Najlepszy dom

Nasz dom jest najlepszy – powiedziała wieczorem Gabrysia, lepiąc ośmiornicę z fioletowej plasteliny.

Zalała mnie fala wzruszenia. Stół zawalony był wszelkiego rodzaju materiałami plastycznymi od kolorowych papierów począwszy, na słoiczkach skończywszy. Podłoga nie wyglądała lepiej. W salonie leżały jeszcze gałganki i nici po pierwszej dzisiejszej pracy ręcznej. W kuchni piętrzyły się nieumyte talerze. Na wszystkich dostępnych kaloryferach suszyły się części garderoby kompletnie zmoczone podczas podwórkowej bitwy na śnieżki (którą zresztą sromotnie przegrałam pokonana przez córki). Ten „najlepszy dom” wyglądął jak po przejściu tsunami.

A w samym centrum domu, przy stole w jadalni, dwie małe dziewczynki pełne nabożnego skupienia przy wykonywaniu upominków dla dziadków, z zaróżowionymi jeszcze policzkami, wypowiadały te najprostsze, najpiękniejsze, najwspanialsze słowa uwielbienia dla rodzinnego gniazda.

Jak inaczej opisać szczęście, jeśli nie takimi właśnie sytuacjami? Z pozoru banalnymi. Prozaicznymi. Które tak łatwo gubią się w bezmiarze codziennych zmagań z rzeczywistością. Wciąż na nowo, każdego dnia, muszę sama siebie przestrzegać przed pośpiechem, przed tym potwornym dążeniem do zrobienia wszystkiego, przed absurdalną chęcią sprostania piętrzącym się obowiązkom, przed dziką koniecznością udowadniania wszystkim swojej wartości. Dużo dni potrzeba, by się uwolnić. Dużo dni potrzeba, by dostrzec wreszcie szczęście. By je usłyszeć w słowach dzieci. Jeszcze więcej – by szczęście to pochwycić, kontemplować i modlić się nim jak najpiękniejszą modlitwą.

 

 

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Drobiazgi. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.