Ściany

Dopiero z bliska widać było brud. Kurz osiadający przez ponad dziesięć lat stworzył brzydkie, szare smugi. Ściany mojego domu zachowały na sobie pamiątki po dziecięcych daniach ze słoiczków, przecieranych zupkach, miksowanych warzywach, porozlewanych sokach. Gdzieniegdzie nawet zachowały się ślady małych palców umaczanych w czekoladzie, soku z malin, błocie lub plastelinie. Do tego ciemne kropki – pozostałości zbrodni wykonanych na niewinnych owadach.

Najpierw wezwałam ekipę fachowców – żyjemy wszak w czasach profesjonalistów. Szef ekipy popatrzył, pozaglądał, coś pomierzył i wypowiedział kwotę, która natychmiast zwaliła mnie z nóg. Znacznie przekraczała moje kilkumiesięczne oszczędności.

Pewnego majowego dnia kupiłam kilka puszek farby, pędzle i wałki. Przez tydzień przestawiałam rzeczy i oklejałam ściany. Książki wepchnęłam w kąt obok kominka, pod szafkę z mikrofalą, do łazienki i przedpokoju. Wszystko przykryłam folią. Na przekór własnym słabościom, zmęczeniu i opinii męża pomyślałam sobie, że przecież dam radę.

Mistyka codzienności dotyka mnie ostatnio w najmniej spodziewanych sytuacjach i stanach ducha. Przychodzi, gdy wcale się o nią nie prosi. Gdy w umyśle chaos, strach i niepokój lub gdy zmęczenie tak wielkie, że zrobienie kroku w stronę łazienki wydaje się być wysiłkiem heroicznym. To w takich chwilach wpadam w otwarte ramiona Boga.

Gdzieś między kuchennymi szafkami, lodówką, karniszem i sufitem, poplamiona białą farbą, w gumowych rękawiczkach, byle jakich portkach i dziurawej koszulce, wychwalałam cudowność Bożej Opatrzności. Nie musiałam się zatrzymywać, przerywać pracy, wprowadzać się w jakiś stan egzaltacji duchowej czy uniesienia. Doświadczenie Obecności przyszło samo, niespodziewanie, gdy machając pędzlem, myślałam tylko o tym, by nie zabrudzić świeżo pomalowanego sufitu.

Jestem, Który Jestem – mówił mi Bóg i cicho trwał obok mnie. A krople farby raz po raz spadały na moje potargane włosy.

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Entropia

Za sprawą jednego słowa przeniosłam się w irracjonalną rzeczywistość, w której prawa logiki nie mają zastosowania, a czas na zmianę – to kurczy się, to rozciąga. Remont.

Obserwuję otwarcie, jak Remont zagarnia coraz to nowe przestrzenie życia: od miejsc, poprzez myśli, emocje, pieniądze, perspektywę, relacje z innymi, stan duszy. I mimo że zaczyna się od obietnicy wewnętrznego pokoju, to Remont – jak bakcyl – burzy porządek znanego nam świata. Dzień po dniu zabiera radość, siłę i energię do działania. Aż budzimy się pewnego dnia przekonani, że tak już zostanie na zawsze – w pół drogi, z dziurami w bezpiecznych dotąd ścianach domu, w pyle i kurzu, z niedokończonymi sprawami, z biblioteką wywróconą do góry nogami.

Ze spuszczoną głową musimy przyznać, że entropia znowu wygrała.

 

 

 

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Wspomnienia Babci

Zawsze, ilekroć miałam okazję przebywać z Babcią w jej mazurskim domku nad Jeziorem Mielno, chłonęłam opowieści, które snuła. Opowieści o czasach minionych, o miejscach z innej epoki, o ludziach, o których ja – urodzona na początku lat osiemdziesiątych XX wieku – mogłam już tylko czytać w książkach. Za każdym razem, każdego wieczoru były to inne historie opowiadane z pasją i soczystym humorem, ale przecież pełne sentymentu i tajemniczej siły, która wywołuje bliżej nieokreśloną tęsknotę za tym, co bezpowrotnie minęło. Zawsze pozostawał we mnie jakiś niedosyt po tych swobodnych, gawędziarskim tonem snutych wspomnieniach. To właśnie z potrzeby ocalenia Babcinego świata, z potrzeby ocalenia chociaż urywków, skrawków, fragmentów dzieła, jakim niewątpliwie było całe jej życie zrodziła się moja książka.

Praca nad nią trwała długo i stanowiła niezwykle mozolne przedsięwzięcie. Babcię poznałam pod koniec lat 90. XX wieku, gdy – jako narzeczona jej wnuka i świeżo upieczona studentka filologii polskiej – zamieszkałam w rodzinnym mieszkaniu Czarneckich przy ulicy Nowolipki w Warszawie. Od tego czasu gromadziłam w pamięci wszystkie zasłyszane od Babci i innych członków rodziny anegdoty, opowiadania, gawędy, składając w ten sposób pasjonującą opowieść o niezwykłej kobiecie. Na przełomie roku 2014 i 2015 rozpoczęłam nagrywanie autobiograficznych wspomnień Babci. Spotykałyśmy się w jej warszawskim mieszkaniu na Chłodnej dosyć regularnie przez kilka miesięcy, w ciągu których Babcia snuła gawędy o życiu minionym, o zapomnianych ludziach, obyczajach, szlacheckich dworkach, wojnie, o sobie samej i swoich najbliższych. Wspomnienia te, skrzętnie zebrane za pomocą dyktafonu, zostały następnie przez mnie przelane na papier, starannie zredagowane, uporządkowane chronologicznie i opatrzone przypisami.

Tak, w listopadzie 2017 roku, powstała wreszcie autobiografia dr Marii Zoll-Czarneckiej – kobiety o niezwykłej sile charakteru i jeszcze większej radości życia.
Ze stronic książki wyłania się cała Babcia – skromna, doskonale potrafiąca obserwować świat i ludzi, energiczna i żywiołowa, tryskająca optymizmem, niepokorna, ale zawsze – pracowita i skłonna do największych poświęceń w imię tego, co najważniejsze. Urodzona w roku 1928, w epoce – jak sama powie – jeszcze pod wieloma względami starodawnej, spędzi dzieciństwo w wielodzietnej rodzinie inteligentów polskich, we dworach i pałacach, w folwarkach, elitarnych szkołach zakonnych. Zapamięta jazdę bryczkami i wielkie kufry na pościel oraz damy i eleganckie towarzystwo tego świata sprzed prawie stu lat. Będzie oglądać na własne oczy terror i grozę wojny. Będzie się szaleńczo bawić, leczyć dzieci, kochać i pływać. Ukończy medycynę. Założy rodzinę. Jako dojrzała kobieta rzuci się w wir pracy społeczno-politycznej, wreszcie będzie jednym z założycieli Stowarzyszenia Lekarze Nadziei i resztę życia poświęci na organizację pomocy dla bezdomnych. Do końca, do ostatnich swoich dni będzie działać i myśleć o innych. Odejdzie cicho, w bieli szpitalnej sali, po kilkutygodniowej chorobie, 10 marca 2016 roku.

Pamięć ludzka jest niewątpliwie czymś wspaniałym. Pozwala zachować obraz życia, które zgasło, i trwać w miłości pomimo obecnej w tym życiu śmierci. Wielkim naszym zadaniem jest zatem dbać o pamięć: osobistą, rodzinną, narodową… Wielkim naszym zadaniem jest zbierać i ocalać wspomnienia naszych najbliższych. Kiedyś, po latach, wspomnienia te okażą się niezwykłą opowieścią, najpiękniejszą historią, z której czerpać będziemy pełnymi garściami.

(Fragment pochodzi z książki: M. Zoll-Czarnecka, Patrycja Cicha A żaby grały mi do snu. Wspomnienia lekarki, Wydawnictwo Poligraf, Warszawa 2018.)

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Wielka Sobota

Do kościoła przyszliśmy pół godziny wcześniej, ale i tak nie było już miejsc. Drażniący tłum rozlewał się po przestronnych zazwyczaj nawach, gnieździł się w ławkach, opadał na krzesła ciasno porozstawiane w przejściach. Zniechęcał. Zagubieni wędrowaliśmy bez celu, rozglądając się uważnie w poszukiwaniu dobrego miejsca, którego przecież od dawna już nie było. Nasza ludzka zaborczość wmawiała nam po cichu, że najlepiej mieć Boga, kościół, księdza tylko dla siebie. Nie dzielić się nim z nikim. A już na pewno nie z tłumem.

Bezradni i zaskoczeni przycupnęliśmy w nawie bocznej, przy zimnej ścianie. Dziewczynki wtuliły się w drewniany konfesjonał, którego stopień okazał się wygodną i bezpieczną niszą w oceanie ludzi. Okrętem zmierzającym do przystani. Nie było cicho. Szuranie butów, krzeseł, szepty, skrzypienie rozkładanych stołków, dźwięki wyłączanych telefonów, płacz dzieci. Wszystko unosiło się gdzieś ponad ludzkimi głowami jak dym kadzideł. Kościół zapełniał się ekscytacją i oczekiwaniem. Zapadał zmierzch. Przykrył nas jak czarny parasol i wtedy się zaczęło.

Najpierw przyszedł chyba zachwyt nad pięknem tego wieczoru. Nad ogniem, który górował. Nad rozpalającymi się płomykami świeczek. Nad mocnym głosem kapłana. I sama nie wiem, kiedy ten zachwyt stał się uniesieniem, a ono bezsłowną modlitwą udręczonej mojej duszy. Sama nie wiem, w którym momencie harmonia muzyki stała się moją harmonią, a psalmy – osobistą rozmową z Bogiem, którego szukam od tak dawna. I było mi dobrze wśród tych ludzi, z ich śpiewem, oddechami, z ich obecnością. Było mi dobrze z najbliższymi stojącymi tuż obok mnie. Było mi dobrze w ciemności, której nie musiałam się bać, bo wszędzie dokoła mnie istniała miłość.

Śpiewaliśmy długo. Długo słuchaliśmy. Gabrysia zasnęła w konfesjonale zwinięta w kłębek.  Przykryłam ją moim ciepłym swetrem. Łusia trwała jak zawsze sumienna, delikatna i mądra, nasłuchując z wielkim skupieniem każdego słowa, na które jest tak bardzo czuła.

I miałam wrażenie, że znikam w tej wspólnej modlitwie; że cała staję się modlitwą. Że nie ma już mnie, jest tylko zachwyt i uniesienie. Że ani ciało, ani serce, ani myśli nie są już moje, a każde słowo to hymn wdzięczności. Przez krótką – a może długą – chwilę czas przestał się liczyć. Było pięknie.

Potem przyszło znużenie. Odczucie własnej cielesności i ograniczeń.

Tęsknota za mistyką.

Opublikowano Drobiazgi | 2 komentarze

Staruszka

Był taki dzień jesienią, w którym tęsknota za moim małym synkiem rosła razem z deszczem, aż stała się większa od całego nieba. Niczego poza bólem nieziszczonej miłości nie mogło być dokoła mnie.  Wtedy dopiero, gdy zdawało mi się, że tłumiony płacz wybuchnie nagle, zatapiając wszystko, wtedy właśnie błagałam Boga o ratunek.

Mam takie ulubione miejsce w kościele dominikanów. Ławka taka jak wszystkie. Ani z przodu ani z tyłu. Trochę przytulona do ściany, na której straszy malowidło ze świętym Jackiem wypędzającym demony z drzewa. W ławce jest się schowanym, ale nie na tyle, by nie móc samemu obserwować szukającym wzrokiem tego, co obok i tego, co przed.

Msza już trwała. Gdzieś między psalmem a kazaniem z zakrystii wyszła staruszka. Prawdziwa stara kobieta. Zupełnie pomarszczona i pochylona do ziemi. Wsparta na drewnianej lasce. Wychudzona. Z oczami jak dwa jeziora. Idąc, uśmiechała się. Wiedziałam, że przyszła do mnie.

– Pięknie się modlisz, dziecko – szepnęła mi do ucha – pamiętaj, że warto żyć dla Boga. Dla Boga warto żyć. Naprawdę.

– Ja mam już 92 lata. Widziałam, jak Niemcy zabili mi matkę, ojca i siostrę. Zostałam na tym świecie sama, samiuteńka. Potem obóz, w którym robili straszne rzeczy. Przeżyłam i to. A potem miałam męża, dzieci, rodzinę. Ale czas wszystko zabrał. I znów zostałam sama, samiuteńka. Przyszła choroba, rak płuc. Przeżyłam i to. I chcę ci powiedzieć, że życie jest wielkim darem. A dla Boga zawsze warto żyć.

Objęła mnie za szyję. Czułam, jak skóra jej pachnie starością. Przytuliła mnie do siebie. Ucałowała w policzek. Potem trzeba było uklęknąć i modlić się. I tak trwałyśmy razem połączone jakąś niewidzialną siłą, jakbyśmy obie na chwilę zanurzyły się w mistyczną rzeczywistość.

Potem staruszka odeszła. Tą samą drogą.

A ja powoli wróciłam do domu.

Opublikowano Drobiazgi | 10 komentarzy

Ferie

Ferie.

Wyjazd zaplanowałam szybko, raczej instynktownie, z myślą o sobie – dopiero potem o dzieciach.

Jak zawsze, podczas pakowania, przyszło zniecierpliwienie, rozdrażnienie i zniechęcenie. Myśl, żeby wszystko odwołać, skulić się w ulubionym fotelu i udawać, że jest się niewidzialnym. Taki sobie syndrom ucieczki.

Ostatnie miesiące były pełne pracy i licznych zadań. Aż do przemęczenia. Dalekie, długie, nużące dojazdy komunikacją miejską i podmiejską; dziecięce treningi i pasje; edukacja domowa; kursy dla maturzystów; zajęcia teatralne dla dzieci; do tego jeszcze dom, zakupy, gotowanie, etc.  No i książka. Pisanie i cały proces wydawniczy. Dużo. Bardzo dużo dla kobiety, która dzień w dzień boryka się z chorobliwym zmęczeniem i brakiem czasu.

A więc przyszły ferie. Czas bez dojazdów do pracy, bez lekcji, bez kursów i zajęć,  bez treningów. Czas leniwy i dobry. Czas z uśmiechem.

Wybrałam Kraków, który lubię – mimo smogu, kurzu i turystycznych tłumów. Za każdym razem, gdy tu przyjeżdżam, lubię to miasto inaczej. Tym razem – poetycko i estetycznie. Uświadomiłam sobie, jadąc dziś do Krakowa, że podróżuję w poszukiwaniu piękna i że Kraków właśnie z pięknem mi się kojarzy. Zawsze.

Trochę mnie to miasto rozczula, bardzo mnie zachwyca, ogromnie uszczęśliwia. Teraz, gdy leżę w ślicznym pokoju z zielonymi tulipanami, w starej, pachnącej przeszłością kamienicy, ten zachwyt i szczęście po prostu są. Jak starzy, dobrzy przyjaciele, do których wpada się bez zapowiedzi. Opowiada mi Kraków piękne, mądre historie. Prowadzi uroczymi drogami. Pokazuje zakątki świata, małe, cudowne i wspaniałe.

Dobrze tu być. Dobrze patrzeć z balkonu trzeciego piętra kamienicy na czerwony budynek uniwersytetu, na Wawel górujący ponad ulicami. Ani deszcz nam nie straszny, ani chłód. Dzieci podekscytowane wyjazdem obserwują życie, maszerują dzielnie wąskimi uliczkami, zwiedzają, dźwigają plecaki. Wieczorem zasypiają zmęczone pod szaro-białą pościelą, niepewne, czy to dziś rano wysiadły z pociągu w magicznym mieście Kraków, czy może są tu już od wielu dni?

 

Opublikowano W drodze | Skomentuj

Herbata z pomarańczą

Zmywarka szumi, chlupocze, brzdąka cicho. Zgasiłam światło w jadalni i kuchni, żeby nie widzieć, jak jest brudno. W salonie na wytartej, brązowej kanapie nasłuchuję oddechów dzieci. Śpią przy otwartych drzwiach. Pod ciepłymi kołdrami, we flanelowych piżamach, z ukochanymi przytulankami. Sny ich niespokojne z powodu gorączki, a oddechy nierówne i ciężkie. Czas choroby.

Wtulam się całą sobą w przestrzeń domu. Szukam wytchnienia i ratunku. Jesień przejmuje mnie chłodem. Zimno. Po swojej stronie mam piękny kominek, ciepło ognia, zapach palącego się drewna. Moim sprzymierzeńcem jest termostat i dwufunkcyjny piec – nastawiam na 21 stopni i kładę dłonie na kaloryfer. Czekam tylko chwilę i ciepło od dłoni wędruje do łokci, barków, zmęczonego karku. Miękkość koca, szlafroku, wełnianych skarpet koi zmysły. Dom się ociepla. Ja rozgrzewam się wraz z nim. Jeszcze tylko gorąca herbata z pomarańczą. Słabe płomyki świeczek. Chwila, gdy wrastam w mój dom.

 

 

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj

Na autobus

Stało się. Samochód w końcu się rozpadł. Przesiadłam się do komunikacji miejskiej i podmiejskiej. Jeżdżę autobusem, pociągiem, metrem i znów pociągiem. I dużo chodzę. Odkrywam na nowo świat.

Pobudka o 6.00. Czynności zaplanowane, ale bez zbytniego pośpiechu. Mam czas na miłe śniadania z mężem. Razem wychodzimy na autobus, razem jedziemy pociągiem. Rozstajemy się w metrze, życząc sobie dobrego dnia.

Świat poza przestrzenią samochodu odzyskuje swoją wielkość. Cieszę się widokami za oknem wagonu. Patrzę na mijanych ludzi. Lawiruję w tłumie wlewającym się do metra. Czekam na opóźnione pociągi. Modlę się, czytam i kontempluję. Podróż trwa. Ci, którym opowiadam o swojej drodze do pracy, nie chcą wierzyć. Współczująco kręcą głowami. A ja tylko się uśmiecham delikatnie. I idę. Na autobus.

Opublikowano Drobiazgi | 4 komentarze

Dzień

Dzień szybko przeminął pełen pracy i obowiązków. Pobudka o wczesnej porze, wizyta u lekarza, potem sprawy urzędowe, zakupy, nauka z dziećmi, gotowanie, obiad, sprzątanie, msza święta (bo pierwszy piątek), kolejne zakupy (bo zapomniałam o jogurtach i jajkach), zajęcia teatralne dla dzieci z osiedla, odprowadzenie do domu Ani (bo przecież ciemno), kolacja. A w międzyczasie gorąca linia z rzeczoznawcą od auta (samochód w serwisie), zatkana zmywarka i milion dziecięcych spraw i problemów, o których trzeba usłyszeć, które trzeba zapamiętać i w których trzeba pomóc.

Chwilami brakuje sił. Wtedy płaczę cicho.

Opublikowano Drobiazgi | 2 komentarze

Drzewa

Jest niedziela. Pada deszcz. Chowam się pod ogromnym, zielonym parasolem. Wtulona w szary leżak, okryta ulubionym swetrem koloru lila. Ogrzewa mnie kubek zielonej herbaty z jaśminem. Na kuchence powoli gotuje się zupa pomidorowa. Mąż i dzieci zatopieni w lekturach. A ja patrzę.

Podglądam świat. Zatapiam się w zieleni. Wszędzie przede mną zieleń. Pachnąca deszczem i słońcem zieleń mazurskich drzew i działkowych krzewów. Podziwiam tańczące z wiatrem wysokie świerki, których czubki uginają się w pokłonie nad jeziorem. Zachwycają mnie majestatyczne modrzewie i wysmukłe brzozy. Uspokaja widok potężnych dębów i wspaniałego jawora. Dostrzegam topole, olchy, jesiony i piękne lipy. Czuję woń sosen. Cieszy mnie figlarna jarzębina i jabłoń, która pochyla się nad ziemią. Mruga do mnie śliwa mirabelka. Gdzieś w zakamarkach pamięci odzywa się wspomnienie mirabelkowej uczty, gdy jako dziecko spędzałam wakacje na lubelskiej wsi. Jadło się wtedy jabłka zerwane prosto z gałęzi, żółte śliwki, morwy, które strasznie brudziły ręce, buzie, bose nogi. Agrest pękał w ustach, wiśnie i czereśnie plamiły sukienki, a ostatnie truskawki jadło się prosto z grządek, jeszcze z chrupiącym między zębami piachem.

Uśmiecham się do tych wspomnień. Uśmiecham się do moich dzieci, którym przecież brak takich doświadczeń. Trochę smutno.

Na szczęście jest pyszna herbata z jaśminem. Jest miły w dotyku sweter. Jest prastary Dom zanurzony w zieleni drzew.

Uczę się tych drzew jak zapomnianej kiedyś lekcji.

Opublikowano Drobiazgi | Skomentuj