Dlaczego edukacja domowa?

Z edukacją domową po raz pierwszy zetknęłam się wiele, wiele lat temu, gdy – jako studentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim – rozpoczęłam swoją życiową przygodę, jaką nadal jest dla mnie praca z dziećmi i młodzieżą. Bardzo wcześnie moje zainteresowania zwróciły się w stronę metod i systemów edukacji alternatywnej, takich jak single sex education czy homeschooling. W edukacji alternatywnej widziałam sposób na naprawę polskich szkół, na przełamanie marazmu i nudy, na nową jakość nauczania. Przeczytałam wiele książek i artykułów, szukałam ludzi zajmujących się praktyką kształcenia alternatywnego, wreszcie sama dołączyłam do tego grona jako młody nauczyciel.

Przez lata mojej zawodowej pracy w przedszkolach, szkołach i na uczelni obserwowałam dzień po dniu, jak działa system szkolny w Polsce, z jakimi problemami borykają się uczniowie i nauczyciele. Z każdym rokiem narastał we mnie bunt przeciwko opresyjności tego systemu, przeciwko głupocie ludzkiej, absurdom biurokracji i chyba przede wszystkim przeciwko – niskiej efektywności całego szkolnego procesu kształcenia. Poważnym problemem była dla mnie postępująca laicyzacja szkół, odejście od funkcji wychowawczych na rzecz wyników i rankingów wiedzy. Konsekwencją tych procesów jest zawsze wzrost agresji i przemocy wśród dzieci, spadek poziomu kulturalnego i moralnego środowiska szkolnego.

Gdy urodziła się moja pierwsza córka, nie sądziłam jeszcze, że będę kiedyś edukatorem domowym. Myśl o edukacji własnego dziecka, nawet gdy jest się nauczycielem, przychodzi zawsze znienacka i zaskakuje. Chyba jak większość rodziców z niepokojem oddawaliśmy naszą pociechę najpierw do przedszkola, a potem do zerówki. Z perspektywy czasu dopiero widzę, jak los daje nam wskazówki, których nigdy nie umiemy odczytać tak, jak należy. Łucja nie spędziła wiele czasu ani w przedszkolu ani w zerówce – z przyczyn zdrowotnych po prostu spędzała czas w domu. A my, rodzice, musieliśmy nad nią czuwać. I jakoś tak naturalnie pewnego dnia zdałam sobie sprawę, że przecież uprawiamy właśnie edukację domową. Że edukacja domowa jest pewnym stylem życia, stojącym trochę w opozycji do tego najpowszechniej przyjętego modelu funkcjonowania współczesnej rodziny. Że moje dzieci właściwie nie potrzebują niczego więcej poza moją obecnością w domu. I że nikt poza mną nie wychowa lepiej moich córek.

Pamiętam dokładnie chwilę, w której wiele lat temu postanowiliśmy, że będziemy uczyć nasze dzieci w domu. Nie fanatycznie i nie za wszelką cenę, ale postaramy się tak organizować nasze życie, by jak najdłużej i jak najlepiej prowadzić edukację domową. Dlaczego? Ponieważ to my, jako rodzice, jesteśmy odpowiedzialni za wychowanie i edukację naszych dzieci. Jest to wielki obowiązek, ale także przywilej i nasze prawo, z którego nie chcemy rezygnować. Wybieramy edukację domową, ponieważ zależy nam na tym, by dzieci zdobywały wiedzę w naturalnym środowisku, w atmosferze radości i rodzinnego ciepła. By głęboko w ich dusze wpisał się Dom – wartość, którą niesie się potem dalej i dalej – do szerokiego świata. Tak, chcemy chronić nasze dzieci przed demoralizacją i wczesną seksualizacją, przed agresją i przemocą, przed niepotrzebnym stresem i presją, przed absurdami systemu. Ale nie można dać się ponieść uprzedzeniom i stereotypom. Nie to jest najważniejsze. Nasza motywacja jest pozytywna – uczymy dzieci w domu, bo wiemy, że dla kształtowania dobrego charakteru, światopoglądu i relacji z innymi potrzebna jest nieustanna gotowość do dialogu. A to możemy dać dzieciom tylko my sami.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Edukacja domowa. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *