku. Najpierw z uwagą słuchać opowieści innych, kawałków ich życia, fragmentów doświadczeń, opisu uczuć. Na początku wydaje się to łatwe. Ot, takie tam zwierzenia ludzi zagubionych w świecie. Wydaje się nam, że jesteśmy inni, lepsi, że bardziej siebie znamy, panujemy nad swoim światem. Ocenianie innych przychodzi nam tak łatwo. Dawanie rad jest takie proste. Rozwiązywanie cudzych problemów – banalne i oczywiste. Słuchamy, jak siedzący obok nas próbują wypowiedzieć własną pustkę. Jesteśmy widzami w teatrze świata. Słuchamy, ale przecież nie słyszymy.

Potrzeba naprawdę wiele tygodni, miesięcy, aby nauczyć się uważnie słuchać cudzej opowieści o życiu. Aby pod warstwą nieudolnych słów zobaczyć niewysłowione pokłady cierpienia, bólu, wstydu, udręki. Wtedy właśnie, jak w antycznej tragedii, dociera do nas ten ogromny ładunek współczucia i lęku. Nasze terapeutyczne katharsis trwa.

Człowiek przestaje oceniać innych, bo po tych wielu miesiącach dostrzega wreszcie, że nikomu nie jest to do niczego potrzebne – ani innym, ani jemu samemu. Człowiek przestaje dawać innym rady i rozwiązania ich problemów, bo rozumie wreszcie,  że każdy sam musi przeżyć swoje życie i podjąć swoje decyzje. Człowiek staje się łagodny i dobry dla innych. Wie już wreszcie, że wszyscy cierpią. Słuchając uważnie innych, orientuje się, że zaczyna także słuchać samego siebie. Wtedy z widza staje się aktorem własnego życia. I wreszcie może usłyszeć samego siebie. A kiedy to zrobi, zrobi to z uważnością, o jaką nigdy by siebie nie posądzał. Będzie odtąd świadomy swoich gestów i ruchów, emocji i zachowań. Będzie chciał o nie dbać. Będzie potrzebował sam zaopiekować się sobą.

Po kolejnych kilku miesiącach w procesie terapeutycznym przychodzi zrozumienie dla zmiany. Potrzeba zmiany najpierw przynosi strach, potem zaskoczenie, radość, na końcu ulgę i dumę i lekkość. Zmiany mogą być wielkie lub małe. Nieważne. Ważne, że są, że się pojawiają, bo to znaczy, że życie trwa. To znaczy, że jesteśmy. To znaczy, że wciąż możemy tworzyć swoją własną opowieść. I sami sobie bić brawa z zachwytu.

Zaszufladkowano do kategorii Drobiazgi | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz