Wtedy

Wtedy także były wakacje, plany, nadzieja i słońce. Wtedy także był czas na mazurskie jezioro i wyjazd. Szpital popsuł wszystko.

Zawsze od tamtego momentu boję się tego dnia. Mimo że to 1 listopada wgryza się w trzewia, świdruje umysł, boli najstraszniejszą raną. 13 lipca przychodzi znienacka. Niepozornie. Siłą woli odsuwany, spychany w głąb, gdzieś pomiędzy zakupami, pytaniem „co na obiad?”, myślami o pracy, dzieciach, o drobiazgach. Gdzieś poza hic et nunc. Tak niepozornie, że chciałoby się nie zauważyć tego dnia, nie odróżnić go od innych. Udawać, że jest po prostu kolejnym dniem do spełnienia. I tylko łez spływających po policzkach nie można zatrzymać. Ani tych obrazów. Wspomnień. Poczucia porażki. Że się zawiodło kogoś, kogo jeszcze do końca nie było.

Mój syn miałby teraz 3 lata, jasne loczki, niebieskie oczy, pucułowate policzki. Wyciągałby rączki do mnie, mówił „daj” i „auto” i oczywiście wykrzykiwał z całą trzylatkową siłą to najważniejsze ze słów – „nie”. Walczyłabym z pieluchami, ze swoim zmęczeniem, bałaganem w salonie, porozrzucanymi zabawkami. Karmiłabym się myślami o niezrealizowanych marzeniach, czasami płakałabym ukradkiem w sypialni, żeby mąż nie widział. Patrzyłabym, jak rośnie to kolejno dziecko, chłopczyk, tak upragniony, tak kochany. Zastanawiałabym się pewnie, kim będzie. Drżałabym, widząc każdy niepokojący objaw jego zachowania. Dumnie obnosiłabym się ze swoim szczęśliwym i trudnym macierzyństwem, pogardzając trochę kobietami z jednym tylko dzieckiem.

Wiem już, że trudniej stracić dziecko, które się czuło, którego się dotknęło, któremu się śpiewało. To niemożliwa do przeżycia żałoba, która trwać będzie wiecznie, aż do skończenia świata. Trwać będzie wiecznie, zmieniając tylko barwy i przebrania. Niemożliwa do zaspokojenia ukryta tęsknota,  głęboka jak miłość. Bo mimo że dziecka nie ma, miłość pozostaje. I rośnie. Wciąż każdego dnia rośnie jak głupia.

 

 

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Drobiazgi. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz